Zawody motocross to sport, w którym odnajdują się nie tylko mężczyźni. Także w tej dyscyplinie dziewczyny znalazły swoje miejsce. Przeczytajcie wywiad z Alicją Brudniak, dziewczyną, która – mimo początkowych niepowodzeń – postanowiła zrealizować swoje marzenie.
Motogen.pl: Jak wyglądały Twoje początki w offroadzie?
Alicja Brudniak: Zaczęłam jeździć trzy lata temu. Był to tylko i wyłącznie mój pomysł. Początki były bardzo trudne. Pojęcie o chociażby jeździe na motocyklu miałam znikome, a cała moja przygoda rozpoczęła się dosyć tragicznie. Kiedy dostałam swój pierwszy jednoślad o pojemności 125 ccm, po niecałych dwóch tygodniach jazdy na nim miałam wypadek na jednym z leśnych bezdroży. Ostatecznie spędziłam dwa miesiące w szpitalu, a następnie odbyłam pół roku mozolnej rehabilitacji. Właśnie wtedy, kiedy leżałam na ciemnej, smutnej, szpitalnej sali podczas bezsennych nocy, kiedy wszyscy byli przeciwko temu, abym ponownie wsiadła na jednoślad, obracając w palcach kluczyk od motocykla, który trzymałam pod poduszką, postanowiłam, że się nie poddam. Stwierdziłam, że skoro źle się zaczęło, to musi się dobrze skończyć. Nie było już odwrotu. Kiedy tylko wyszłam ze szpitala i zaczęłam nabierać sprawności, postanowiłam wsiąść na motocykl. Żeby pojeździć, musiałam wyprowadzać go potajemnie z garażu i odpalać daleko poza moją okolicą. Miałam nie do końca sprawną rękę, która nie była na tyle silna, aby utrzymać maszynę, więc nie było łatwo. Kolejnym problemem było przekonanie kogokolwiek, że jeżdżenie w moim przypadku to nie jest jakaś fanaberia i że mi nie przejdzie. Wszystko przyszło z czasem. Do niektórych zaczynało powoli docierać, że będę jeździć tak czy inaczej i nikt nic na to nie poradzi.
Kolejnym etapem było wybudowanie z grupką ludzi, którzy podzielali moją pasję, zupełnie amatorskiego toru niedaleko mojej miejscowości. (Z tego miejsca pragnę serdecznie pozdrowić wszystkich moich przyjaciół z Grodziska). Przez połowę wakacji prawie dzień w dzień pracowaliśmy, żeby stworzyć chociaż namiastkę toru i aby mieć gdzie jeździć. Przedsięwzięcie udało się. Zbudowaliśmy całkiem ciekawą, techniczną trasę, którą odwiedzało wielu offroadowców oraz widzów. Potem poznałam ludzi z Biłgoraja i tam zobaczyłam jak wygląda prawdziwy offroad. Na dodatek zaraziłam się od nich już na stałe miłością do KTM-a, którego jeszcze wtedy nie posiadałam. Kiedy wreszcie dostałam upragnioną 250-tkę 2T Pomarańczowych, byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dzięki temu moja jazda zaczęła się rozwijać. Na początku ciężko było mi opanować dosyć mocny motocykl, który nie raz zrzucił mnie ze swego grzbietu, jednak z czasem problem zaczął znikać. Kolejnym etapem było członkostwo w Rzeszowskim Klubie Motocrossowym. Następnie zaczęłam podróżować po różnych torach w okolicy i nie tylko. To otworzyło mi możliwość poznania jazdy w różnych warunkach, z różnymi zawodnikami i podniosło moje umiejętności.
W końcu zdecydowałam się wziąć udział w pierwszych zawodach. Poczułam smak rywalizacji i na własnej skórze przekonałam się jak to wygląda. Zawody wywarły na mnie wielkie, pozytywne wrażenie. Poczułam, że to jest sport, w którym chcę brać czynny udział. Tak w wielkim skrócie wyglądały moje początki. Później, z zawodów na zawody, z treningu na trening moja jazda zaczęła nabierać „tempa”. I tak jest po dziś dzień.
Motogen.pl: Często wśród ścigających się dziewczyn słyszy się stwierdzenia, że faceci nie chcą być wyprzedzeni przez kobietę i nie chcą za nią jechać; muszą znaleźć się chociażby jedno miejsce przed. Doświadczyłaś kiedyś czegoś takiego?
AB: Myślę, że coś w tym jest, jednak osobiście nie odczułam dotkliwie, żeby jakiś facet specjalnie nie tolerował mnie z tego powodu. Zdarzają się nawet osoby, które po skończonych zawodach przychodzą do mnie i gratulują, że ich wyprzedziłam albo które twierdzą, że wręcz uważały na mnie w czasie poszczególnych biegów. Jednak są to pojedyncze przypadki, bo jest też wielu takich zawodników, u których nie mogę liczyć na żadną wyrozumiałość. Lecz nie mam tego nikomu za złe, bo uważam, że jak stajemy razem na starcie, to wszyscy jesteśmy równi. Do tej pory tylko raz na poważnie doświadczyłam tego, że ktoś się na mnie zdenerwował na zawodach. Być może dlatego, że byłam przed nim i na pierwszym zakręcie uderzył mnie tak skutecznie, że wysadziło mnie z motocykla, przez co straciłam dużo cennego czasu.
osobiście nie lubię torów-po kilku przejazdach niczym nie zaskakują...