Jeśli chociaż raz mieliście okazję być na wyścigach motocykli zabytkowych, to z całą pewnością spotkaliście tam Dr Redu.
Krzysztof Pańczak to jedna z bardziej interesujących postaci serii Veteran CUP. Na pewno jedna z barwniejszych, m.in. dzięki kombinezonowi uszytemu na wzór tych z lat pięćdziesiątych. W krótkim wywiadzie Krzysztof opowiada jak zaczęła się jego przygoda z motocyklami, dlaczego kocha MV Aguste oraz gdzie marzy mu się jeszcze pościgać.
Rookie: Zacznijmy od najprostszego. Skąd wzięła ksywa Dr Redu?
Dr Redu: Oj, to dług historia... Na początku ktoś w liceum nazwał mnie Redskin – pewnie od mojej cery, która w kontakcie z letnim słońcem robiła się czerwona. W końcu w dobie globalizacji i ogólnemu lenistwu długa ksywa skurczyła się do Redu. A że prowadzę firmę Moto-Klinika, przedrostek Dr wyszedł naturalnie.
R: Skąd u Ciebie zamiłowanie do starych motocykli?
DR: Trudno powiedzieć. Swoją przygodę z motocyklami zaczynałem w czasach, gdy nie było nic innego na rynku. Nie było czegoś takiego, jak rynek motocyklowy! Jeździło się na tym, co się znalazło i tak mi został sentyment do zabytków.
R: Od kiedy ścigasz się w wyścigach weteranów?
DR: Od 2008 roku.
R: Twój pierwszy motocykl...
DR: Ostatnio próbowałem zliczyć wszystkie motocykle, które miałem. Była tego ponad setka. Prawdziwych wyścigówek nie miałem nigdy – jakoś współczesne ścigacze mnie nie pociągają, nie mają tego czegoś. Nie mają duszy.
A początki… hmm... Motocyklami zaraził mnie mój dziadek wożąc motorynką po wsi. Uznajmy zatem, że to był mój pierwszy motocykl.
R: Skąd wzięła się u Ciebie MV Agusta? To raczej rzadko spotykana marka w Polsce.
DR: Trzy lata temu sprowadziłem do Polski pierwszą MV Agustę 150 ccm z 1954 roku. Była to prawdopodobnie pierwsza i jedyna zabytkowa Agusta w naszym kraju. Jednak jej moc i gabaryty mi nie odpowiadały. Była zdecydowanie za mała. Mimo wszystko podczas zawodów w Lublinie zająłem nią trzecie miejsce. Ostatecznie sprzedałem tę 150-tkę. W międzyczasie dokupiłem drugą, oryginalną MV 150 RS z lat pięćdziesiątych! Ta jednak wymagała kapitalnej renowacji. Małymi krokami czynię to do tej pory.
R: A motocykl, na którym się ścigasz? Wygląda jak MV Agusta. Co to jest z sprzęt?
DR: Sprzęt, na którym się aktualnie ścigam, zbudowałem sam, od podstaw, na bazie Suzuki GS400 z 1977 roku. Oryginalne sportowe MV są horrendalnie drogie i chyba nigdy nie będzie mnie stać na tę prawdziwą, zabytkową (współczesne Agusty są już w zasięgu ręki). MV to marka-legenda, takie dwukołowe Ferrari. Mój motocykl powstał z tęsknoty za tą właśnie legendą, z drugiej strony chciałem też pokazać innym, że posiadając ograniczony budżet, można zbudować coś niezwykłego. Swoją drogą to 97% oglądających motocykl wierzy, że ogląda prawdziwą MV. I oto chodzi.
R: Czyli MV-ka to Twój motocykl marzeń. A może gdybyś mógł wybierać, zamieniłbyś ją na coś innego?
DR: Nie istnieje dla mnie coś takiego jak motocykl marzeń. Chyba że AJS 7R lub przedwojenny Vincent, na których to maszynach mógłbym też startować w wyścigach. Moja MV-ka posiada jeszcze parę chorób wieku dziecięcego, które wyszły dopiero na wyścigach drogowych w czeskich Horicach. Jest też parę rzeczy, które będę chciał zmienić, aby z czystym sumieniem uważać dzieło za skończone. Na razie nie zamierzam się z nią rozstawać. Ostatnio raczej dokupuję motocykle, niż sprzedaję.
R: Ekipa Redline uszyła specjalnie dla Ciebie kombinezon. Twoi koledzy z toru zazdroszczą go Tobie?
DR: Czy zazdroszczą, to nie wiem. Wiem natomiast, że na wszystkich robi niesamowite wrażenie. Zwłaszcza w połączeniu z kaskiem, rękawicami i przede wszystkim z motocyklem. Chłopaki z Redline odwalili kawał dobrej roboty! Do kompletu muszę jeszcze dokupić sobie odpowiednie buty i będzie wtedy wszystko jak należy.
R: Startujesz czasem poza granicami Polski? W którym wyścigu chciałbyś wystartować?
DR: Oprócz polskich wyścigów (Veteran Cup Szczecin, Super Veteran Lublin) w tym sezonie startuję w wyścigach w Czechach. A tak prywatnie to marzy mi się start na Tourist Trophy na Isle of Man w Wielkiej Brytanii.
R: Twój największy motocyklowy sukces?
DR: Kurcze, chyba samo to, że ktoś robi ze mną wywiad można nazwać sukcesem. Jeżeli chodzi o wyścigi, to podium w Horicach jest dla mnie największym sukcesem, a z innych moto-tematów to kilka transsyberyjskich podróży. Chyba w Rosji przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż w Polsce.
R: Masz motocyklowego idola?
DR: Nie uznaję idoli – robię to, co lubię. Największy szacunek należy się ścigantom, którzy dzielnie walczyli na torach i ulicach do lat siedemdziesiątych. Brak praktycznie jakichkolwiek zabezpieczeń oraz prehistoryczne konstrukcyjnie motocykle w połączeniu z brukowanymi drogami sprawiały, że ścigając się wtedy, trzeba było mieć naprawdę jaja. Teraz – to co widzimy w TV – to bułka z masłem!
R: Co porabia Dr Redu w wolnych chwilach?
DR: Do 9 lipca w wolnych chwilach wsiadałem na enduraka i włóczyłem się po bezdrożach, taplając w błotku. W ostatnią sobotę przyszedł na świat mój synek Adaś i teraz jemu muszę poświęcić więcej uwagi. Jednak czas na enduro oraz wyścigi znaleźć też się musi.
R: Krzysztof, dziękuję za wywiad. Życzę świeżo upieczonemu tacie samych sukcesów i dużo radości z małego Adasia.
DR: Dzięki. Pozdrawiam wszystkie motocyklistki i motocyklistów.