OCEŃ ARTYKUŁ
Rozmowa z Wojciechem Renczem, zdobywcą trzeciego miejsca w rajdzie RMF Morocco Challengekliknij i przesuń wskaźnik
Wojciech Rencz podczas RMF Morocco Challenge.
Gdy się jest w Afryce, naprawdę trzeba uważać na wszystko.
Przystanek RMF Morocco Challenge.
Najważniejsze, że wszyscy cali wrócili do domu.
Wojciech Rencz startował już w Rajdzie Dakar. Teraz na swoim KTM-ie wziął udział w RMF Morocco Challenge, które ukończył na trzeciej pozycji.
Skąd pomysł na udział w RMF Morocco? Wojciech Rencz: Jest to namiastka starego Rajdu Dakar w Afryce, w którym startowałem w 2000 roku. To właśnie wtedy wróciłem z kontuzją, która uniemożliwiła mi dalszą jazdę, ale powiedziałem sobie, że jeszcze tu wrócę i pokonam tę pustynię. Co też zrobiłem.
Jak się do tego przygotowywałeś? W.R.: W tym roku przygotowywania miały trochę inny charakter, ponieważ wpadłem na pomysł pokazania Afryki swoim klientom, którzy zakupili motocykle w Inter Motors Dolny Śląsk. Dotyczyło to zapewnienia im serwisu, transportu i wszystkiego, co mogłoby się przydać w Maroko, choć jak się na miejscu okazało, serwisowaliśmy motocykle prawie wszystkich uczestników.
Miałeś jakieś obawy? W.R.: Obaw było wiele, bo nie jechałem sam, ale byłem przewodnikiem dla dwóch kolegów i to o nich bałem się najbardziej; czy poradzą sobie w tym nowym terenie, czy zdrowie im dopisze i czy motocykle wytrzymają. Na szczęście wszystko zakończyło się bardzo dobrze, bo cało i zdrowo oraz w komplecie dotarliśmy do mety.
Ile dni spędziłeś na motocyklu ? W.R.: Rajd składał się z sześciu etapów o łącznej długości 2800 km, czyli dziennie średnio do zrobienia było po 500 km, a to daje około 10 godzin dziennie na siodełku terenowego motocykla. To nie lada wyzwanie. Należy też pamiętać, że dojazd do portu w Hiszpanii to kolejne 3000 km, ale na szczęście w samochodzie. Potem trzeba jeszcze wrócić do kraju. Także było gdzie jechać.
Co jest najbardziej niebezpieczne podczas takiej wyprawy? W.R.: Miałem wiele obaw przed tą edycją rajdu, gdyż, jak wspomniałem, miałem prowadzić dwóch nowych ludzi w Afryce. Bałem się też o to, czy sprzęt nie zawiedzie i czy zawodnicy dadzą radę i wytrzymają trudy tego rajdu. A w tym roku był on niezmiernie trudny! Gdy się jest w Afryce, naprawdę trzeba uważać na wszystko. Począwszy od tego, co się je, skończywszy na tankowaniu paliwa.
Z jakim wynikiem zakończyłeś rajd? W.R.: Startując w tym roku, nie liczyłem na wielkie wyniki, bo plan był taki, aby trzech zawodników z Wrocławia znalazło się na mecie, a jak mówi rajdowe przysłowie, zwycięzcy są na mecie. I tak: ja byłem trzeci, Fabrizio Bosetti piąty, a Tomasz Szymczak jedenasty.
Czy jesteś usatysfakcjonowany całą wyprawą? W.R.: Tak i to bardzo. Najważniejsze, że wszyscy cali wrócili do domu. Małe siniaki są, ale to ryzyko jazdy na motocyklu w terenie. Dobrze serwisowane motocykle nie zawiodły, pogoda trochę płatała figle, ale ogólnie było ok.
Kto Ci pomagał w trakcie rajdu? W.R.: Jestem zawodnikiem Sport Racing Team i tu pomagają moi indywidualni sponsorzy. W Maroko mogłem również liczyć na Inter Motors Dolny Śląsk, zapewniający fachowy serwis i części, firmę SK – łożyska i uszczelniacze oraz LIQUI-MOLI, wyposażający nas w smary i oleje.
Jakie masz rady dla zawodników z mniejszym doświadczeniem? W.R.: Żeby dobrze jeździć w Afryce, to po prostu trzeba tam być i na własnej skórze przekonać się, jak tam się jeździ w terenie. Na odcinku kilku kilometrów spotyka się kilka rodzajów nawierzchni i na każdej trzeba sobie radzić, ale po to byłem tam przewodnikiem, żeby wszystko na miejscu objaśnić.
Jakieś plany na końcówkę sezonu 2011? W.R.: Nie, nie mam już żadnych planów. Plan w tym sezonie wykonany w 100%. Teraz czekam na śniegi i mróz, aby założyć kolce i pośmigać po lodzie.