Wokół nowego KTM-a SXF350 Austriacy zrobili bardzo dużo szumu. Mówili, że ten model jest rewolucyjny, że rozpocznie nową erę w motocrossie i nic już nie będzie takie, jak do tej pory. Chełpili się, że stworzyli motocykl idealny. Pojawiają się więc pytania: czy to tylko marketingowa paplanina? Ile w tym prawdy?
Plotki głoszą, że pomysł zbudowania takiego motocykla pojawił się zaraz po zatrudnieniu Stefana Evertsa. Tej postaci chyba nie muszę nikomu przybliżać, to już instytucja. Dziesięć zdobytych tytułów Mistrza Świata w motocrossie czyni go istną legendą tej dyscypliny. Stefan był bardzo zaangażowany w ten projekt i widać, że wiele jego pomysłów zostało zrealizowanych, bo podpisuje się pod nimi obiema rękami.
SXF350 z założenia miał być „złotym środkiem”; motocyklem skonstruowanym przez zawodnika dla zawodnika, łączącym lekkość i poręczność ćwiartki z mocą zbliżoną do 450. Maszyną do wygrywania. Cały sezon startów w motocrossie nasuwa jednak mieszane odczucia. Z jednej strony jest Antonio Cairoli, który w cuglach zdobył Mistrzostwo Świata w klasie MX1. Z drugiej zaś jest Mike Alessi, który startował za oceanem. Ostatecznie zakończył sezon na piątym miejscu, jednak jego występy były dość niemrawe i nie było go widać w ścisłym czubie wyścigów. Jaki więc jest w końcu ten nowy KTM ?
Miałem z nim styczność na testach zorganizowanych przez KTM Wojciechowicz w Olsztynie. Tor był bardzo piaszczysty, ciężki i miejscami grząski. Wszystko przez pogodę, gdyż ta w ciągu dnia zafundowała nam czterokrotne polewanie. Pierwsze wrażenie było bardzo dobre. Motocykl wygląda dobrze, agresywnie. Podzespoły, jak to w KTM-ie, są na wysokim poziomie. Kierownica Renthal jest wygodna, hydrauliczne sprzęgło obsługuje się jednym palcem, a napis „Brembo” na hamulcach zapewnia o ich diabelnej skuteczności. Felgi Excel nie powinny nas zawieść, nawet przy ekstremalnym użytkowaniu. Natomiast wysokiej klasy, miękkie manetki obiecują, że nie zrobią nam pęcherzy na dłoniach. ...SXF350 z założenia miał być „złotym środkiem”, maszyną do wygrywania...
Widać, że KTM włożył bardzo dużo środków w skonstruowanie tego modelu. Silnik o pojemności 350 ccm jest zupełnie nową konstrukcją. Nie jest ani rozwierconą 250, ani zmniejszoną 450. Wszystko zostało zbudowane od podstaw. Kompresja 13,5:1 (największa, jaka kiedykolwiek pojawiła się w austriackich silnikach) i obroty maksymalne rzędu 13 000 wróżą dużą moc. Wtrysk paliwa natomiast gwarantuje, że będzie ona dostępna w każdej chwili.
Zawieszenie również zostało zmienione. Pozbyto się systemu PDS, czyli mocowania amortyzatora bezpośrednio do wahacza. W końcu zastąpiono go systemem dźwigienek. Nie od dziś wiadomo, że nie sprawdzał się on zbyt dobrze w ciężkich, motocrossowych warunkach. Sam PDS jest świetny w swojej prostocie. Bardzo dobrze sprawdza się w maszynach enduro, jednak uważam, że lepiej byłoby, gdyby tam został. Motocross to już zbyt duże wyzwanie.
Razem z zawieszeniem trzeba było przekonstruować wahacz. Tutaj inżynierowie poszli na całość i, oprócz niego, przebudowali całą ramę. Materiał pozostał ten sam – stal chromowo-molibdenowa. Wedle zapewnień producenta, jest ona tak skonstruowana, by mogła pochłaniać energię z uderzeń tylnego koła. Większa elastyczność niż u jej aluminiowych odpowiedników przekłada się na lepsze prowadzenie i stabilność. Mało tego, jest o 0,5 kg od nich lżejsza. Po takich deklaracjach aż dziw bierze, czemu wszyscy japońscy producenci używają stopów aluminium.
Pozdr Damian, kawał dobrej roboty ;P
orange power