2004 rok. Puchar CBR 125. Piętnastoletni Mateusz Stokłosa po raz pierwszy próbuje swoich sił na torze wyścigowym. Uczy się dosyć szybko i pomimo tego, że nie święci spektakularnych triumfów, zostaje zapamiętany, jako jedyny zawodnik, który wygrywa dwa wyścigi w całym Pucharze, Sezon wyścigów w Polsce zamyka z bagażem doświadczeń i czwartym miejscem w klasyfikacji generalnej zmagań 125-ek...
Ale to mu nie wystarcza. Jeszcze w tym samym sezonie dosiada świeżo zakupionej Aprili 125RS i wyrusza na tor w Rijece, aby spróbować sił w ostatniej rundzie Alpe Adria Cup, w klasie Sport Production. Co ciekawe, jedzie na totalnie fabrycznym motocyklu, przebranym jedynie w torowe owiewki. Jadąc na 10 pozycji w wyścigu, zalicza mocną glebę. Na moje pytanie, czy było mocno, odpowiada: "Oj, mocno. Złamałem nadgarstek. To był koniec moich wyścigów w 2004 roku, później pozostała tylko rehabilitacja".
Udało mi się złapać Mateusza podczas krótkiej, niespodziewanej wizyty w Warszawie, tuż przed wyjazdem na kolejną rundę Mistrzostw Europy (Hiszpania, na torze w Cartagenie). Mati pojawił się w towarzystwie Kuby, swojego mechanika i człowieka w dużej mierze odpowiedzialnego za stworzony uprzednio plan logistyczny (transport, etc.). Siadamy sobie w kąciku sali dla niepalących w Hard Rock Cafe, przy Caffe Latte i toniku z cytrynką.
Olaf Popanda: Mateusz, wiadomo już, jak przebiegał sezon 2004. Natomiast 2005? To chyba wyścigowa emigracja i pierwsza wielka przygoda?
Mateusz Stokłosa: Tak, w 2005 roku wystartowałem w niemieckim cyklu IDM, w mojej wymarzonej wtedy klasie 125GP, do tego doszły treningi podczas serii Alpe Adria Cup. Niemieckie wyścigi mają bardzo wysoki poziom, zarówno jeśli chodzi o przygotowanie zawodników, jak i sprzętu. Ja, niestety, od samego początku miałem bardzo dużo problemów technicznych i naprawdę słabo przygotowany motocykl
OP: Przepraszam, że przerwę, ale czy sam go przygotowywałeś?
MS: Nie, skorzystałem z usług niemieckiego tunera, jednak w moim wypadku można otwarcie powiedzieć, że to był pseudo - tuner. Facet zastosował swój własny tzw. kit tuningowy, sprzęt miał mieć 50KM, jednak, kiedy wreszcie sam zmierzyłem motocykl na hamowni, okazało się, ze silnik dysponuje mocą tylko 38 koni. To była kompletna porażka, wszystko się non-stop psuło, ale ja zbierałem po prostu doświadczenia i miałem tę satysfakcję, że nie przyjeżdżałem ostatni. Nie byłem w czołówce, ale miałem świadomość tego, że uczę się dużo jadąc w wyścigach na naprawdę wysokim poziomie. Podczas wyścigu na torze Oschersleben miałem wypadek. Była to dość poważna gleba, złamałem wtedy palec, niby nic poważnego, ale okazało się, że czeka mnie operacja. Dosyć długo leżałem w szpitalu, tu, w Polsce, później rehabilitacja. Wtedy dostałem propozycję startów w kolejnym sezonie od niemieckiego zespołu, Team Sachsenring. Niesamowita sprawa, bardzo profesjonalnie wszystko zorganizowane, zarówno od strony technicznej, logistycznej, jak i w kwestii przygotowania zawodników. Trenerem zespołu był Steve Jenkner, były wicemistrz świata klasy 125, drugim trenerem był Dirk Reissmann, mistrz Niemiec. Zespół opierał się na młodych zawodnikach, wybieranych na podstawie obserwacji osób zarządzających zespołem. Zawodnicy ci wykazywali się ponadprzeciętnymi umiejętnościami, jeśli chodzi o jazdę i musieli mieć dobre rokowania na przyszłość. Zostałem zaproszony do tego zespołu, było to wielkie wyróżnienie, jednak kiedy podpisałem kontrakt, za jakieś 2 lub 3 miesiące, zespół nagle się rozpadł...
OP: Zostałeś zupełnie na lodzie?
MS: Nie, odbyło się to na trochę innej zasadzie, po prostu z Team Sachsenring powstał na podstawie fuzji Team Sachsenring Motorrad Unger. Wszyscy mieliśmy przygotowane aneksy do naszych umów, taki dokument musiałem podpisać, aby wejść w skład nowego zespołu. Nie zapowiadało się źle, wiesz, z tego teamu wywodzi się np. Randy Krumenacher, Randy był teraz na trzeciej pozycji w wyścigu Mistrzostw Świata w Kataloni! Szwajcar na KTM'ie. Co do samego połączenia się zespołów, to w wyniku całego tego zamieszania, szefem teamu został ojciec jednego z zawodników. Cóż, wiadomo, jak to bywa...
OP: Tak zwane plecy?
MS: Tak, chłopak miał bardzo dobrze przygotowany sprzęt! Wyobraź sobie, że dostał Aprilię (cały zespół jechał na motocyklach tej marki - przyp. red.) z roku 2005! A mieliśmy rok 2006! Może to nie brzmi jakoś niesamowicie, ale mieć taki motocykl, przygotowany, ubiegłoroczny model, to po prostu świetna sprawa! Był bardzo szybki i można było na nim walczyć o jak najlepsze lokaty.
W tym momencie Mateusz wyraźnie się ożywia, a w oczach zapalają mu się diabelskie ogniki...
OP: OK, a Twój sprzęt?
MS: No, cóż. Ja miałem do dyspozycji Aprilię, ale to taka śmieszna sprawa. To był rok 2006, ja miałem model 2003, gdzie rama pochodziła z modelu 2002... (śmiech, za moment wszyscy, razem z Kubą, mechanikiem Mateusza rżymy przy stoliku, wzbudzając zainteresowanie barmana).
Kuba: Stary, to nie jest tak, jak u nas, że bierzesz motocykl z salonu i przezbrajasz serię. Tam wszystko było budowane od podstaw.
MS: Tak, właśnie tak się to odbywa. Ten sezon jednak nie był dla mnie wybitnie udany, sporo gleb, sprzęt się psuł, non stop coś się działo, rzeczy, na które nie miałem wpływu. Przyjeżdżałem 14, 15, w tych granicach, chwilami bywało lepiej. Ogólnie zabrakło tej przysłowiowej kropki nad "i" w postaci dobrze przygotowanego motocykla. Poza tym, wyobraź sobie, że to klasa typowo dla dżokejów, wszyscy zawodnicy tam ważą ok. 45 do 55-kilogramów, a ja już wtedy podskoczyłem w okolice 60-ciu... Poza tym byłem dosyć wysoki, w porównaniu do moich kolegów. To też skłaniało mnie do podjęcia decyzji o przejściu do wyższej klasy. Padła nawet propozycja jazdy w klasie 250, na Hondzie, ale w Mistrzostwach Europy treningów i wyścigów jest mało, dodatkowo same koszty rosną dwukrotnie w porównaniu do klasy 125, a już tu pieniądze nie są małe. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, pomimo tego, że byłem bardzo napalony na 250-ki, zapadła decyzja o starcie na 600-ce w klasie Superstock w sezonie 2007. Tu głównie zaważyła dostępność sprzętu i możliwości jego przygotowania. Wiesz, szedłem do salonu mogłem kupić nowy motocykl, przygotować go dla siebie i tak, jak chciałem. Może nie do końca mi się to udało, ale uważam, że plan został mimo wszystko zrealizowany. W końcu moja Yamaha dowiozła mnie na 3 pozycji w generalce Mistrzostw Polski. Jechało mi się bardzo dobrze, nawet w ostatniej rundzie udało mi się na suchym wyprzedzić Chmielewskiego i Szkopka, nie wiem, czy to widziałeś.