Na czym stoimy
Podwozie to w przypadku sportowych motocykli ultraważna rzecz. Tutaj nikt nie eksperymentował - obie konstrukcje oparte są na odwróconym widelcu teleskopowym z możliwością pełnej regulacji napięcia wstępnego sprężyny, tłumienia siły dobicia i odbicia oraz regulacji szybko i wolno zmiennego układu tłumienia... opcji do wyboru jest tyle, że spokojnie można się w tym pogubić. Za prowadzenie tyłu odpowiadają wahacze wleczone, które również posiadają pełną regulacje. Rozmiary kół i ogumienia są identyczne.
Miasteczko i miasto...
Oczywiście warunki miejskie nie pozwalają nawet w małym ułamku wykorzystać potencjału drzemiącego silnikach. Wystarczy wspomnieć, że zarówno R1 jak i GSX-R na pierwszym biegu rozkręcają się do 170 km/h...
Można jednak przecież jechać spokojniej. Wtedy nie jest nawet tak źle, jak by mogło się wydawać. Kto uważał podczas lektury, ten już wie który motocykl lepiej sobie poradzi w miejskiej dżungli. Połączenie liniowej charakterystyki silnika, wysokiego momentu dostępnego od względnie niskich obrotów oraz całkiem znośnej pozycji, jaką serwuje nam Gixer bardziej przypadło nam do gustu, niż nieokiełznana dzikość R1`nki.
Pomijając charaktery obu motocykli, różnice pomiędzy nimi to już prawdziwe czepianie się szczegółów. Szerzej rozstawione lusterka w Yamasze nieco przeszkadzają podczas przeciskania się w korkach, natomiast lusterka Suzuki są zaledwie minimalnie szersze od kierownicy, przez co zahaczenie nimi o coś jest mało prawdopodobne. Jest też oczywiście druga strona medalu. Lusterka w R1 zapewniają nam całkiem niezły ogląd na sytuacje za naszymi plecami, za to kierowca GSX-R`a mimo najszczerszych chęci nie ustawi swoich zwierciadeł tak, aby widzieć cokolwiek więcej niż własne przedramiona...
Kolejny temat to wspomniany już sposób poprowadzenia układu wydechowego. W R1 sprawę rozwiązano modnie i "na czasie", czyli pod zadupkiem. Ci którzy kochają tak pociągnięte puszki mogą swoje uczucie zmienić na nienawiść, kiedy tylko chwilę postoją w korku. Mało tego! W R1 nie wiedzieć czemu, silnik oddaje ciepło do góry tak, że grzeje kierowcę niemiłosiernie. Po kilku minutach jazdy rama rozgrzewa się do temperatury, przy której spokojnie możemy się porządnie oparzyć. Po powolnym przejeździe przez miasto zakrzyknąć możemy niczym Pani Gienia z baru mlecznego - jajka na twardo raz! W GSX-R dzięki dwóm puszkom po bokach "termoobieg" jest w normie.
No to jazda!
Jak tylko uda się wreszcie wyciągnąć sprzęty tam, gdzie potrafią rozwinąć skrzydła - oba zachwycają. Stabilność jazdy nawet przy prędkościach maksymalnych jest wzorowa. Przy szybszych przelotach mniej sfatygowani przez napór powietrza będziemy na Yamasze. Po poskładaniu się za owiewki jedyne co przypomina nam o prędkości to szybko napierająca wstęga szosy. Jeżeli chodzi o prowadzenie w zakrętach, to R1 odgrywa tu rolę dzikusa. Do wejścia w łuk wystarczy delikatny impuls, myśl... Przekładanie jej w szybkich, naprzemiennych zakrętach jest dziecinie łatwe. Gixer swój spokój i opanowanie przenosi również na kwestię prowadzenia. Przy czym nie można powiedzieć, że któryś z nich zachowuje się lepiej. Po prostu kieruje się je inaczej, ot co.
Padające jak muchy skrzynie biegów w R1 to temat, który ciągnie się od samego początku jej produkcji. Niestety po tym, jak działa ona w najnowszej odsłonie obawiamy się że i tym razem nie rozwiązano tego problemu. Przy wrzucaniu każdego biegu skrzynia lubi sobie "chrupnąć", czasem zdarzy się złapać jakiś międzyluz. Suzuki nie daje nam żadnych powodów do narzekań pod tym względem. Hydraulicznie sterowane sprzęgło GSX-R`a to kolejny bajer, kilkaset gram masy więcej i nic poza tym, bo konwencjonalnie rozwiązanie z Yamahy działa z taką samą lekkością i precyzją.
Wariatów dwóch
Oba sprzęty są wprost wymarzone do stuntu, przy czym zarówno według nas jak i naszego znajomego "kamikaze" Gixer jest łatwiejszy do opanowania. Zapewne jest to sprawka charakterystyki silnika i podwozia. Oba sprzęty same idą "na gumę" przy mocniejszym odwinięciu manetki, tak więc stawianie ich do pionu z gazu czy ze sprzęgła to czysta formalność. Dzięki lepszym hamulcom, długie stoppie to domena R1`nki, choć oczywiście GSX-R`a też do takiej zabawy długo nie trzeba namawiać.
Podsumowując
Yamaha R1 to motocykl godny polecenia dla wszystkich ortodoksyjnych wyznawców toru wyścigowego, którzy świata poza szybką jazdą na krawędzi nie widzą. Jeżeli jesteś jednym z nich, to po zajęciu miejsca za sterami od razu poczujesz się jak w domu. Wysoko umieszczone podnóżki, charakter silnika oraz sposób prowadzenia na pewno spowodują przypływ adrenaliny i pojawienie się szerokiego banana na twarzy.
GSX-R 1000 to trochę inna bajka. Spokojny, opanowany, słuchający Twoich poleceń. Stworzony z myślą o torze wyścigowym, zdatny do wykorzystania na co dzień. Do tego piekielnie mocny i szybki.
Czy można być wystarczająco zblazowanym, aby narzekać na motocyklową legendę, pojazd kultowy i niepodważalny symbol ostrej jazdy w najlepszym wydaniu? Wydaję się, że tak, bo o ile w dzisiejszych czasach trudno powiedzieć o którymś japońskim motocyklu zły czy niedopracowany, o tyle przy okazji ciągłego postępu techniki, najlepiej widocznego w motocyklach sportowych doskonale sprawdza się powiedzenie "lepsze wrogiem dobrego".
Dla nas, zwycięzcą jest: SUZUKI GSX-R 1000
Jeżeli nadal nie wiesz który sprzęt wybrać, pomóc mogą dwie sprawy. Upodobanie do danej marki lub... warunki finansowe. W tej chwili chcąc kupić najszybszy sportowy motocykl Yamahy zapłacić musimy 57.900 PLN. Wizyta w salonie Suzuki i wyjazd największym z rodziny GSX-R`ów sprawi, że pozbędziemy się 51.900 PLN.