Poza tym komputer pokładowy raczy nas takimi informacjami, jak czas jazdy czy średnia prędkość. Dalej po prawej stronie znajdziemy kolejny, mniejszy wyświetlacz, wskazujący prędkość chwilową oraz numer zapiętego biegu. Po lewej zaś mamy zestaw raczej standardowych kontrolek. Do tego na obszernym zbiorniku paliwa miejsce dla siebie znalazła konsola połączona ze stacyjką. Na niej umieszczono cztery przyciski sterujące funkcjami wyświetlacza oraz mapami zapłonu, o których dokładniej napiszę później. Natomiast wszystkie pozostałe kontrolery na kierownicy są standardem.
Gentlemen, please start your engines!
Zajmując miejsce na obszernej kanapie Suzuki B-Kinga, największe wrażenie robi olbrzymia połać zbiornika paliwa i bocznych paneli zintegrowanych z kierunkowskazami. W tym motocyklu wszystko jest duże i dające do zrozumienia, że to nie przelewki.
Po odpaleniu silnika i przejechanych pierwszych kilku kilometrach na twarzy kierowcy pojawia się uśmiech od ucha do ucha, a na usta cisną się słowa... no wiecie, to jak w tym dowcipie, gdy międzynarodowe wycieczki, widząc śliczne widoki, mówią: „Oh it's so beautiful!”, „Oh, das ist wunderbar!”. Natomiast Polacy: „O k***a! Ja p******ę!”. Suzuki udało się połączyć dwie, wydawałoby się sprzeczne cechy: nieprzebrane zapasy mocy i momentu obrotowego z aksamitną pracą jednostki napędowej. Silnik to przejęta z nowej Suzuki Hayabusy konstrukcja o niebywałym potencjale, która w swoim sportowo-turystycznym wcieleniu imponując możliwościami osiągania gigantycznych prędkości, tu zachwyca równym ciągiem godnym promu kosmicznego i to już od 2000 obr./min.
Czterocylindrowy, rzędowy generator mocy o pojemności dokładnie 1340 ccm osiąga 184 KM przy 9500 obr./min. i 146 Nm przy 7200 obr./min. W praktyce oznacza to, że reszta wszechświata zwykle podziwia odjeżdżające z dzikim rykiem Suzuki i dotyczy to również posiadaczy wszelkiej maści sportowych litrów....silnik to przejęta z nowej Suzuki Hayabusy konstrukcja o niebywałym potencjale, która zachwyca równym ciągiem godnym promu kosmicznego...
Agresywne otwarcie przepustnicy na pierwszych dwóch biegach powoduje momentalne wystrzelenie przedniego koła w kosmos. Oczywiście, tylko w przypadku, jeżeli opona jest dobrze rozgrzana, a motocykl nie jest choć w najmniejszym pochyleniu, bo w przeciwnym razie tylny Dunlop Qualifier w akompaniamencie przeraźliwego pisku zostawi za sobą grubą czarną krechę. W tym momencie doceniamy seryjny amortyzator skrętu, który w zupełności radzi sobie z zapędami do shimmy.
Jeżeli nie prezentujecie mięśni ramion godnych strongmana, lepiej zainwestujcie w karnet na siłownie i komplet pampersów – osiągnięcie prędkości pod 285 km/h nie stanowi problemu, a pamiętajmy, że to wszystko dostępne jest w motocyklu bez osłon aerodynamicznych...
Zejdźmy na ziemię czy będzie boleśnie?
Nie ma co ukrywać, B-King swoją prezencją i możliwościami robi takie wrażenie, że mało kto jest w stanie spojrzeć trzeźwym okiem na całe to szaleństwo przyspieszeń i mocy. Nie ukrywam, że po wszystkich tych zachwytach nad tym modelem Suzuki przykładowo takie praktyczne zastosowanie do codziennej, miejskiej jazdy byłoby idealną okazją, aby sobie ponarzekać... Nic z tego.
Choć patrząc na gabaryty Suzuki, trudno w to uwierzyć, zaraz po ruszeniu cała masa 260 kg gdzieś znika, a w jej miejsce pojawia się przyjemny w eksploatacji pojazd, który, co prawda, wcale nie ukrywa, że zwinną baletnicą nie jest, ale korzystając ze świetnego wyważenia, wygodnej pozycji i dobrej ergonomii przekonuje nas, że jest gotów podjąć się funkcji codziennego środka lokomocji.
Oczywiście, w chwili, kiedy na drugim biegu prędkościomierz jest w stanie wskazać wartość blisko 180 km/h, łatwo domyślić się, że potencjał silnika w terenie zabudowanym jest wykorzystywany w ułamku procenta, ale to właśnie tu kierowca doceni drugie oblicze pojazdu, który potrafi być dostojny i spokojny. Duży wkład w to poczucie „gładkości” nawijania kolejnych kilometrów na koła ma udane dobranie wszelkich podzespołów motocykla.