Był rok 1993. Niebieska MZ ETZ 251 zaparkowała pod furtką mojego domu. Przede wszystkim sam fakt, że motocykl był niebieski, albo bardziej błękitny – stanowiło sensację. Wówczas, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, nie było w Polsce ani wielu motocykli innych marek, ani nawet wielu innych barw.
Pamiętam tylko czarne „Wueski” oraz zielone, srebrne, czerwone „Simsonki” i inne, starsze „Emzety”. Pod furtką parkował po prostu motocyklowy hit tzw. bloku wschodniego - model 251. Z poprawionym i wzmocnionym silnikiem, ale przede wszystkim niezłą, nawet proporcjonalną jak na ówczesne standardy sylwetką.
Klaps 1
Motocykl należał do Artura, kolegi z osiedla, od niedawna pierwszego w mieście szczęśliwego posiadacza „Etki” 251 z 1989 roku. Nowa kolorystyka zbiornika i boczków motocykla oraz kanciaste kierunkowskazy w dwunastowoltowej już instalacji o świetnej wydajności. Był to, bez cienia wątpliwości, ostatni krzyk motocyklowej mody. Przynajmniej pomiędzy Odrą a Bugiem. Zająłem miejsce pasażera – było obszerniejsze i wyżej umieszczone, niż w moim Simsonie. Doskonałe pierwsze, wrażenie zrobiła na mnie lekkość i zwinność, z jaką motocykl poruszał się ciasnymi uliczkami miasta. I to przy użyciu zaledwie niskich i średnich obrotów silnika. Kolejną oszałamiającą rzeczą było zdecydowane, twarde tłumienie nierówności przez tylne zawieszenie. Trakcja opon po nawierzchni była tak znakomita i przewidywalna, że można było wyobrazić sobie fakturę asfaltu i gładkość powłoki farby, którą wymalowano na jezdni białe linie.
...Dwusuwowe serducho o mocy 21 KM łagodnie dudniło i gwizdało przy charakterystycznym wytłumieniu wydechu...
Dwusuwowe serducho o mocy 21 KM łagodnie dudniło i gwizdało przy charakterystycznym wytłumieniu wydechu, a maszyna toczyła się dostojnie przez rynek. W pewnym momencie bardziej stanowcze, lecz wciąż jeszcze umiarkowane, dodanie gazu i raptowne szarpnięcie motocykla przyspieszyło bicie mojego zlęknionego serca. Nie wiedziałem czego należy się złapać, aby poczuć się bezpiecznie – uchwytu za siedzeniem, czy pleców kierowcy. Nie wiem, co w takim wypadku pomyślałby sobie kolega, gdybym znienacka objął go „niedźwiedziem”, ale pamiętam, że bardzo bałem się tego, co się zaraz stanie i zdecydowany byłem na wszystko.
Klaps 2
- Pokazać ci, co to potrafi? – dobiega mnie, stłumiony przez kask, głos Artura.
- No jasne – odpowiadam i z całych sił zaciskam ręce na stalowej rurce uchwytu za plecami.
Na ulicy Powstańców Śląskich jest wąsko i ciasno. Wzdłuż chodników stoją zaparkowane samochody. Dwójka i gaz. Atomowe przyspieszenie! Duża siła pociągnęła mnie do tyłu, a wzmagający się wokół mnie huragan zrywa mi katanę z ramion i obsuwa ją na łokcie. Widok ulicy uległ jakby złudnemu zniekształceniu. Latarnie śmigają do tyłu w zawrotnym tempie. Trójka i na zegarze dziewięćdziesiąt. Wystające spod kasku długie włosy Artura związane w kuc wpadły w chaotyczny korkociąg tuż przed moim nosem. Czy zdąży wyhamować przed skrzyżowaniem? A jednak. Z impetem wpadam na plecy kierowcy. Siła działania przedniego hamulca tarczowego katapultuje mnie niespodziewanie do przodu. Jest mi dziwnie, ale nie wiem dlaczego. Stoimy „na stopie” czekając na swoją kolej włączenia się do ruchu, a ja staram się szybko odplątać i pozapinać kurtkę. Niestety, nie zdążyłem. Wtedy po raz pierwszy zaczynam rozumieć, że w jeździe na motocyklu pozostaje naprawdę niewiele czasu na reakcję. Już wiem, że trzeba być szybkim. Bardzo szybkim. Tak jak teraz, kiedy ulicą Warszawską gnamy pełnym ogniem i znowu zrywa mi katanę, ale tym razem kurtka zatrzymuje się dopiero na samych nadgarstkach. Jeśli podczas jazdy z tą prędkością puszczę uchwyt, choćby na chwilę, kurtka odfrunie bezpowrotnie, a możliwe, że w ślad za nią także i ja. Jestem bezwładny.
1. prędkość max - mój egzemplarz (i moich kolegów też) wyciągał licznikowe 140, czyli jakieś 135 uwzględniając błąd licznika
2. te opisane walory zawieszenia to zwykła bajka. Eta ma fatalne zawieszenie - przód niemożliwie miękki, bez regulacji, tył o małym skoku i nieprzyjemnej charakterystyce pracy. Zawieszenie i wiotka rama to największe wady tego modelu.
Trochę marudzę, ale kochałem moją niebieską strzałę i miałbym ją pewnie do dziś gdyby mi jej jakiś sukinsyn nie ukradł. Mam nadzieję, że skręcił sobie kark.
troche to razi w oczy :P
Ale MZ ETZ 250 jeszcze sobie kupię, odrestauruję i będę przywoływał w pamięci wspomnienia z młodości :)