Doskonale sprawdzi się w mieście, pozwoli bez korzystania ze środków przeciwbólowych zrobić długą, szybką trasę, dając przy tym masę frajdy z jazdy również śmigając po torze wyścigowym...
Nowa 6-tka ze stajni Kawasaki kontynuuje obrany przez siebie kilka lat temu trend do wypuszczania napakowanych 600-tek, przerośniętych o całe 36 ccm ponad normę. Czy faktycznie w tym szaleństwie jest metoda? Czy nowy model ma szansę zdeklasować konkurencję? Przekonajmy się…
Jako że byłem szczęśliwym posiadaczem poprzedniej generacji tego modelu, który służył mi jak wierny pies przez trzy sezony, do jego nowego wcielenia podszedłem z sympatią. Jednocześnie przyjrzałem mu się znacznie dokładniej i bardziej podejrzliwie, niż zwykle mam w zwyczaju.
Motocykl na pierwszy rzut oka wydaje się być całkiem nowy, bo trudno odnaleźć elementy, które byłyby nietknięte przez inżynierów z Kawasaki i zapożyczone bezpośrednio z poprzedniego modelu. Po dłuższej analizie anatomii szpeja widać jednak, że wszystko odbyło się raczej na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji… A to dobrze wróży, bo poprzednia generacja była całkiem udana.
Stylistycznie motocykl może się podobać. Przednie lampy mają nieco bardziej dynamiczną linię, wydech, zgodnie z ostatnimi trendami, z tradycyjnego miejsca powędrował pod siedzenie pasażera, tylna lampa jest dokładnie taka jak w starszym bracie ZX10, rama wraz z wahaczem zmieniły barwę ze srebrnej na czarną, a całość sprawia wrażenie delikatniejszego motocykla od swojego poprzednika.
Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a takich fajnych smaczków jest w stosunku do poprzedniej generacji wyjątkowo dużo. Wrażenie robi pięknie rzeźbiona, ażurowa górna półka. Do tego radialne hamulce z „pogryzionymi” tarczami. Wahacz optycznie przybrał na masie, otrzymując solidne wzmocnienie i nieco zmieniając swój kształt. Do tego nowy wzór obręczy kół i przednie migacze wkomponowane w owiewkę. Jest dobrze.
Czas na jazdę, w końcu ileż można tylko patrzeć. Noga przez siodło, kluczyk do stacyjki i… pierwszy zonk! Znowu te nieszczęsne zegary... O ile centralnie umieszczony prędkościomierz jest ładnie wyeksponowany i czytelny, o tyle cyfrowy obrotomierz stanowi jego dokładne przeciwieństwo. Pojawiające się wraz ze wzrostem obrotów kolejne kreseczki na okrągłej skali są po prostu zbyt małe, a przez to nieczytelne zarówno w nocy, jak i w dzień. Podczas jazdy z dużą prędkością nie ma czasu na wpatrywanie się w zegary, więc wielkiego pożytku raczej z nich nie będzie. Nie ma to jak klasyczna wskazówka na tradycyjnym zegarze. Sytuację nieco ratuje programowalna dioda Shift Light, która w optymalnym momencie na zmianę biegu puści nam oczko…
Pod względem ergonomii motocykl wypada bardzo pozytywnie. Szczęśliwi będą zapewne bardziej rośli riderzy, bo 636 jest chyba gabarytowo największą z 600-tek. Przy moich 187 cm wzrostu czuję się na tym motocyklu naprawdę dobrze. W lusterkach standardowo łatwiej się przeglądać, niż zobaczyć coś za sobą…
– Zajebisty – odpowiada Grzechu, gdy pytam co sądzi o swoim V-Maxie. Rzeczywiście, jest to wyjątkowy motocykl. Od samego patrzenia niektórzy dostają gęsiej skórki. Został tak...