Wydaje mi się, że koszt tego użytecznego patentu jest niewielki. Za to zestaw wskaźników jest rozbudowany, a do tego ładnie podświetlony i czytelny. Nie mam też uwag do ilości i widoczności kontrolek. Oprócz centralnie umieszczonego obrotomierza i szybkościomierza mamy jeszcze wyświetlacz poziomu paliwa, temperatury cieczy i komputera pokładowego. Pokazuje on chwilowe i średni zużycie paliwa, aktualny zasięg i czas, przejechany dystans, czas jazdy, średnią i maksymalną prędkość. Mało? Dla „gadżetomaniaków” do dyspozycji są jeszcze dwa liczniki przebiegu dziennego. Czytelność informacji dostępnych na ekranie jest bardzo dobra i nie rozprasza uwagi. Szkoda tylko, że nie ma sterowania komputera z kierownicy. Żeby przełączyć się np. z chwilowego zużycia paliwa na aktualną godzinę trzeba sięgnąć ręką do guzika umieszczonego pod prędkościomierzem i przycisnąć go klika razy obserwując wskazania. Nie polecam takiej zabawy podczas jazdy. To nie koniec ciekawych dodatków. W standardzie dostajemy dwa firmowe kufry bagażowe z estetycznym mocowaniem, które nie przypomina pracy podpitego, domorosłego kowala. Do tego centralna podstawka, gniazdo zasilania 12 V, płynna regulacja dźwigni biegów i tylnego hamulca. Brakuje za to regulacji wysokości siedzenia, kierownicy a zwłaszcza szyby. Ta ostatnia byłaby bardzo przydatna ponieważ na Sprincie mocno wieje. Dostępne są co prawda wyższe szyby akcesoryjne, ale ich wygląd spowodował, że wybrałem jednak „wiatr we włosach”…
Na ergonomię nie mogę narzekać. Siodło jest wystarczająco długie, odpowiednio szerokie a jego twardość dobrana optymalnie. Do tego wąski w okolicach kolan zbiornik nie zmusza do przyjęcia pozycji „ginekologicznej”, która na dłuższą metę może być męcząca i utrudnia kontakt z motocyklem. Po kilkuset kilometrach w siodle nie cierpiałem na ból nadgarstków, mięśni szyi, pleców ani też czterech liter. Na dłuższych trasach także pasażer nie powinien domagać się częstych przerw w podróży. Solidny uchwyt i nisko położone podnóżki nie dały powodów do narzekania. Do tego miejsce pasażera jest nieco wyższe, dzięki czemu plecaczek patrząc do przodu nie ogląda wyłącznie kasku kierowcy.
A co z serwisem? Jest całkiem nieźle… W każdym bądź razie lepiej niż myślałem. Przeglądy robimy co 10 tys. km lub raz w roku. Luzy zaworowe regulujemy co 20 tys. km. Dotychczasowe testy długodystansowe wskazują na to, że nie będzie okazji do nadprogramowych odwiedzin serwisu. I bardzo dobrze, bo zamówione w lutym podgrzewane manetki dotarły do importera w połowie maja, a akcja serwisowa wymiany mocowania amortyzatora z różnych powodów trwała od końca sierpnia do płowy listopada. Nie chcę myśleć co by było, gdyby zaszła konieczność zamówienia części w przypadku poważniejszej awarii. Na szczęście materiały i części eksploatacyjne przeważnie są dostępne od ręki, więc nie ma powodów do większych zmartwień. Ponadto importer cały czas próbuje poprawić dostępność części – zobaczymy jakie będą efekty. Codzienna obsługa jest prosta i szybka. Monowahacz, oprócz pozytywnych doznań estetycznych, bardzo ułatwia naciąg łańcucha dzięki mimośrodowemu napinaczowi, a zdjęcie tylnego koła jest dziecinnie proste. Kontroli poziomu oleju dokonamy przy pomocy bagnetu, chociaż przeszklone okienko jest wygodniejsze. Poziom płynu chłodzącego można sprawdzić bez zdejmowania owiewek. Bezpieczniki dostępne są w niewielkim schowku w owiewce, a bateria znajduje się pod siedzeniem i nie trzeba rozbierać połowy motocykla żeby się do niej dostać, chociaż zdjęcie i założenie siodła wymaga nieco wprawy.
Na pewno są wygodniejsze motocykle, ale „Fun Factor” na nich jest bez wątpienia mniejszy. Są też takie, które szybciej latają po winklach i mają więcej mocy, ale długa podróż będzie na nich bardziej męcząca. Sprint spełnia wymagania stawiane dla motocykla sportowo turystycznego. Jest w nim coś, co daje się szybko polubić i powoduje że na następną przejażdżkę czeka się niecierpliwie przebierając nogami. Za nieźle wyposażony motocykl musimy zapłacić 41 900 zł (44.900 ABS) co jest dobrą ceną, zwłaszcza, że nie musimy dodatkowo inwestować w stelaż i kufry albo dodatkowe sakwy. Można też spokojnie wyskoczyć ze znajomymi jeżdżącymi na sportach i bez kompleksów dotrzymać im kroku. Również w mieście Sprint radzi sobie doskonale dzięki rozsądnej szerokości, stabilnie pokonując korki. To wystarczające powody, żeby pomimo pewnych niedostatków, Triumph Sprint ST 1050 mógł stanowić skuteczną konkurencję dla japońskich przedstawicieli gatunku. Bez wątpienia jeszcze wiele można zrobić dla poprawienia wizerunku marki poprzez działania importera i serwisów. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę wysokie miejsca Sprinta w rankingach niezawodności ma to drugorzędne znaczenie.
http://www.motogen.pl/laboratorium/testymotocykli/yamaha-xt660z-tnr-zyrafa-z-gwiezdnych-wojen,art28.html
No patrz przegapiłem :) Niemniej nadal czekam na testy mniejszego GS i Tenere. Również słyszałem skrajne opinie o Tenerce, a nie ukrywam, że jestem zainteresowany. Niestety 990 Adv jest chwilowo za drogi, z tego co słyszałem kosztowny w serwisowaniu i sporo pali. Także mam spory dylemat co wybrać na następne moto. A ma to być właśnie turystyczne enduro...
Bardzo fajny test Triumpha Tigera jest przecież na motogenie :) A o XT 660 Z sam chętnie bym poczytał, bo słyszałem zupełnie skrajne opinie.
Pozdrawiam ekipę motogenu.