Witolda Lazara nie trzeba przedstawiać – poranny prezenter RMF FM budzi znakomitą większość Polaków i towarzyszy im w drodze do pracy. Tak jest przynajmniej od poniedziałku do piątku. Weekendy bowiem i wolny czas w tygodniu wykorzystuje tak samo, jak większość motocyklistów – na jazdę. W tym odcinku „Osobowości Świata Motocyklowego” opowie, dlaczego nie lubi dłubać przy motocyklu i co jest jego zdaniem najlepsze w jeździe jednośladem.
MOTOGEN.PL: Z czym się Panu kojarzą motocykle?
Witold Lazar: To jest standardowe, gdy się mówi, że z wolnością, wiatrem we włosach... Mnie się kojarzą z przyjemnością, frajdą, z ułatwieniem sobie życia w mieście i z piękną pogodą, bo jak nie ma pogody, to nie ma jazdy. Najbardziej lubię, gdy jest powyżej 20 stopni – wtedy wkładam sam T-shirt, na to zbroję na siatce, bo należy się zabezpieczyć i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. I chociaż musimy jeździć w kaskach więc nie ma mowy o wietrze we włosach, lubię ten pęd powietrza owiewający mnie całego. To jest naprawdę to.
MOTOGEN.PL: Od czego się zaczęła Pańska przygoda z motocyklami?
W.L.: To było tak dawno temu! Mam dobrego przyjaciela, z którym kiedyś pracowaliśmy razem i on miał bardzo piękny motocykl – a przynajmniej wtedy mi się tak wydawało – Suzuki Marauder 800. Piękna maszyna, chopper, mnóstwo chromu! Można było do niego założyć dużo fajnych rzeczy. Zatem i ja sprawiłem sobie taki motocykl ze wszystkimi bajerami, sakwami i tak dalej. Problem był taki, że ten motocykl nie jeździł. To był dramat! Może miał fajne odejście, ale do turystyki, dłuższej jazdy był zupełnie niewygodny. Miałem w nim jeszcze założone głośne, nieseryjne wydechy i po trasie z Krakowa do Warszawy, gdzie jechałem na otwarcie sezonu, śmiałem się, że w drodze powrotnej głowa mi się nie chciała zmieścić do kasku. To był rzeczywiście jeden z ładniejszych motocykli, które miałem i mile go wspominam, bo wyglądał tak, jak chciałem, żeby wyglądał; miał to, co chciałem, żeby miał, tylko niestety do dłuższej jazdy, a taką najbardziej lubię, kompletnie się nie nadawał. Rozstaliśmy się więc, choć nie bez żalu.
MOTOGEN.PL: Jaki był Pana pierwszy motocykl?
W.L.: Jeździłem na różnych motocyklach. Zawsze nawet w marzeniach, zanim dosiadłem maszyny, nie widziałem się na innym motocyklu niż chopper. To była dla mnie esencja motocykla, to co się kojarzy z motocyklizmem, plus oczywiście do tego odpowiednie skóry, dodatki. Jeździłem Hondami i Yamahami, jeździłem też na zasadzie użyczenia, miałem jakieś tam motocykle do testów, było tego trochę. Ale pierwszy, który kupiłem, to był właśnie Marauder i mój błąd polegał na tym, że kupiłem go poniekąd nieświadomie, bo mi się podobał, ale jeździł fatalnie, co się okazało dopiero później.
Podziwiam strasznie ludzi, którzy wyciągają z jakiś szop na zapadłych wsiach stare motocykle. Potem je składają, restaurują i się cieszą, jak rzecz zapali, zaterkota i zacznie hulać. Widziałem kiedyś, jak chłopaki robili remont silnika od Junaka na poboczu. Coś tam się stało, poszła jakaś uszczelka. Oni rozłożyli koc, rozłożyli ten silnik niemalże na części pierwsze, wszystko było wyjęte z tego motocykla! Zobaczyłem to na poboczu, zatrzymałem się, spytałem się czy potrzebują jakiejś pomocy, choć za bardzo pomóc nie mogłem. Nie jestem z tych, którzy lubią dłubać. Skoro jest pogoda, to po co siedzieć w garażu – trzeba jeździć! A siedzenie w garażu zostawić tym, którzy od tego są, znają się na tym: mechanikom, serwisantom. To jest mój pogląd. Wiele zależy od zamożności – są tacy, którzy mają pieniądze i kolekcjonują stare maszyny, ale są też tacy, którzy nie mają innego wyjścia. Stać ich tylko na to, żeby coś starego wygrzebać, poskładać, tu polepszyć, tu dopasować. Nie zawsze wszystkie części można jeszcze dokupić. Młodzi ludzie, którzy nie mają kasy, są często skazani na te leciwe maszyny, które po prostu się psują. Podziwiam ich, bo trzeba do tego dużo wiedzy i samozaparcia i jakiejś wewnętrznej chęci. A ja jestem wygodny – na starość się tak ludziom robi – i mam motocykl od tego, żeby jeździć, a nie żeby pod nim leżeć. Jak się coś w nim zepsuje, to zostawiam to ludziom, którzy znają się na tym lepiej ode mnie. Lepiej skupić się na swojej robocie i wpaść na pomysł, jak zarobić te parę złotych więcej, żeby włożyć w tę maszynę, niż kombinować i wynajdywać koło od nowa.
MOTOGEN.PL: A czym Pan jeździ obecnie?
W.L.: Teraz jeżdżę Yamahą FJR 1300. Jeździ się nią zajebiście!
MOTOGEN.PL: Jaki jest Pana wymarzony motocykl?
W.L.: Yamaha 1300 (śmiech). Po chopperach był taki moment, że zakochałem się w Goldwingu, a było to na jakiejś większej imprezie motocyklowej. Kolega poznał mnie z człowiekiem, który miał wówczas właśnie Goldwinga. Mogłem usiąść na motocyklu, ale właściciel ostrzegł mnie~: „Uważaj, bo jak siądziesz, to się zakochasz”. Tak też się stało. Po tej cegle, Marauderze, na którym tak trzęsło, okazało się, że tu można siedzieć wygodnie, niemalże jak na kanapie w salonie, muzyczka gra z głośników, jeździ to też bajkowo. Nie jestem fanem ostrej jazdy na granicy przyczepności, ostrych złożeń i ekstremalnych zakrętów, więc strasznie mi to pasowało. Zacząłem się rozglądać za Goldwingiem, ale wtedy okazało się, że jest do kupienia taki motocykl Honda PC 800. Wówczas był to w Polsce niezwykle rzadki okaz, a w ogóle jest to maszyna nietypowa, bo mówią na to hatchback – ma zintegrowane kufry, wszystko zabudowane. Strasznie mi się ta Honda spodobała, bo trochę podobna jest do Goldwinga, a mimo wszystko wyposażona w widlasty silnik. Przede wszystkim natomiast miała bardzo wygodne siedzenie dla kierowcy i dla pasażera. I podróżowało się tym naprawdę fantastycznie: wysoka szyba, radyjko z głośniczkami, nic tylko jechać. Szczególnie sprawdzał się ten motocykl w długich trasach, a takie – jak wspominałem - najbardziej lubię.