Ogólnie wrażenia wizualne, jak i ergonomia miejsca pracy kierowcy, poza wspomnianymi zegarami, są bardzo dobre. Jeszcze raz podkreślę, że R w oznaczeniu modelu ma swoje uzasadnienie.
Silnik zaskakuje bez większych oporów. Zanim nabierze temperatury, elektronika podbija delikatnie obroty, po czym po chwili spadają one do swojej nominalnej wartości. Skrzynia biegów pracuje cicho i precyzyjnie, co jest domeną motocykli spod znaku skrzydła. Jedynka wskakuje z lekkim trzaskiem, ale to norma, więc nie ma powodów do niepokoju czy czepiania się, że coś jest nie tak. Pierwsze kilometry przejechałem na CB1000R w deszczu i to nie w lekko siąpiącym kapuśniaczku, ale w porządnej ulewie, ponieważ pogoda uparła się, żeby zalać stolicę hektolitrami wody, utrudniając mi przy okazji życie. Cóż, bywa, nie ma się co mazać. Sprawdzian w deszczu wypadł bardzo dobrze; silnik w niskim i średnim zakresie prędkości obrotowych nie poraża ani mocą, ani wartościami momentu obrotowego, co pozwalało na sprawne ruszanie bez większych poślizgów tylnego koła. Oczywiście, dla zabawy można było puścić motocykl lekkim slidem ze świateł, ale w sposób kontrolowany i bez obawy o totalną utratę panowania nad sprzętem. Wiadomo, że jeśli strzeliłbym z klamki na otwartym gazie, skończyłoby się to nieciekawie :). Tak więc w deszczu przebiłem się przez Warszawę do wylotu na Gierkówkę. Tu kolejna niespodzianka – nagle deszcz skończył się jak nożem uciął. Asfalt pełen kałuż przeszedł w krótki odcinek przesychającej nawierzchni, aby po kilkuset metrach ucieszyć mnie widokiem zupełnie suchej, czarnej nitki. No to ognia! Szybkie przejście o oczko z trzeciego biegu i łup, gaz na opór. I teraz tak: szału nie ma, ale wszystko odbywa się bardzo sprawnie. Czuć, że silnik nie dysponuje porażającą mocą, ale z drugiej strony wszystko, czym dysponuje, oddawane jest bardzo płynnie i liniowo bez nagłych skoków stada kucy mechanicznych. I tak dzieje się do odcięcia zapłonu i wbicia kolejnego biegu. Utrzymując silnik w średnim zakresie obrotów, można poruszać się całkiem sprawnie, lawirując między samochodami, a od około 7,5–8 tys. rpm Honda CB1000R przywodziła mi na myśl rasowe, sportowe 600-tki, kręcone do odcięcia. Jak na nakeda, nie jest źle. 123 KM z litrowej rzędówki są wykorzystane jak najbardziej poprawnie, bez szaleństwa, ale i bez zamulania czy większej nudy. W trasie utrzymanie prędkości przelotowej rzędu 160–170 km/h nie stanowi problemu i czuć, że wystarczy zdecydowany ruch prawego nadgarstka, aby motocykl wyświetlił na prędkościomierzu cyfrę 2 z przodu. Tyle tylko, że opór powietrza na klatce piersiowej i głowie kierowcy staje się wręcz nieznośny i szybko przypomina, że to nie obudowany w plastiki sport, a golas z wysoką kierą. Oczywiście, istnieje możliwość złożenia się na zbiorniku, co ułatwia szybką jazdę, ale to metoda dobra raczej na krótką metę.
Spędziłem w siodle CB1000R kilkaset kilometrów. Uczucia mam mieszane, bo z jednej strony jest to znakomity motocykl, który będzie wiernym przyjacielem podczas codziennej jazdy czy szybkich przelotów gdzieś na trasie. Na pewno nie można go rozpatrywać w kategoriach nakeda, którego zapakujemy do granic możliwości i pognamy na wakacje, chociaż dla chcącego nic trudnego. Ale osobiście nie ryzykowałbym takich zabiegów – to nie ten styl i nie ta bajka. Zawieszenie – dosyć twardo zestrojone; oczywiście, zarówno tył, jak i przód posiadają pełną regulację napięcia wstępnego sprężyny, dobicia i odbicia. Chwilami przeszkadza brak amortyzatora skrętu, ale nie jest źle. Shimmy nie jest upierdliwe i wyraźnie odczuwalne. Patrząc jednak z drugiej strony, fanom mocy i przyspieszeń zabraknie nie tylko poweru, ale również momentu obrotowego – tu mogłoby być lepiej, szczególnie, że 100 Nm dla „litrówki” to w obecnych czasach wynik raczej średni i niezbyt zachwycający. Biorąc pod uwagę, że to, co najlepsze dostępne jest w najwyższych partiach prędkości obrotowych silnika, chcąc więc złoić Hondzinę, trzeba kręcić wysoko. A wtedy będzie to okupione wysokim spalaniem. Zalany pod korek zbiornik (17 l, a w tym 4 l rezerwy), udało mi się osuszyć na dystansie ok. 160 km. ...jest to znakomity motocykl, który będzie wiernym przyjacielem podczas codziennej jazdy czy szybkich przelotów gdzieś na trasie...
Nie wiem jak ocenić CB1000R. Naprawdę rzadko mi się zdarza taka sytuacja. Motocykle albo mi się podobają, albo nie. Jedne chciałbym umieścić w swoim garażu, jazdę innymi wolałbym w ogóle odpuścić, żeby źle o nich nie mówić. A tu... zonk. Bo czym tak naprawdę jest ten motocykl? Chyba streetfighterem z dużą dawką zdrowego rozsądku. Znakomicie poczują się na nim osoby z doświadczeniem, ale takie, które nie chcą rasowego „sporta” albo sporo jeżdżą na co dzień i wymagają elastycznego sprzętu z ciut większym od przeciętnego potencjałem. Zawiedzeni będą miłośnicy sportu w czystej postaci, ale nie do nich skierowana jest oferta. Z drugiej strony, mając na uwadze bardzo dobrą trakcję, możliwości zawieszeniowe i hamulce, to dla weekendowych wojowników wypad na tor nie będzie niczym strasznym; motocykl spokojnie da sobie radę, a ograniczniki podnóżków kierowcy zetrą się momentalnie.
CB1000R che konkurować z FZ1 Yamahy, Z1000 Kawasaki, czy Monsterem 1100 Ducati. Jak wypadnie w zestawieniu? Zobaczymy. Na scenę wkracza też Buell 1125CR z chłodzonym cieczą V-Twinem. Robi się więc gorąco. Jedynie Suzuki stoi trochę z boku, oferując wielkiego i mocnego jak lokomotywa Suzuki B-Kinga, który parametrami odstaje od wyżej wymienionych golasów. Cóż, czas pokaże, kto będzie królem sportowych golasów.