Nad względami technicznymi nie ma co się długo rozwodzić. Jak już wspominałem, Twin Cam, 96 cali pojemności i wtrysk robią robotę oraz dobrze wyglądają. Silnik jest prawdziwym V-Twinem chłodzonym powietrzem, długoskokowym dwucylindrowcem o słusznej pojemności. Do tego wszystkiego zasilanie wtryskiem – silnik łatwo i bez oporów odpala, zgrabnie pracuje, chociaż chwilami, kiedy sobie kichnie w filtr lub lekko mu się odbije, sprawia wrażenie jakby za dostarczanie mieszanki do cylindrów w dalszym ciągu odpowiadał gaźnik. Ale to zaliczam do pozytywnych odczuć. Zastanawia mnie tylko po co konstruktorzy umieszczają te cholerne przepustnice w układach wydechowych? Męczące stają się głodne gadki o poprawianiu przebiegu momentu obrotowego itd. Akurat w przypadku Harleya to bzdura. Śmiem twierdzić, że chodzi tu bardziej o sprawy związane z emisją toksycznych substancji w spalinach i normy dotyczące hałasu. Niestety, chyba „zieloni” mają dużo do powiedzenia tam, gdzie nie powinni się odzywać. Na szczęście, można zamówić wydech wolny od bzdur oraz przesadnego tłumienia i cieszyć się uruchamianiem alarmów w zaparkowanych samochodach z każdą przegazówką. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od biegu i obrotów, animuszu nie brak. Ewentualnie następuje mała zamuła; jakby siłacz rozciągał mięśnie, żeby za chwilkę użyć ich do solidnego odepchnięcia się.
Pod względem zawieszenia rodzina Dyna od wielu lat należała do tych niezłych wśród oferty H-D. Należało tu brać pod uwagę komfort związany z klasycznym rozwiązaniem tylnego zawiasu – prosty wahacz i dwa solidne amortyzatory, które nie klękały, nawet pod solidnym obciążeniem typu kierowca wypasiony na półfuntowych hamburgerach i bagaż na dwutygodniowy biwak. Co do przodu – nie było już tak kolorowo. Pomijając model Wide Glide, reszta „Dyniek” potrafiła przyprawić o ból głowy widokiem cieniutkich lag, wspólnych ze Sporsterami. Taaak… To zawieszenie w Sporsterach potrafiło giąć się i dobijać, a co dopiero w cięższych i silniejszych Dynach. Tak było aż do momentu kiedy ktoś poszedł po rozum do głowy i zaadoptował naprawdę niezły zawias z VRSC V-Rod. To był strzał w dziesiątkę; prezencja motocykla zyskała sporo, a trakcja zmieniła się radykalnie. Szkoda, że kiedyś nie stosowano takich przodów w Dyna Super Glide Sport… Jeździ znakomicie, chociaż przy szybkim odkręcaniu gazu, zmianach biegów w pobliżu maksymalnych obrotów silnika i gwałtownych manewrach jest trochę za miękko. Ale to już drobnostka, bo wystarczy zmiana oleju w goleniach lub, w bardziej radykalnych wypadkach, sprężyn i po kłopocie. Ogólnie rzecz biorąc, Harley-Davidson Street Bob, mimo że pozbawiony ozdóbek i zbędnych pierdoł, przyciąga uwagę swoim stylem chuligana i rozrabiaki. Gdzie się pojawiłem, tam grupki ciekawskich stawały koło motocykla, komentując i sprzeczając się czy jest cool, czy nie. Wiadomo, że w dużej mierze działała tu magia logo na zbiorniku, ale ludzi ciekawił ten niski, jednomiejscowy pojazd. Dla mnie był świetną odskocznią od sportowych maszynek, które mocą i osiągami zawstydzają większość mijanych pojazdów. Street Bob oddał mi swój klimat do tego stopnia, że pewnego sobotniego popołudnia, kiedy żar lał się z nieba, jeździłem bez celu po mieście porzuciwszy w garażu kask, a zamiast niego przywdziewając czapkę i okulary przeciwsłoneczne. Ulice były puste, a ja powoziłem jedną ręką, drugą montując stylowo czerwonego Marlboro w szczerbie po jedynce i odpalając go benzynową Zippo. 30–40 km/h, leniwe pufanie z wydechów i nic więcej, co chciałbym od życia w tym momencie. Zbędne mi było wszelkie towarzystwo, zbędne było wyznaczenie punktu docelowego. Pod nosem nuciłem sobie refren starego przeboju kapeli Foghat: „Slow ride, take it easy”. I to jest to!