O.P.: A co z przyszłością zespołu GRANDys Duo?
J.G.: Wiele zależy od tego jak przebiegnie ten sezon i jak go zakończymy. Jeśli w strukturach organizacyjnych Mistrzostw Polski nie nastąpią zmiany, to być może pozostaniemy przy niedużym wsparciu działań na polskim rynku i w Mistrzostwach Polski, a skupimy się na uczestnictwie w Mistrzostwach Niemiec. Aktualnie powstaje taki projekt. Jest on w tej chwili dopracowywany pod względem logistycznym. Myślę, że Suzuki Europe będzie nam tu w stanie pomóc. Zobaczymy, takie szanse są, może, jak wspominałem, będzie to niemiecki importer tej marki. Zobaczymy też na ile zaangażują się w ten projekt producenci, których artykuły dystrybuujemy. Mamy w planach wspólne działania z dystrybutorami z terenu Niemiec. Mam nadzieję, że jednak sytuacja w kraju ulegnie normalizacji, bo na chwilę obecną nie można niczego do końca zaplanować. Bywamy zaskakiwani różnymi decyzjami, tak jakby ktoś nie potrafił zrozumieć, jak planuje się budżet na kolejny sezon, kiedy należy to zrobić i tak dalej. Wiadomo, że w wielu wypadkach jakiekolwiek odstępstwa od zaplanowanych budżetów mogą być katastrofalne.
O.P.: Jacku, a kiedy Endurance?
J.G.: Też o tym myśleliśmy, ale pojawia się pewien konflikt w tym wszystkim. Większość naszego zespołu oparta jest o zawodników z Mistrzostw Świata Endurance, więc ten plan się chyba jeszcze nie powiedzie. Miłym akcentem było jednak to, że Gwen, kiedy zobaczył swój kontrakt na Endurance, przygotowany przez Yamahę (kontrakt „betonowy”, zakazujący wielu rzeczy), powykreślał sporo zapisów i skwitował to stwierdzeniem, że skoro tak, to on w teamie fabrycznym w wyścigach długodystansowych nie chce jeździć. Było to dla nas bardzo miłe i poczuliśmy się niezwykle docenieni w ten sposób. Gwen to bardzo miły facet, który dużo wnosi do naszego zespołu. No i bardzo mu się w Polsce spodobało. Dla niego każdy przyjazd do Polski, jazda tu, konfrontacja z naszymi zawodnikami jest miłą odskocznią i daje mu wiele radości. Jeśli projekt związany z Mistrzostwami Niemiec wypali, Giabbani jest w tym składzie. To pewnik. Oczywiście, razem z Andym.
O.P.: Ufff… OK. To odbiegając od wyścigów, porozmawiajmy o tuningu motocykli. Zmierzam do tego, jak Ty ogólnie postrzegasz przygotowanie motocykli w Mistrzostwach Polski. Zauważ jedną rzecz – większość topowych motocykli, które startują w Mistrzostwach Polski, jest przygotowywana przez zagraniczne firmy, zagranicznych mechaników i tunerów. Sam powinieneś znać ten temat od podszewki, bo wiem, że w zespole również praktykujecie taką formę przygotowania sprzętu. Ja sam, przez lata przyjeżdżając na Mistrzostwa Polski czy trochę się sam ścigając, próbowałem współpracy z różnymi mechanikami, często takimi, którzy mieli znakomite opinie jako mechanicy motocyklowi, pracownicy serwisów. Np. jeżdżąc Kawasaki, współpracowałem chwilę z moim kolegą, mechanikiem w serwisie autoryzowanym tej marki. Świetny fachowiec, który zupełnie nie odnalazł się na torze, w wyścigowej rzeczywistości. Ten tryb pracy mu po prostu nie odpowiadał.
J.G.: To jest temat rzeka. Opowiem Ci jedną historię. Kilka lat temu mieliśmy u siebie mechanika, którego wykształciliśmy od podstaw. Brał udział w seminariach Yoshimura, wyjeżdżał do Niemiec, Holandii, żeby uczyć się od tamtejszych techników. Był naprawdę świetnym fachowcem, po czym po dwóch sezonach okazało się, że konkurencja podkupiła go nam, oferując około 200 zł wyższą stawkę. To, co zainwestowaliśmy w człowieka, straciliśmy bezpowrotnie. A chłopak był naprawdę dobry, dokładny, skrupulatny. Niestety, to chyba taka polska mentalność. Nie porozmawiał z nikim, nie przedstawił swoich racji... Nazwijmy to tak: sprzedał się za kilka złotych więcej, które mógł wynegocjować pewnie bez większego problemu u nas. Wiadomo jaki jest popyt na mechaników motocyklowych, szczególnie w sezonie. Niektórzy z nich są nielojalni, niektórzy chyba pozbawieni wyobraźni. W jednej chwili stwierdziłem, że taniej i pewniej będzie, jeśli nasze motocykle będziemy przygotowywać za granicą. Do tego jeszcze pewność, że usługa zostanie wykonana naprawdę profesjonalnie. Skierowałem bezpośrednio do Yoshimura zapytanie dotyczące polecanych przez nich tunerów. Polecono mi kontakt z zespołem z Mistrzostw Świata Supersport, Hoegee Suzuki, i z nimi współpracujemy od 2005 roku. Ich technicy przygotowują nasze motocykle i widać, że sprzęt funkcjonuje bez najmniejszego zarzutu.
O.P.: Jasne, ale nie zupełnie do tego dążę. Czy nie uważasz, że w Polsce należałoby wykształcić kadrę mechaników, nawet nie do końca powiązanych z zespołami? A nawet, idąc dalej, kadrę tunerów? Nasze wyścigi szybko się rozwijają, rosną, nakłady na sprzęt są coraz wyższe. Motocykli jest coraz więcej, coraz baczniejszą uwagę przykłada się do ich przygotowania; nie tylko owiewki, zawieszenia, gadżety, ale i silniki, elektronika. Jest kilka firm, które obsługują właśnie zawieszenia, np. Ohlins czy Hyperpro, które sam masz w ofercie. Można kupić Bitubo, Mupo itd. Dostępność znakomita, zawodnicy już sami zaczynają ogarniać te elementy. Mi natomiast chodzi o ludzi, którzy są w stanie dobrze ogarnąć sprzęt silnikowo. Czy nie uważasz, że z biegiem czasu taka kadra tunerów będzie musiała się pojawić w Polsce? Że w końcu ludzie pójdą po rozum do głowy i stwierdzą, że muszą sami w siebie zainwestować?
J.G.: Jeśli chodzi o polskich tunerów, ma to jakąś rację bytu, jednak pod jednym warunkiem: że osoba, która będzie, nazwijmy to, liderem, będzie pracowała we własnym warsztacie. Nie widzę tu innej możliwości. Pracując u kogoś, wszystko będzie sprowadzało się do jednej rzeczy – taki człowiek będzie gdzieś uciekał, będzie zmieniał marki, warsztaty itd. Wiadomo, że rynek motocykli drogowych będzie w tym wszystkim bardziej wydajny i dochodowy, więc na chwilę obecną nie widzę możliwości „wyżycia” z takich usług. Niestety. To nasze realia i specyfika rynku. Ludzi zdolnych u nas nie brakuje, jednak wyścigi i ich popularność muszą być jeszcze większe, żeby taki tuner-mechanik z prawdziwego zdarzenia mógł ze swojej pracy „wyżyć”. Teraz nawet dobrzy mechanicy wyścigowi często mają priorytety dotyczące obsługi motocykli drogowych, gdzie przygotowanie sprzętu do sportu jest odkładane na ostatnią chwilę. To generuje problemy. Jest dużo pomyłek, niedopatrzeń. Stąd sytuacja, w której większość ludzi ucieka za granicę i tam szykuje sprzęt na tor.
O.P.: No tak, patrząc na to, co ma miejsce, Yamahę sporo osób przygotowuje u Michała Galińskiego w Niemczech, Suzuki, za Twoim przykładem, Holandia i Hoegee, Triumph to niemiecki G-Lab. Irek Sikora, przygotowując swoje BMW, korzystał też usług, wiedzy i doświadczenia techników z Niemiec.
J.G.: No tak, ale wszystko, co powiedziałeś, sprowadza się tak naprawdę do kilku osób, kilku zespołów. Triumph to bracia Szkopek w ubiegłym sezonie, Suzuki to my i POLand Position w 2009 roku, w 2010 znów my i bracia Kondratowicz, Yamaha u Galińskiegio to znów Paweł Szkopek, może ktoś jeszcze, Marcin Kałdowski od lat współpracuje z Laaks. Są jeszcze zawodnicy, którzy, jeżdżąc na Hondach, szykują swoje motocykle u najbardziej znanych i doświadczonych techników, choćby Bartek Wiczyński. Ujmę to tak: to są najbardziej uświadomieni ludzie, którzy zdają sobie sprawę, że na zachodzie płacą relatywnie niewiele większe pieniądze za przygotowanie sprzętu, a mają usługę wykonaną na najwyższym poziomie. U nas, jeśli mechanik miałby „wyżyć” z tego typu pracy, musiałby przygotowywać chyba motocykle każdej marki. Wtedy by pewnie pogubił się w tym wszystkim i po prostu zgłupiał. U nas dalej, co już mówiłem na początku naszej rozmowy, z wyścigów tak do końca nie da się „wyżyć”. To w dużej mierze pasja, realizacja marzeń.