Wtedy już większość zawodników miała na wyposażeniu m.in. pełne układy wydechowe czy inne „gadżety”. Chodziłem, patrzyłem, rozmawiałem z naszymi specami, Heńkiem Wróblewskim, Oskaldem czy Teodorem Myszkowskim i oni właśnie przekonali mnie, że pierwszym elementem, który powinienem wymienić, jest właśnie wydech. A jaki? Każdy wskazał na Akrapovic. Ale gdzie to cudo kupić? Drogi były dwie: pojechać do Niemiec albo na Węgry. Do dziś wspominam zdziwienie mojej dziewczyny, kiedy zdecydowałem się na wyjazd na Węgry, gdzie ceny były korzystniejsze. Stwierdziła: „chory człowiek”, bo kto przy zdrowych zmysłach płaci za jakieś rurki, blachy i kilka śrubek kosmiczną cenę (wtedy około 2000 marek niemieckich)?. W dodatku obiecałem mojej lubej zwiedzanie Budapesztu, a finał był taki, że graty zapakowałem do bagażnika, a Budapeszt widzieliśmy przez szybę samochodu. Oj, nie była chyba zadowolona z tego faktu, ale ja się cieszyłem z mojego nabytku jak dziecko. Moja R6 przestawała być już golasem. Po tym sezonie kupiliśmy drugą R6 dla Mariusza. Na tym motocyklu w 2001 roku Mario zwyciężył w pucharze PZM, chyba w klasie Sport. To była klasa wspólna z „litrami”, więc zwycięstwo brata można było w tych czasach traktować jako swoisty wyczyn. Dwa lata później Mariusz wywalczył tytuł Mistrza Polski, ale to już inna historia no i inna marka motocykla – Suzuki. A moja kariera? Hm… Tak szybko, jak się zaczęła, tak szybko się skończyła, a wszystko z jednego prostego powodu. Patrząc na nasze wyścigi, szybko doszedłem do wniosku, że bez sensu jest szukać gdzieś za granicą części, które są potrzebne do przygotowania motocykla do sportu. Po co ludzie mają jeździć gdzieś po Europie w poszukiwaniu np. wydechów czy innych elementów, skoro można by kupić wszystko na miejscu? I tak już w 1999 roku powziąłem decyzję o przebranżowieniu się. Wcześniej nasza firma działała w branży telefonii komórkowej, ale w pewnym momencie ten biznes zaczął delikatnie podupadać; nie był już tak ciekawy i rozwojowy, jak wcześniej. Środki, zarobione na komórkach, szybko zainwestowaliśmy w akcesoria do motocykli. Do tego wszystkiego całość działalności, sposobu dystrybucji – wszystko było uzależnione od naszej polityki. W tym czasie skontaktowałem się z fabryką Akrapovic; miało to miejsce na targach Intermot. Rozmowy miały pozytywny skutek. Ludzie od Akrapovic okazali się bardzo sympatyczni oraz konkretni i była to pierwsza firma, z którą nawiązaliśmy ścisłą współpracę. Od tego czasu nasza biznesowa przygoda z motocyklami trwa i nasza działalność zatacza coraz szersze kręgi. Zaczęliśmy rozszerzać ofertę; podpisywaliśmy umowy z kolejnymi producentami części i akcesoriów. Staraliśmy się stawiać na jakość, współpracując z najlepszymi, i tej zasady trzymamy się do tej pory. W pewnym momencie rozbiegły się nasze drogi z Yamahą. Kiedy Mariusz zwyciężył w Pucharze PZM, jedyną opcją dla niego było przejście do klasy mistrzowskiej. I tu musieliśmy wybierać między GSXR 750, który był najlepszą opcją, jeśli chodzi o stosunek jakości do ceny, Yamahą R7 (ta jednak kosztowała wtedy kosmiczne wręcz pieniądze) i przestarzałym Kawasaki ZX 7R. Dwucylindrowa Honda nie spełniała też naszych oczekiwań i w związku z tym poszliśmy w stronę współpracy z Suzuki. Jak wcześniej wspominałem, w tym czasie przestałem się ścigać. Spowodowane to było choćby tym, że sporo osób, które brały udział w zawodach, na tor przyjeżdżało zupełnie nieprzygotowanych. Brakowało im części, a przygotowania do sezonu zaczynali właśnie na pierwszych zawodach. Problematyczne były sytuacje, kiedy ja już siedziałam na sprzęcie, gotowy do wyjazdu na trening czy kwalifikacje, a tu wciąż ktoś przybiegał, prosił o pomoc czy chciał kupić części. Wtedy doszedłem do wniosku, że skoro Mariusz się ściga, jeździ szybciej ode mnie, to nie ma sensu, żebym ja również jeździł, a lepiej będzie, jak zajmę się stroną czysto organizacyjną i rozwojem naszego biznesu. Poza tym mając swoje lata, a najmłodszy już nie byłem, traktowałem jazdę jako przygodę, realizację jakiegoś tam hobby czy pasji, a nie nadrzędny cel w życiu. Wiedziałem doskonale, że nie osiągnę nie wiadomo jakich sukcesów w tym sporcie, więc decyzja o wycofaniu się ze ścigania przyszła mi dosyć łatwo. Chyba sam wiesz jak to jest, kiedy zajmujesz się sportem, a nie masz „czystej” głowy i myśli wiecznie zaprzątnięte czymś poza samą jazdą. Do tego wszystkiego świadomość, że kiedy się wywalisz, pal licho sprzęt, ale „zgruzujesz” siebie; firma, Twoje źródło utrzymania, leży. Starałem się też motywować swoją decyzję tym, że jeśli mamy pomagać ludziom, zaopatrywać ich w części i akcesoria, to nie mogę mówić w większości przypadków, że nie mam czasu, że mają przyjść po treningach itd. Wiem, że część osób mogła czuć się urażona takimi zachowaniami. Zająłem się więc biznesem, co niektórzy też mieli i mają mi za złe, twierdząc, że krocie zarabiam na wyścigach. Ale, szczerze powiedziawszy, nie do końca jest tak, jak się mówi. Na wyścigach nie do końca da się zarobić. Naszym firmowym targetem są ludzie, którzy zaopatrują się u nas w akcesoria i części na ulicę, płacą ceny detaliczne, nie mają zniżek dla zawodników, nie wymagają gratisów jako formy suportu. I tak to w rzeczywistości wygląda. Więc ci, którzy twierdzą inaczej, są w błędzie.
O.P.: Jak więc potraktować Waszą działalność w temacie wyścigów? Była to forma promocji? Chodziło o to, żeby ludzie wiedzieli, że u Ciebie mogą zakupić potrzebne akcesoria, części, a później przekładało się to wszystko na klienta z ulicy?
J.G.: Z tą promocją to było tak, że to wszystko wyszło jako wypadkowa jakiejś mojej pasji i zaangażowania w wyścigi. Oczywiście, jeśli zabieramy na zawody jakieś rzeczy, sprzedajemy je, to nie dokładamy do nich. Tu marże są zredukowane, ale jakieś tam są. W każdym razie jakiś obrót jest i coś się dzieje. Szczerze powiedziawszy, dla nas najlepszą promocja jest Puchar GSXR, którego jestem promotorem. Robimy tu sporo rzeczy wspólnie z Suzuki. Co do zespołu wyścigowego, to raczej prowadzenie takowego wiąże się przede wszystkim z ogromem pracy i wielkimi kosztami, więc zawsze wyścigi w tym wydaniu były dla mnie realizacją moich marzeń. Może w chwili obecnej i w takiej formie, w jakiej teraz funkcjonuje zespół, staje dobrą formą marketingu, szczególnie przy zaangażowaniu importera.
O.P.: OK, Jacku, zanim jeszcze przejdziemy do tematu GRANDys Duo Team w formie obecnej, pozostańmy przez chwilę przy historii. Przyznam szczerze, że nie znam drugiego zespołu wyścigowego, przez który przewinęłoby się tyle znanych nazwisk. Zaczynając od Mariusza, Twojego brata, poprzez takie nazwiska, jak: Grausam, Szkopek, Oskaldowicz, Walkowiak, Wiczyński, Kałdowski…
J.G.: Widzisz Olaf… To rzecz, której czasami ludzie nie zauważają. Wydaje mi się, że zwłaszcza najmłodsze pokolenie wyścigowe zarzuca nam, że nic nie robimy dla polskich zawodników. Wybiegam tu już trochę w przyszłość, a pewnie będziemy mówić o dwóch ostatnich sezonach i obecnym składzie zespołu. Natomiast z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wiele zrobiliśmy dla wielu osób z polskiego podwórka wyścigowego. Może niektórzy nie do końca to docenili. Jest wiele osób, które bardzo mile wspominam, z innymi pewnie bym nie nawiązał już współpracy, ale nie można powiedzieć, że nic nie robiliśmy. Wszystko to mnie sporo kosztowało, dużo pracy, wyrzeczeń... To wszystko było kosztem tego, co robię na co dzień.
O.P.: No tak, ale dążę tu do czegoś innego. Chodzi mi o to, że w pewnym momencie byłeś osobą, która ogarniała tych wszystkich ludzi, o których wcześniej wspomnieliśmy, niezależnie czy pod szyldem GRANDys Duo, czy Agip Yamaha. I nie chcę absolutnie wchodzić tu w jakieś tematy na zasadzie kto był OK, a kto nie i dlaczego czy z kim było fajnie, a z kim mniej. Chciałbym tu podkreślić fakt, że wykonałeś pracę. Ba, wręcz ogromną pracę, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę rzeczywistość polskich wyścigów. Ale ta rzeczywistość powoli ulega zmianie. Patrząc choćby na Twój puchar GSXR, należy zauważyć, że wyrosło z niego kilku zawodników klas mistrzowskich.