Znany głównie ze sportowej „Trzeciej Strony Medalu” oraz piątkowych audycji motoryzacyjnych w radiowej Trójce. Z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania podróżnik. Łatwiej wymienić miejsca, w których nie był, niż te, w których był. Żądny przygód, namówiwszy redakcyjnego kolegę, objechał motocyklem świat, wzorując się na książce o podobnej wyprawie.
W tym miesiącu w cyklu „Osobowości świata motocyklowego” zapraszamy na rozmowę z człowiekiem, który – choć na co dzień porusza się samochodem – udowodnił, że chcieć to móc, a jeśli zacząć coś robić, to od razu na milion procent i bez ograniczeń. Przecież najłatwiej nauczyć się pływać, skacząc na główkę do Oceanu Indyjskiego, a pierwszy motocykl może być duży, ciężki i można nim jechać choćby na koniec świata.
MOTOGEN.PL: Z czym kojarzą się Panu motocykle?
Tomasz Gorazdowski: Kiedyś kojarzyły mi się ze swobodą, wiatrem we włosach (których nie mam) i wolnością. Ale to było zanim wybrałem się w podróż dookoła świata na motocyklu. Po podróży kojarzą mi się raczej z walką z otaczającą nas materią – albo droga nie taka, jak by się chciało, albo maszyna odmawia posłuszeństwa, albo ciężarówki, albo upał... Do pełnego zadowolenia zawsze czegoś brakuje. To jest miłość, ale jak to w miłości bywa – są gorsze dni, a „ukochana” to nie Charlize Theron, tylko czasami kłótliwa i upierdliwa baba. Nie zawsze jest przyjemnie.
MOTOGEN.PL: Czy obecnie jest Pan czynnym motocyklistą?
T.G.: Nie. Natomiast nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. W mojej pracy, w radiu, zajmuję się nie tylko sportem, ale też motoryzacją, m.in. testuję samochody. Na co dzień brakuje mi czasu, żeby jeździć czymś innym niż to, co akurat testuję. Ale jeśli tylko się uda, na wiosnę pomyślę o kupnie motocykla, którym mógłbym poruszać się po mieście.
MOTOGEN.PL: Od czego zaczęła się Pańska przygoda z motocyklami?
T.G.: Już w dzieciństwie miałem kontakt z motocyklami. Chociaż matka w obawie o moje życie i zdrowie nie pozwalała mi mieć skutera, miałem pewien dryg do dwóch kółek i skrycie marzyłem o jednośladzie. Później przyszło jednak auto – bardziej praktyczne. Długo nie miałem kontaktu z motocyklami. Dopiero kiedy zacząłem podróżować, będąc w Azji, odkryłem ten praktyczny środek lokomocji. Udało mi się tam jeździć skuterkami i jednym motocyklem, który pamiętam do dzisiaj – Royal Enfield, którego ujarzmiałem przez dwa dni. Dopiero kiedy wpadłem na pomysł podróży dookoła świata, odbyłem mocno przyspieszony kurs prawa jazdy, gdzie po placu jeździłem Hondą o pojemności 250 ccm. Prosto z niej przesiadłem się na Yamahę, którą zwiedziłem świat. Trzeba było się przestawić i nauczyć. Ale pół Warszawy widziało moje spotkanie z glebą na ul. Powązkowskiej...
MOTOGEN.PL: Czy marzy Pan o jakimś szczególnym motocyklu?
T.G.: Nie mam całkowitego przekonania do jednego, szczególnego modelu. Sportowy motocykl, na którym się leży, odpada ze względu na mój kręgosłup. Turystyk – bardziej. Chętnie wsiadłbym jeszcze raz na Yamahę. Może jakiś cruiser Harleya, a nawet duży skuter, którego w mieście na co dzień chyba nic nie zastąpi.
MOTOGEN.PL: Jakiego rodzaju jazda jest Panu najbliższa – turystyczna, rekreacyjna, wyścigowa...? Dlaczego?
T.G.: Turystyczna i użytkowa, po mieście. Jazdy po torze motocyklem jeszcze nigdy nie próbowałem, ale nie wykluczam, że spróbuję. Turystycznie wszędzie jeździ się świetnie, poza chyba jedynie Indiami i Wietnamem, gdzie panuje drogowy hardcore i jazda nie jest przyjemnością. Jeśli nie musiałbym się nigdzie spieszyć, pracować, martwić o kolejne transmisje dla radia, z przyjemnością pojeździłbym po USA czy Nowej Zelandii. To są takie miejsca, do których chce się wracać. Co zabawne, w Nowej Zelandii byłem już na motocyklu i to jako plecak! Towarzyszyłem grupie laureatów konkursu, w którym nagrodą było zwiedzanie tego pięknego kraju na Harleyach. Oczywiście, wszyscy jechaliśmy jako plecaki i nigdy w życiu nie powtórzę tego doświadczenia! Mam syndrom kierowcy i nie potrafię znieść, gdy prowadzi ktoś inny – okazuje się, że na motocyklu uwidacznia się to tak samo, jak w samochodzie i natychmiast dopada mnie stres, bo ja bym tę dziurę ominął z innej strony, inaczej wszedł w zakręt, z inną prędkością jechał i inaczej hamował. Dziękuję, wolę prowadzić sam. Nowa Zelandia jest zresztą nie tylko piękna, ale ma fantastyczne drogi, więc mógłbym tam jechać natychmiast i zwiedzać ją wzdłuż i wszerz. Gdybym tylko mógł...
No patrz, a Tomek nie dość że przejechał ( udokumentowane, a nie jak u tajemniczych Don Pedrów nikt nie widział i nikt nie słyszał ) , to jeszcze napisał...
czytajac ksiazke poddalem sie kiedy po opisie czasu w turcji i podziemnych miastach koles zamieszcza zdjecie balonu z lotu z dnia poprzedniego, nawet nie zdjecie z balonu! - Balon!