Czy to jeszcze samochód, czy już motocykl? A może coś zupełnie innego? Według producenta to po prostu Carver. Jedno jest pewne: mamy tu do czynienia z czymś zupełnie niestandardowym, kontrowersyjnym, dającym mnóstwo frajdy z jazdy i wzbudzającym olbrzymie zainteresowanie. Zapraszamy Was do pierwszego testu w historii naszej redakcji, przeprowadzonego bez kasku na głowie!
Dzień w którym odebrałem Carvera był dniem niezwykłym. Oto bowiem do redakcyjnego laboratorium zawitało prawdziwe brzydkie kaczątko, które swoimi parametrami jazdy oczarowało każdego.
Zastanawiacie się pewnie, skąd on się wziął. We wczesnych latach 90’tych Anton van den Brink zastanawiał się nad stworzeniem alternatywy dla tradycyjnego samochodu, robił to z prostej przyczyny – przytłaczały go korki, bezsens i brak fantazji towarzyszące jeździe klasycznym autem. Pierwsze koncepcje, projekty i ich rezultaty były różne, jednak zmierzały ku celu. Celem, który osiągnęli inżynierowie było stworzenie niesamowitego Carvera One.
DVC – Dawaj Vięcej Czadu!
Carver to rodowity Holender. Szczerze mówiąc, wcale nas ta informacja nie zdziwiła, po pierwszych kilometrach w tym wehikule wszystko stało się jasne. Nie obrażając nikogo, ale… Trzeba być zakręconym Holendrem, by wymyślić coś tak niebywałego jak Carver. Prawdopodobnie po lekturze tego artykuły będziecie się uśmiechać od ucha od ucha, tak jak my podczas testów. Kopalnia frajdy, dostarczająca tony radości z jazdy – to musi pochodzić z Holandii. Śmiało żartowaliśmy, że faktycznie Carvera nie mógł stworzyć nikt inny niż mieszkaniec Holandii, a prace musiały być intensywnie wspomagane inspiracją do rzeczy szalonych dostarczoną przez zielony towar z jednego z coffeeshop’ów. Jak wiecie, Niderlandy to… kraj odrobinę inny, bardziej kontrowersyjny niż reszta świata. Wysoka tolerancja, aborcja, eutanazja, wolny dostęp do narkotyków, prostytucji czy powszechne małżeństwa homoseksualne… To kilka holenderskich anomalii. Czy taką anomalią jest opisywany Carver? Poniekąd tak. Ten pojazd jest zgrabną i przemyślana syntezą wolności, luźnego podejścia do życia i typowo hedonistycznej wizji świata – i o to chodzi! To fantastyczna zabawka poprawiająca humor, wstrzykująca końską dawkę adrenaliny i aplikująca radość z jazdy do pełna! Tylko nie przedawkuj…
Poczuj się jak w samolocie
Choć niestety nigdy nie miałem okazji lecieć samolotem, to sądzę, że właśnie tak może czuć się pilot bojowego myśliwca odrzutowego. Rozglądając się po kokpicie brakuje nam tylko dźwigni katapulty! Jeżeli chodzi o zajmowaną pozycję za kierownicą, to zdecydowanie bliżej jest tu do samochodu, niż motocykla. Nasze szanowne cztery litery możemy usadowić na wygodnym fotelu, w dłoniach ściskamy wyścigową kierownicę Momo, biegi zmieniamy tradycyjną, ręczną dźwignią, gazem, hamulcem i sprzęgłem operujemy tak samo jak w aucie. Przed nami znajduje się bardzo prosta, przejrzysta, ale niestety pozbawiona atrakcyjnego wyglądu deska rozdzielcza. Z niej odczytać możemy aktualną prędkość oraz wartość obrotową silnika i jego temperaturę. Do naszej dyspozycji oddano również kilka podstawowych kostrolek oraz wskaźnik poziomu paliwa, na który należy szczególnie uważać. Prawidłowy odczyt możliwy jest tylko w chwili, gdy pojazd przez chwilę pozostanie niewzruszony w pionie, a to jak możecie się domyślić, zdarza się stosunkowo rzadko. Okazją do sprawdzenia ilości drogocennej bezołowiowej są zatem przestoje na czerwonych światłach, na trasie warto zatrzymać się czasami aby sprawdzić, czy przypadkiem już nie nastała pora odwiedzić najbliższą stację.
Reszta oprzyrządowania również do złudzenia przypomina samochodowe, a czasem nim po prostu jest (przykładowo: klamka drzwi jest żywcem wyjęta z Alfa Romeo). Po lewej stronie znajdziemy jeszczę mały miernik ciśnienia turbo sprężarki oraz pokrętła regulacji wentylacji. Po prawej mamy panel radia, uchwyty na kubki i... elektryczną regulację szyb!
Ale zwinny...
Jak gwiazda filmowa to możesz się poczuć już w chwili zakupu.
170 patysi za kalekę!!!
Powodzenia!