Cześć. Jestem 'Gregor'. Znaczy się rodzice nazwali mnie Grzegorz, w szkole mówili na mnie Grześ. Ale odkąd dorosłem i zacząłem zadawać się z motocyklistami, przylgnął do mnie 'Gregor' i odtąd pod tą ksywą znany jestem w swoim środowisku. 'Gregor' stał się częścią mojego życia. Kiedyś ksiądz przed Bierzmowaniem mówił coś o tym, że Bóg zmienia imię człowiekowi, gdy wyznacza mu nowy etap w życiu. Szymona nazwał Piotrem, Szawła Pawłem. Nie pamiętam teraz, jakie imię wybrałem sobie wtedy do kolejnego sakramentu. 'Gregor' jednak rzeczywiście wyznaczył kolejny rozdział mego życia. Nie szukaj mnie wśród swoich znajomych - nie znasz mnie...
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
Takie staropolskie przysłowie określa charakter warunków atmosferycznych panujących w tym miesiącu. Nawet kwiecień miał przeplatać trochę zimy, trochę lata. Kiedyś wszystko było w normie. Dziś natomiast ciągle czytamy sensacyjne wiadomości o nawrotach zimy.
Dzień powrotu nadszedł nieubłaganie. W sobotę o godzinie 9.00 wyruszyliśmy w stronę Polski, korzystając już z autostrady. W trakcie podróży zatrzymywaliśmy się jedynie na tankowanie i kawę. Do tempa jazdy najbardziej pasuje „Paranoid” z repertuaru Black Sabbath i to w wersji Pawła Kukiza.
Po 1250 km o godzinie 3.15 w nocy wszedłem do swojego pokoju. Pozostali nieco wcześniej, bo dzieli nas jakieś 50 km. Jak dotąd była to najbardziej udana wyprawa, której głównym atutem okazało się przemieszczanie, a nie pobyt w jednym miejscu. Na koniec dodam, że przejechaliśmy jakieś 4500 km, wlewając do baku około 190 l benzyny.
– Mówiłem, że przywieziemy pogodę ze sobą? – Remek entuzjastycznie witał nowy dzień. Akurat siedzieliśmy na balkonie, kobiety przygotowywały śniadanie. Pod nami znajdował się gąszcz budynków. Uliczką przechadzał się pop w pełnym stroju. Rozmawiał przez telefon. Na jednym z tarasów dwie dziewczyny szykowały się do opalania. A my leniwie się przeciągaliśmy, podziwiając morze i czarne góry na horyzoncie.
Opalanie opalaniem, ale ekipa dwukołowa długo nie usiedziała w jednym miejscu. Rytualne mycie motorów było zapowiedzią rychłego wypadu. Wieczorne i poranne ślęczenie nad mapą zaowocowało konkretnymi planami.
Pierwszy pełny dzień w Chorwacji powitał nas delikatnym rozpogodzeniem. O dziwo, w głowie nic nie huczało po odreagowaniu całej trasy poprzedniego wieczoru. A przecież pod kwiatka nikt nie wylewał. Nie pasowało. Bożo udostępnił nam swoją chatę, sam idąc spać do kampingu. Eksmituje się tak już w kwietniu, a wraca w październiku. Nie wypadało oddać mu mieszkania z padniętymi kwiatkami.
Całe życie pielgrzymujemy. Jedni obstają przy poglądzie, że do innego i lepszego świata, drudzy uważają, że w kierunku nicości. Nie wnikając w to która strona ma rację, stwierdzam tylko, że jako motocyklista potrzebuję swoistych pielgrzymek na dwóch kołach, by oczyścić ducha, nabrać wiary, na nowo odkryć swoją pasję i cieszyć się nią. Jeździć od wschodu słońca, kończyć dzień spontanicznie – właśnie po to mam żelazo.
– Tutaj jest „Mekka motocyklistów” – stwierdził Remek, gdy wylądowaliśmy w Chorwacji pełnej krętych i gładkich asfaltów. Spodobało mi się to określenie i stąd taki tytuł opowieści.
Norbert jakiś czas temu z dzierżawionego pomieszczenia zrobił coś, co marzy się wielu motocyklistom. A mianowicie lokum, które nazwał „harley-stubą”. Z hali warsztatowej prowadzą do niej ciężkie, kute metalowe drzwi, przypominające wejście do skarbca w starych katedrach. Kiedy je uchylimy, oczom ukazuje się niesamowicie klimatyczne wnętrze w racingowym kolorze Harleya, czyli orange.
Nadjeżdżali od strony lasu. Światła reflektorów kładły się po łuku zakrętu, oświetlając noc i ścianę drzew. Na tym winklu rok temu zabił się jego kumpel – wjechał na nawiezione z pola błoto. Jesienią o drzewa roztrzaskał się gość z drugiego końca Polski, bo nie wiedział, że zakręt się zacieśnia. Widmowi jeźdźcy kolejno wchodzili w zakręt i znikali w ciemności lasu.
Na Forum Motocyklistów poznałem „Pompkę”, ale to nie będzie o nim. Choć może kiedyś się spotkamy i będzie okazja, by coś napisać. W tym felietonie poznacie moje perypetie z pompką paliwa, ciągnące się od jesieni ubiegłego roku do lutego. Od razu ostrzegam, że tekst może nie nastrajać pokojowo, więc wszystkim zwolennikom wzorowego stosowania się do kodeksu drogowego, odradzam dalszą lekturę.
Sobota. Pierwszy tydzień korzystania z chorwackiego słońca dobiegał końca. Motocykle znowu umyte lśniły w cieniu drzew. Nie wiem czemu, ale źle się czuję dosiadając brudnego sprzętu. A ilekroć pozbędę się kurzu, insektów, ewentualnie błota i wszystkiego, co bryzga spod kół, mam wrażenie, że maszyna jeździ znacznie lepiej...
Poprzednio zapomniałem dodać, że nasza ekipa już pierwszego dnia w Chorwacji podzieliła się na dwie grupy. Oczywiście, nie chodzi tu o jakiś wewnętrzny rozłam między nami. Po prostu Artur z żoną chcieli spędzić ten czas ze sobą i w bardziej luksusowych warunkach, więc wynajęli apartament kilkaset metrów od naszego kampu.
Droga bez końca, jazda do zachodu słońca, czasem rozpraszanie Lightbarem nocy, knajpy po drodze, długie włosy, woń wiatru na skórze, zakurzone dłonie i twarz, przetarte spodnie, znoszone buty... Wataha takich samych świrów obok. Pewnie robilibyśmy wypady do piekła na rozróby, by diabłom skopać tyłki. Marzenie…
Ilekroć mój rozmówca dowiaduje się, że jestem pasjonatem jazdy na motocyklu, słyszę sformułowania brzmiące mniej więcej tak:
– Ta wolność, wiatr we włosach i prędkość… – wszystko wypowiedziane z błogim uśmiechem na twarzy i miną niczym po zjaraniu się skunem. Złe porównanie? Gorszące? Może. Zatem użyję innego. Minę, jaką wtedy widzę można porównać do wyluzowanej twarzy „dzieci kwiatów”. Jeszcze tylko brakuje „Jah Rastafari” w tle i byłaby pełna sielanka.
Wypowiedziałem wojnę dziwnym świerszczom, które zagnieździły się w motorze. Odkąd pamiętam, tzn. od 2 sierpnia 2005 roku, kiedy pierwszy raz wsiadłem na czarnego Wild Stara, wolnej jeździe i przepychaniu towarzyszyły piskliwe dźwięki. Początkowo mało drażniące, ale z biegiem czasu doprowadzały mnie do szału...
Stradunia – wieś na Opolszczyźnie, leżąca przy trasie z Opola na Racibórz. Mijasz Krapkowice, kilka miejscowości i lądujesz w Straduni. Typowa śląska wioska z zadbanymi obejściami i tradycjami i… stroną internetową. Już po raz szósty Norbert i Grzesiek z kumplami zorganizowali zlot motocyklowy, „podpinając” się pod miejscowy festyn. Jednak nie myśl, że była to „wiocha”.
Długo nic nie pisałem. Każda próba kończyła się fiaskiem. Posiadanie motocykla-zabawki stało się udręką, a świadomość, że przyjaciele jeżdżą i spotykają się, wywoływała frustrację. Nie mam domu ani rodziny, a mimo to nie mogę znaleźć czasu na oddanie się pasji. Wolne weekendy? Święta? Nic z tego. „Wybieg dla psa” w poniedziałek – to wszystko.
Wiedziałem, że jak się zacznie jazda, to pojawią się tematy ciekawsze niż zdrady małżeńskie i powroty rodem z „M jak miłość”. Pierwszy ciepły dzień i już mi się coś nasunęło. Lecz nie oczekujcie tym razem rozwodzenia się nad metafizyką zmiany biegów po zimowej przerwie…
W mojej – nazwijmy to szumnie – karierze motocyklowej, czyli odkąd jeżdżę na „motórach” były różne chwile. Mam tu na myśli nastroje, jakie mi towarzyszyły. Bywało, że chodziłem niczym nakręcony, wręcz miałem ochotę spać przy motocyklu i dni spędzać na nawijaniu kilometrów.
Pod naszym klubem motocyklowym robiło się powoli ciasno. Dobrze, że obok jest spory parking, bo nie byłoby gdzie się zatrzymać. Zjeżdżały się maszyny różnej maści – od starszych chopperów japońskich, poprzez nowsze cruisery, wypasione „hadeki”, aż po sportowe sprzęty i turystyki. Okazja? Zbiórka przed paradą na ślubie kumpla.
Pamiętacie ‘Gregora’ ze „Zmyślonej 1”? Wielu czytelników chciało, bym dopisał coś do jego życiorysu. Zmienił się? Nawrócił? Czy banalny szlif mógł go zmienić? Oto dalsza część opowiadania, ale losów bohatera nie wyjaśniam do końca. Sam tekst powstał w ducie z niejakim Tomkiem, który podesłał mi propozycję tematu. Tomek, dzięki!
Andrzej sięgnął drżącą dłonią po telefon komórkowy. Żona właśnie brała prysznic. Z łazienki dobiegał charakterystyczny szum wody i głuchy stukot kropel, uderzających o kabinę i brodzik. Momentami strumień wody musiał padać na jej ciało, bo robiło się cicho...
Z jazdą jest jak z winem. Jedni je chleją, wyczuwając najwyżej siarkę, ocet, ewentualnie drożdże. Inni delektują się nim, określając bukiet smakowy; są w stanie nawet rozpoznać pochodzenie winogron i czy lato było słoneczne. Jeżeli jesteś degustatorem jazdy, zawsze spotka Cię przygoda. Nawet banały Cię nasycą.
Kolejna historia zmyślona, ale tym razem wydarzenia są zupełnie wymysłem mojej fantazji. Acha, sporo w tej części wulgaryzmów, ale bez nich postacie nie byłyby wiarygodne.
Historia nie jest tak do końca zmyślona. Znowu z dwóch osób zrobiłem jednego bohatera i dlatego „zmyślona". Życzę Wam takich ludzi, o jakich przeczytacie...
Napisało je życie. Ja tylko nieco nadałem kolorytu owym wydarzeniom. Naocznych świadków proszę o wyrozumiałość. Zima za oknami, więc trzeba się trochę pośmiać, by doła nie załapać.
Jeśli potrafisz wczuć się w klimat The Doors, to kojarzysz nastrój muzy „The End". „Break On Thruogh" też dziś momentami zabrzmi, ale dekadentyzmu będzie więcej. Zastanów się więc, czy w ogóle jesteś zainteresowany dalszym czytaniem...
Przydałoby się jutro gdzieś ruszyć. Już kilka dni siedzimy na miejscu. Trzeba przewietrzyć maszyny - Remek, po kolejnym łyku Coca-Coli z rumem przywiezionym w sakwie, zaczął planowanie wypadu...
Zwiedzanie Meteorów nasyciło nas na długo. Przez jakiś czas nie mieliśmy nawet ochoty na kolejne „widoki". Znowu kilka dni plaży i zabawy stacjonarnej...
Wieczory nasze przypominały czasem „Whisky in the Jar". Wszystko oczywiście pod kontrolą. O wczesnym spaniu nie było mowy. Kto jedzie do Grecji, żeby spać? Śpi się na podtrzymanie życia...
Co może być przyjemniejszego niż wylegiwanie się na plaży po długiem siedzeniu w siodle? Piasek, piękne widoki - oczywiście mam na myśli Olimp, kolego „Majkel" - i ciepła woda. Wchodzisz do morza i czujesz ulgę, a jednocześnie nic Ci się nie kurczy z zimna...
Oglądając pierwszy raz „Easy Ridera", po świetnym intro, byłem rozczarowany dalszą akcją, a raczej jej brakiem. Dopiero potem pojąłem, że mocą fabuły tego filmu nie są pościgi czy wojny gangów. Sens sprowadza się do jazdy pełnej harmonii, obalenia złego mitu o motocyklistach, którzy nie przystawali do stereotypów „amerykańskiego obywatela"...
Życie w dużej mierze składa się z banałów, którym jednak sami możemy nadać jakiś koloryt. Ono nie jest nudne. Nudny jest tylko duch wypłukany z fantazji, który nie widzi nic fascynującego.
Jeśli drażnią Cię, Czytelniku, autoerotyczne opisy, to może tego nie czytaj. Jednak pewien Gościu z Forum Motocyklistów uznał je za sens „motocyklizmu". Ja się przychylam do tej opinii. Zresztą nudzi mnie techniczne przedstawianie motocykla.
Na czym ostatnio skończyłem? Acha, już wiem - zdradzałem „Volusię". Domyślacie się, że takie romanse nie mogły się dobrze skończyć. Jednak przejdźmy do poważniejszych wydarzeń... o zdradach też będzie...
Mijał mi 29-ty rok życia, z czego cztery lata spędzone w Prudniku. Cztery pierwsze, bo zaraz po studiach. Cztery intensywne w przeżycia. Zdajesz sobie Czytelniku sprawę z tego, że nie opisuję wszystkiego...
Z dzieciństwa utkwiła mi sentencja z jakiegoś kościoła: „Spoglądaj w niebo, a żyj na ziemi, tak byś nie utracił swego miejsca w niebie". Odkąd kręciłem się na rowerku chciałem to niebo oglądać inaczej od pozostałych. Dla mnie najpiękniej wygląda ono w krzywym zwierciadle chromowanej lampy. Jej lustro odbija błękit, czasem stalową szarość, a chmury przesuwają się leniwie. W jeździe na motocyklu jest coś z pielgrzymowania - nie tyle zważamy na cel podróży, co na samą drogę.
Nie myśl sobie, drogi Czytelniku, że nie mam już o czym pisać, więc zapodaję Ci jakieś historyjki. Uznałem, że nie będę wplatać pewnych zdarzeń w felietony i jeden raz opiszę to, co sobie przypomnę śmiesznego. Niektórzy odetchną po ostatnich kontrowersyjnych, gangsta-dresiarskich wydarzeniach.
Georg Thorogood - „Bad To The Bone" i wszystko jasne. W tym klimacie najlepiej będzie się czytało. Ewentualnie AC/DC i „TNT". A będzie o mocy klubowych barw na plecach. Wydarzenia poniżej opisane miały miejsce w 2003 roku. Zero ściemy - chłopaki wyśmialiby mnie, gdybym ubarwiał. Wybaczcie wplecione wulgaryzmy, ale inaczej tekst straciłby na autentyczności.
Jeśli chcesz, Drogi Czytelniku, wczuć się w klimat wydarzeń poniżej opisanych, to słuchaj podczas czytania „Brothers In Arms" Dire Straits. Ta melodia wybrzmiewała nam w sercach, gdy odprowadzaliśmy naszego kumpla Jerzyka ‘Jeja' Duszkiewicza.
Mimo iż sierpień trwał w najlepsze, to pachniało już jesienią. Mi udało się wyrwać jeszcze do Zakopanego. U rodziny nabierałem sił do roku szkolnego. Znaczy się próbowałem nabrać sił, bo Górale lejąc trunek potrafią prowadzić dialog semantyczny.
- Ale tylko trochę. Ej, no mówiłem, że tylko trochę (wujek leje nadal).
- Ale łod góry, cy łod dołu tylko troskę? - pyta filozoficznie.
Takie trzy dni mimo wszystko naładowały mnie energią...
Ruszając na Ukrainę miałem już klienta na „Desperado". Coraz więcej zarażonych motocyklizmem, a sprzętów sprawdzonych i pewnych mało. Mi od dłuższego czasu niesamowicie podobała się „Volusia". Śledziłem artykuły o niej odkąd się ukazała - pozdrawiam pana Lecha Wangina - jego podsumowanie jazdy na Suzuki dało mi mocnego kopa.
Wiedziałem, że motocykliści do zbyt potulnych i grzecznych połykaczy kaemów nie należą, ale nie przypuszczałem, że do nich dołączę. Tymczasem nowy sezon 2003 już od początku na to wskazywał - coś wisiało w powietrzu i wkrótce zrobiło się naprawdę gorąco.
Lekarstwem na duży silnik jest jeszcze większy silnik - tak mawiają Amerykanie. A złośliwe powiedzenie o facetach brzmi: "małego chłopca od mężczyzny odróżnia cena jego zabawek".
W maju 2002 roku przeszedłem operację na przepuklinę brzuszną. Podczas wcześniejszych konsultacji pytałem o jazdę na dwóch kółach. Usłyszałem, że rower odpada, a na motocykl lepiej też nie wsiadać w ciągu kilku miesięcy. "Akurat, już to widzę - pomyślałem. Może jeszcze na wózku mam jeździć?"
Yamaha Virago, mój własny chopper! Uczucia, jakie we mnie buzowały potrafią zrozumieć tylko ludzie z benzyną w żyłach. Jako dzieciak dosiadłem motorynki, mając jakieś 8 lat. Należała do kolegi; był to jego komunijny prezent. Ostrzegał, bym nie odkręcał przy ruszaniu, ale cóż... stało się... motorynka poszła na kołoi trochę przytarłem plasik. Potem była wspominana Jawka. W międzyczasie miałem przygodę z Komarkiem kuzyna. Świeżo odrestaurowany. Kuzyn był u babci a ja postanowiłem zrobić rundkę na podwórku. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdybym nie przydzwonił w piłę tarczową he he. Postawiłem Komara i uciekłem. Potem się okazało, że zerwałem łańcuch a widełki "naprostowałem" aż do silnika. Nigdy jednak nie mogłem się doprosić, by mi rodzice kupili motorynkę, ani "Charta", a o Simsonie nawet nie wspomnę. Teraz dosiadałem prawdziwego motocykla, po tylu latach oczekiwania. Brak prawka nie mógł mnie powstrzymać.
Pamiętacie "Bodka"? Ja go tak nazywałem, choć inni mówili "Włodek". Hondą jeździł chyba trzeci czy czwarty dzień. Wyobrażacie sobie, co czuł, gdy ją "położyłem"? Sprawy finansowe uregulowaliśmy szybko i bez żadnych scysji. Nawet był zadowolony, bo zmienił kierownicę z "kozy" na poważniejszą i wygodniejszą. Ja pozszywałem "kieckę" i zacząłem poważnie rozglądać się za motocyklem dla siebie.
Prudnik 2000. Jako młody, 25-letni ksiądz zacząłem pracę na osiedlu. Wszystko było dla mnie nowe, nawet nie znałem swojego miejsca pośród ludzi. Powoli zapominałem o swoim bziku na punkcie motocykli. Pojawiły się inne wyzwania, choćby praca w zawodówce, która czasem mnie przerastała. Zresztą te wypady bez karty na Jawce po dziadku, przygotowywanie mieszanki z benzyny podbieranej ojcu, potem jakieś szaleństwa z kumplem na M-72... te wspomnienia stawały się coraz bardziej mgliste...
Sobota. Pierwszy tydzień korzystania z chorwackiego słońca dobiegał końca. Motocykle znowu umyte lśniły w cieniu drzew. Nie wiem czemu, ale źle się czuję dosiadając brudnego sprzętu. A ilekroć pozbędę się kurzu, insektów, ewentualnie błota i wszystkiego, co bryzga spod kół, mam wrażenie, że maszyna jeździ znacznie lepiej...
Pula jest położona na siedmiu wzgórzach w południowej części Istrii tuż nad Morzem Adriatyckim. Znajduje się w głębokiej zatoce, otoczona przez małe wyspy.