Są w Polsce ludzie, którzy poświęcają bardzo wiele, by móc realizować swoje pasje. Są też i tacy, którzy nie są w stanie poświęcić pasji, nawet gdy tak zwany zdrowy rozsądek czy stereotypy narzucają im pewne zachowania i trzymanie się z dala od jednośladów. Przykładem tych drugich są niewątpliwie Arek Tomasiak i Maciek Banaszek, którzy już w najbliższy piątek wyruszą na niezwykłą wyprawę „Jedną nogą w Armenii”.
Arek na co dzień pracuje z osobami niepełnosprawnymi, którym pomaga jako rehabilitant. Maciek ma co prawda tylko jedną nogę, ale za to optymizmu i energii za dwóch. Ten duet przez miesiąc na dystansie 8 000 kilometrów, będzie udowadniał, że bez względu na przeciwności losu, można pojechać na motocyklową wyprawę, pomagać innym i dobrze się przy tym bawić.
MOTOGEN.PL: Skąd pomysł na wyprawę?
Arek Tomasiak: Od jakiś dwóch lat zastanawiałem się, jak połączyć to, co robię czyli zajmowanie się osobami niepełnosprawnymi, z jazdą na motocyklu. Wyszło jakoś samo przez się. Blisko mnie działy się różne rzeczy promujące osoby niepełnosprawne, jak na przykład wyprawa dziewczyny z mojej Fundacji z Jankiem Melą. Szukałem czegoś może podobnego, co będzie miało ciąg dalszy.
MOTOGEN.PL: Czemu ma służyć „Jedną nogą w Armenii”?
A.T.: Pokonywaniu barier. Ma uświadomić ludziom, że niepełnosprawni robią niesamowite rzeczy i Maciek jest tego najlepszym przykładem.
Maciek Banaszek: Nie powinno się siedzieć w domu, nawet jeśli jest się niepełnosprawnym. Mam wielu niepełnosprawnych znajomych i oni robią różne rzeczy, ale nie siedzą w domu. Są aktywni. Uważam, że jeśli ktoś usłyszy o takim wariacie, który pojechał bez nogi na 250-tce gdzieś tam, to może sobie zrobi prawko na motocykl, albo wsiądzie na skuter, albo po prostu na początek wyjdzie z domu.
MOTOGEN.PL: Czy od początku zakładaliście, że jedziecie we dwóch? Jak długo się znacie?
M.B: Ja powiem! Najśmieszniejsze jest to, że tak naprawdę to my się znamy od wczoraj wieczora. Tak na dobrą sprawę spotkaliśmy się do tej pory dwa razy, a cały kontakt poza tym był wirtualny. Teraz się widzimy trzeci raz.
A.T.: Gdy wpadłem na pomysł wyprawy, szukałem kogoś, kto mógłby ze mną pojechać. Napisałem do Kongresu Polskich Klubów Motocyklowych, żeby mi pomogli. Oni rozesłali moją wiadomość dalej i kiedy skontaktowałem się z Maćkiem, od razu wiedziałem, że to z nim pojadę i nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Chyba po prostu szybko się dogadaliśmy. Od początku zakładaliśmy też, że będzie nas dwóch. To jest pierwszy taki projekt, więc i tak dwie osoby to jest wystarczająco, bo sama w sobie wyprawa jest szalona. Moim marzeniem jest, żeby kolejna edycja się odbyła i wtedy fajnie byłoby zebrać większą grupę.
M.B.: Na pewno lepiej byłoby pojechać w większym gronie, bo w drodze mogą nas czekać problemy choćby z tym, kto zostanie popilnować maszyn na postoju, gdy drugi będzie musiał gdzieś pójść. Jedziemy mimo wszystko w różne okolice.
MOTOGEN.PL: Macie obawy związane z tą wyprawą?
A.T.: Ostry hamulec Zippa.
M.B.: Przegrzanie silnika (śmiech). Zipp jest chłodzony powietrzem a nie mamy doświadczenia z takimi silnikami
A.T.: Poza zachowaniem naszych maszyn nie boję się niczego. Ważne żeby objechać na nich trasę, więc mam nadzieję, że nas nie zawiodą.
M.B.: Boję się jeszcze piasku, bo przy mojej niepełnosprawności polegam głównie na przednim hamulcu, a to w połączeniu z piaskiem może być niebezpieczne. Nie obawiam się na pewno ludzi – czekam na nich, na wszystkie spotkania. Podobno ludzie w tamtych stronach są wspaniali, boję się, że mogą nie chcieć nas stamtąd wypuścić! (śmiech).
MOTOGEN.PL: Jak wyglądają przygotowania do takiej wyprawy?
A.T.: Na pewno najtrudniejszy jest sam pomysł, bo musi otwierać drzwi, musi być akceptowalny przez innych. Potem trzeba go było dostosować do naszych możliwości. Zależało nam także od początku, żeby sprawę nagłośnić, by dotrzeć do jak największej ilości osób niepełnosprawnych. Całość zajęła w sumie ponad pół roku. Rok byłby optymalny, żeby dopiąć wszystko.
M.B.: Ważne jest także pozyskanie sponsorów i tego pominąć się nie da.
A.T.: Za późno zdecydowaliśmy się na rozmowy ze sponsorami, nie wiedzieliśmy, że koncerny rządzą się swoimi prawami i że może być trudno zdobyć nam finanse na wyprawę. Chcieliśmy to wszystko robić z głową. Zabrałem się najpierw do ustalania patronatów medialnych i tym podobnych kwestii, nie wiedząc, że tak naprawdę powinienem zacząć od końca. Naszym sponsorem generalnym będzie BP, które zdecydowało się nas wspomóc mimo tego, że tak późno się do nich zgłosiliśmy. Dołożyło się też stowarzyszenie NZS1980 oraz Castrol. Na przyszłość wiemy już, że nie ma co się przejmować tym, że jeszcze nie jest wszystko dopięte, ale walczyć.
M.B.: Co do przygotowań nas samych – u mnie jest basen i na wiele więcej nie ma czasu, bo mam pracę i rodzinę. Fizycznie nie przykładamy się do treningów. Wystarczy sama jazda motocyklem. Jeżeli wytrzymam w siodle 6 godzin, to wytrzymam i więcej. Dziennie mamy do pokonania średnio 266 km. Na niektóre miejsca zamierzamy poświęcić więcej czasu, inne mniej. Jedziemy wycieczkowo, ale też po przygodę, choć sprzęty nie są stworzone do pokonywania jakiś ogromnych dystansów, a poza tym jedziemy poznawać ludzi, więc nie napinamy się, że musimy zrobić jakiś konkretny dystans danego dnia.
A.T.: Codziennie dojeżdżam do pracy motocyklem i w weekendy robię trasy po 300 km, tak więc myślę, że mam jakieś przygotowanie. Kiedyś czytałem o grupie ludzi przygotowującej się do wyprawy i oni zakładali, że będą biegać, pływać, ale co – bieganie męczy, pływanie odpada, bo można się utopić i lepiej się spotkać i pogadać przy piwie (śmiech). Więc u nas też więcej rozgrywa się w głowie, żeby się przygotować psychicznie. Warto też zadbać o swoje ubezpieczenie, bo przy takim dystansie do przebycia wszystko może się zdarzyć. Na tym nie wolno oszczędzać.
MOTOGEN.PL: Jakie macie plany na trasie?
A.T.: Chcemy być jak najszybciej w Armenii i Gruzji, bo tam mamy najwięcej rzeczy do zrobienia i to jest nasz cel. Dotarły już do nas informacje, że jesteśmy bardzo oczekiwani. Będziemy zwiedzać ośrodki dla osób niepełnosprawnych i pracować tam. Oczekują tam od nas konsultacji rehabilitacyjnych, pomocy. Nie wiem na dobrą sprawę, gdzie dokładnie będziemy, bo wszystkiego dowiemy się na miejscu. Oprócz tego mamy swoją trasę przygotowaną do zwiedzania, ale będzie ona elastyczna w stosunku do planów ośrodków. W planach są także spotkania z Polonią ormiańską, ambasadami. Ciężko nam określić, ile czasu to wszystko zajmie. Mamy mnóstwo kontaktów, które nawiązały się dzięki Fundacji im. brata Alberta, naszej stronie na Facebooku i dla nich też jest ważne, że pojawimy się na miejscu.
MOTOGEN.PL: Jak zareagowały na Wasz wyjazd rodziny?
M.B.: Arek zadzwonił do mnie jakoś przed Bożym Narodzeniem i chyba zaraz po Sylwestrze dałem mu odpowiedź, że jadę. Wiele zależało od zgody mojej żony, Gosi. Na szczęście się zgodziła i kiedy to zrobiła, powiedziałem, że już nie mogę się wycofać (śmiech). Niestety minus jest taki, że w związku z terminem wyjazdu nie będę na urodzinach mojej córki. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, ale pocieszam się, że kiedyś dla niej będzie to przykład, że tata potrafi. Kiedyś pewnie będzie jeździła na motocyklu... mam nadzieję, że jakoś to przeżyję (śmiech).
A.T.: Moi najbliżsi są przyzwyczajeni do mojej włóczęgi, bo jeszcze na studiach wyjechałem za granicę, potem dużo podróżowałem stopem po świecie i więcej mnie nie było niż byłem. Chyba nic ich nie zdziwi.
Brak nogi czy dwóch to faktycznie nie problem. Gdyby mieli jakaś chorobę postępującą, słabe ciało i mięśnie
czy inne wredne schorzenia to byłby jakiś wyczyn. Ale tu na prawdę nie ma się czym podniecać.
Ludzie bez rąk prowadzą za granicą auta i to nawet dostawcze, tylko w Polsce robi się z tego sensacje jakby było to coś nadzwyczajnego.
na normalnej olimpiadzie chce startować. Wyczyn byłby wtedy, kiedy to paralityk jechałby na motorze albo niewidomy.
Oj blade pojęcie macie o niepełnosprawnych, a w zasadzie to żadne.