załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

SPORT - WYWIADY ZE SPORTOWCAMI

Wywiad z Jackiem Grandysem

Olaf Popanda
30-07-2010, 17:18
OCEŃ ARTYKUŁ Wywiad z Jackiem Grandysem kliknij i przesuń wskaźnik
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys
Jacek Grandys

Jacek Grandys – jedna z najbardziej znanych postaci polskich wyścigów motocyklowych. Menadżer kadry narodowej, promotor wyścigów, opiekun pucharu markowego Suzuki GSXR. Osoba, która potrafi być mocno kontrowersyjna, jednak nie można nie zauważać roli, jaką odgrywa w WMMP

 

Szef jednego z największych polskich zespołów wyścigowych. Czy jest ktoś ze środowiska motocyklowego, kto nie zna takich marek, jak Akrapovic czy Yoshimura? No właśnie. Na koniec współwłaściciel firmy GRANDys Duo, importera i dystrybutora wielu markowych akcesoriów motocyklowych. Uff… Długo można wymieniać. Na co dzień poważny, chwilami niedostępny, zabiegany, jednak udało nam się wyczaić moment, kiedy Jacek złapał chwilę luzu i mogliśmy porozmawiać. Grandys udowodnił, że poczucie humoru, rzeczowa ocena sytuacji i normalne ludzkie namiętności nie są mu obce. Oto krótka historia Jacka, czyli jak związał się z motocyklami, jak rozwijał firmę, a także jak przebiegała jego kariera jako zawodnika (taki epizod też miał miejsce). Ponadto opowiedział jakie są nasze rodzime wyścigi oraz co można powiedzieć o mechanikach i tunerach wyścigowych w Polsce.

Olaf Popanda: Jacek Grandys – wyścigowy człowiek-orkiestra. Czy można tak o Tobie powiedzieć?
Jacek Grandys: No chyba już nie.
 
O.P.: Dlaczego?
J.G.: Zaczynam grać na jednym instrumencie. Wiesz jak to jest. Reformujemy się, nie można już robić wszystkiego naraz, staram się skupić na jednej rzeczy, a nie na wielu, więc powiedzmy – członek orkiestry.
 
O.P.: To ciekawe, ale zacznijmy od początku. Kilka słów o Twojej historii. Jesteś m.in. hm... byłym zawodnikiem. Masz za sobą karierę wyścigową, sam jeździłeś, sam się ścigałeś. Kilka lat temu zarzuciłeś swoje starty na rzecz organizacji teamu i rozwoju swojej firmy.
J.G.: Tak, dokładnie. Moja kariera to taki, nazwijmy to, australijski obrazek – jak człowiek ma już swoje lata, trochę kasy, to może się bawić w wyścigi. Taki jest smutny obraz naszej polskiej rzeczywistości. Tak naprawdę moja przygoda z wyścigami zaczęła się dużo wcześniej; byłem jeszcze nastolatkiem. Właściwie to było dzieło przypadku. Akurat w sklepach rzucili MZ-ki, Romety i razem z moim ojcem stwierdziliśmy, że można by było coś kupić, zainwestować, ponieważ to była znakomita lokata kapitału w tamtych czasach. Ze względu na to, że jeszcze był ze mnie straszny małolat (miałem wtedy 13, może 14 lat) wybór padł na motorower, wspomnianego Rometa, dwubiegową bestię. Szczerze przyznam, nie miałem nawet większego pojęcia, jak się tym urządzeniem jeździ, ale jakoś doczłapałem się do domu, a chwilę później wyjechałem na wakacje na Węgry i tam nastąpiło olśnienie – zobaczyłem prawdziwe motocykle. I nie mówię tu o sprzętach królujących na naszym rynku: MZ, CZ, Jawy. To były rasowe motocykle najbardziej znanych producentów. Już wtedy stwierdziłem, że to jest to. To coś, czym chciałbym zająć się w życiu, coś, co sprawia mi przyjemność. Wiesz co, to nawet można określić jako miłość od pierwszego wejrzenia, tak jak do dziewczyny (śmiech). W każdym razie pamiętam jak po powrocie do Polski chciałem pokazać koledze, jak tam, na węgierskich drogach faceci wchodzili w zakręty. No i kumpel, przerażony tym, co się dzieje, zeskoczył mi z Romecika przy wejściu w zakręt. Szczęście, że sprzęt nie rozwijał wielkich prędkości – mieliśmy nawinięte może 20–30 km/h (Romet rozwijał maksymalnie 40 km/h). Wtedy też moja znajoma sąsiadka, kuzynka Janusza Oskaldowicza, widząc u mnie rosnącą pasję motocyklową, zaprosiła mnie na prawdziwe wyścigi. Powiedziała mi wtedy, że jej wujek zdobył już kilkakrotnie tytuł Mistrza Polski i będę mógł sam na własne oczy zobaczyć, jak w Polsce zawodnicy się ścigają. Pamiętam, że dostałem wtedy taką specjalną wejściówkę, która uprawniała mnie do wstępu na teren parku maszyn. Wyścig odbywał się wtedy w Łodzi, na Retkini. Oczywiście, był to wyścig uliczny. Wjechałem więc na teren improwizowanego paddocku i zobaczyłem wujka Oskaldowicza, faceta starszego ode mnie o ładnych parę lat. Pamiętam, że Janusz już wtedy bardzo mi zaimponował. Cała otoczka ścigania była dla mnie czymś fenomenalnym. Czymś, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wtedy nie podejrzewałem, że sam kiedyś będę się ścigał, szczególnie kiedy zacząłem patrzeć uważnie na koszty, jakie generował ten sport. To był czas dużych przemian w Polsce i istniejące sekcje wyścigowe, a do takiej wtedy należał właśnie Janusz, rozpadały się powoli. Nie było pieniędzy na wspieranie zawodników. Z tego co pamiętam, w Łodzi funkcjonował jeszcze wtedy MKM Dąbrowa. Na parę lat wszystko wtedy zawisło w próżni, mimo że na studia jeździłem wtedy na motocyklu. To była czeska CZ. Studiowałem poza Łodzią i kiedy wróciłem do domu (to był jakiś 1992 rok), skupiłem się bardziej na zrobieniu czegoś dla siebie. Do tematu jednośladów wróciłem dopiero około 1997 roku. Usiedliśmy kiedyś z bratem, który też był miłośnikiem motocykli, ale jego „kariera” ograniczała się raczej do jazdy motorowerami, i stwierdziliśmy, że warto byłoby kupić jakiś poważny sprzęt. Przy okazji wizyty na targach w Łodzi spotkaliśmy się z dystrybutorem motocykli. Wiem, że człowiek ten do tej pory jest dealerem marki Honda. W każdym razie była okazja, żeby porozmawiać. Pierwsze pytanie dotyczyło tego, jaki ma być to rodzaj sprzętu. Nie miałem pojęcia, czy chciałbym jeździć ścigaczem czy chopperem, więc ów sympatyczny pan powiedział mi, że jeśli podejmę decyzję, to wtedy wrócimy do rozmowy. Pamiętam, że wymieniliśmy się wizytówkami, ale kontakt się urwał. W końcu wybór padł na Virago XV 750, którą zakupiłem w Holandii; wtedy rynek motocyklowy w Polsce był naprawdę raczkujący i oferta motocykli nie była zbyt bogata. Wyobraź sobie, że dealer Yamahy z Łodzi był chętny, żeby sprowadzić dla mnie taki motocykl, ale czas oczekiwania oscylował wokół 3 miesięcy. Uruchomiłem więc swoje kontakty wśród znajomych z Holandii i po kilku dniach moje wymarzone Virago, w wybranym malowaniu i na alufelgach, tak jak chciałem, stało u mnie w garażu. Początkowo ciężko mi się na nim jeździło – motocykl był dziwnie nieporęczny. Kolega któregoś dnia dał mi się przejechać ścigaczem. To też była Yamaha. Z tego co pamiętam, to chyba FZ 600. I nagle olśnienie – ten sprzęt prowadził się sam, jakby odgadując intencje kierowcy. Wszystko działo się o wiele łatwiej, niż na moim chopperze! Decyzja zapadła natychmiastowo: zmieniam motocykl, ma być sportowy. Z Mariuszem, moim bratem, zastanawialiśmy się nad marką i wybór znów padł na Yamahę. Wtedy to właśnie Yamaha, pod wodzą Roberta Domańskiego, była najprężniej działającym importerem motocykli w Polsce. Pojeździliśmy, wybraliśmy model – to był dokładnie Thundercat, świetny motocykl, bardzo dobre hamulce. W międzyczasie zagnało nas do Poznania na tor. Chcieliśmy pooglądać wyścigi – nasz znajomy dealer startował wtedy w Polonia Cup. I tak nas z Mariuszem natchnęło. Siedzieliśmy sobie kiedyś wieczorem przy kielichu i gadaliśmy. Zaproponowałem, żebyśmy może sami spróbowali swoich sił na torze. W salonie Yamahy przygotowano nam wtedy motocykl do startów na torze, ale tu znów pojawił się jeden zasadniczy problem. Było nas dwóch, a Thundercat tylko jeden. Ale to też szybko rozwiązaliśmy – po prostu każdy po kolei jechał w treningu i ten, który „wykręcił” lepszy czas, ten miał jechać w wyścigu. Mariusz, młodszy, nie miał zahamowań, więc pokonał mnie o kilka sekund i w ten sposób on jeździł, a ja musiałem czekać do końca sezonu. W każdym razie kupiliśmy drugi motocykl, też Thundercata, wtedy topową wyścigówkę Yamahy. To był chyba sezon 1998, coś tam pojeździliśmy troszkę, ale tak szczerze, to wtedy wyścigi traktowaliśmy jeszcze po macoszemu. Poważniej do tematu podszedłem rok później, kiedy kupiłem model R6. Dokładnie obserwowałem też innych zawodników na torze i doszedłem do wniosku, że moja wyścigówka odbiega trochę od pozostałych sprzętów.
 

ZOBACZ, PISALIŚMY TEŻ O:

Zmiana terminu I rundy WMMP

09-02-2012
Jednak doczekaliśmy się od PZM oficjalnej informacji o zmianie terminu I rundy WMMP.
 
 
 
 
 

ARTYKUŁY POWIĄZANE

Marcin Sikora – krótki wywiad przed kolejnym sezonem

16-12-2011
Marcin Sikora był bezkonkurencyjny w tegorocznej edycji Suzuki GSX-R 600 Cup. Jak wspomina miniony sezon i co planuje na przyszłość opowiada w wywiadzie.
 
 
 
 
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Czy byłbyś zainteresowany MOTOGEN w wersji drukowanej?
TAK
NIE




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/8
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms