Zaczęło się niewinnie. Pierwsze spotkanie z torem wiązało się po prostu z wykonywaniem redakcyjnych obowiązków i ogarnięciem całej naszej wesołej ekipy, aby każdy, kto jest niezbędny do przygotowania relacji, był we właściwym miejscu we właściwym czasie.
Ostrzegam, że jeżeli pojedziesz na tor wyścigowy po raz pierwszy, nie znając zupełnie nikogo, nie mając zielonego pojęcia kto, po co i dlaczego, po opadnięciu całej tej euforii, że oto jestem na torze i na żywo oglądam zmagania, najprawdopodobniej po obejrzeniu „entego” okrążenia skończysz ze wzrokiem utkwionym w jeden z zakrętów, ze śliną cieknącą z kącika ust i miną godną zombie. Taka jest, niestety, smutna prawda. Jeżeli nie siedzisz w tym temacie, oglądanie wyścigów z trybun potrafi być nudne jak flaki z olejem, a to, na co wszyscy czekają, to gleba na „Sławiniaku”.
Twoje zainteresowanie wyścigami wymaga emocjonowania się wynikami kogoś w środku. Piszę głupoty? To czemu zainteresowanie Formułą 1 wzrosło lawinowo od kiedy startuje Kubica? Po prostu mamy za kogo trzymać kciuki, mamy z kim dzielić radość zwycięstwa i łzy porażki.
Sprawa zaczyna przybierać inny obrót, kiedy poznajesz cały wyścigowy światek albo sam staniesz się jego częścią. Na torze nie ma ograniczeń prędkości, wyjeżdżających z podporządkowanej niedzielnych kierowców, otwartych studzienek kanalizacyjnych i śliskich pasów. Jesteś Ty, Twój motocykl i umiejętności. Przyglądając się przez kilka lat ludziom, którzy właśnie odbyli swoje pierwsze jazdy na torze, scenariusz zwykle przedstawiał się podobnie. W głowie pojawia się taka świdrująca myśl, aby na początek poszukać sobie jakiejś torówki do tzw. wolnych treningów. Później następuje analiza ile kosztowałyby starty… a problem w tym, że jest to drogi i uzależniający sport.
W pamięci zapadła mi moja rozmowa z Olafem, który redaguje u nas dział sport i sam przez wiele lat ścigał się na torze.
– Olaf, powiedz mi, ile Ty właściwie włożyłeś w to kasy?
– Nie wiem, ale jak tak sobie kiedyś liczyłem, to spokojnie kupiłbym teraz niezłe mieszkanie.
– Ale nie żałujesz?
– (chwila ciszy) … NIE :)
Jak się pewnie domyślacie, w końcu trafiło i mnie. Problem w tym, że chcąc się ścigać, finansowo nie chciałem wszystkiego temu podporządkowywać. Po kilku godzinach z kalkulatorem w dłoni doszedłem do wniosku, że obecnie najprostszą opcją, aby zacząć tanie ściganie, są puchary markowe Hondy – CB600F Hornet oraz CBR 125 Cup. Rzecz jasna, mała CBR pod względem zakupu sprzętu, eksploatacji oraz ewentualnych poglebowych napraw wypada, jak na warunki torowe, wręcz śmiesznie tanio.
Jeżeli problemem nie jest kwestia finansowa tylko Twoje bezpieczeństwo, to polecam tego newsa:
http://www.motogen.pl/aktualnosci/zeswiata/australijska-kampania-na-rzecz-poprawy-bezpieczenstwa-droga-to-nie-miejsce-na-wyscig,art249.html
Jazda po torze, zwłaszcza w wolnej klasie jaką jest CBR 125 Cup jest moim zdaniem dużo bardziej bezpieczna, niż poruszanie się po drogach publicznych, nawet skuterem 50ccm.