Krążą o niej legendy. Trudno zresztą, aby było inaczej, skoro dziewczyna z Podhala dosiada wielkiej Yamahy FJR 1300 nie tylko prywatnie, ale także w pracy. O sobie mówi skromnie, że robi to, co kocha, a motocykl ma dla niej duszę. Przeczy stereotypowi, że dziewczyna nie poradzi sobie z dużym jednośladem.
Mimo że jest zakochana w R1, wybrała większy model, który pozwala jej podróżować z córką. Marzec jest miesiącem kobiet, więc w cyklu Osobowości Świata Motocyklowego nie mogło zabraknąć zwykłej niezwykłej kobiety: spełnionej matki, żony i motocyklistki, która dla niejednej dziewczyny (i niejednego faceta) może być wzorem.
MOTOGEN.PL: Czy wiesz, że jesteś swego rodzaju legendą wśród motocyklistów i... policjantów? Czy rzeczywiście należy się Ciebie bać?
Katarzyna Siaśkiewicz: Wiem, ale nie biorę tego na poważnie. Trochę mnie bawi ta opinia, bo jest przesadzona. Kiedy zaczęłam pracować na Podhalu, przez pierwsze dwanaście lat byłam jedyną kobietą policjantką. Wtedy powstała ta legenda. Gdy przesiadłam się na motocykl, jeszcze się pogłębiła. Opinia powstała pewnie podczas kontroli, kiedy mężczyźni widzieli, że nie działają na mnie standardowe gadki o ładnych oczach i uśmiechu. U mnie jest konkret. Traktujmy się poważnie. A facetów to dziwi, może odrzuca?
MOTOGEN.PL: Łatwo było zacząć?
K.S.: Mój ojciec nie miał nigdy samochodu, za to miał trzybiegową WSK. W domu był taki zwyczaj, że trzy razy w tygodniu była kompletnie czyszczona szczoteczką do zębów i w niedzielę jechało się nią do kościoła, a potem na przejażdżkę. Na te czasy motocykl średniej jakości, ale pomagałam tacie i tak to się zaczęło. Czy to miłość do motocykli? Nie wiem. Mi się to zawsze podobało; myślę, że z tym trzeba się urodzić. To nie jest chwilowy kaprys. Tę miłość trzeba mieć w sobie i ojciec ją we mnie zaszczepił. Pomagał, chociaż jak uzbierałam kasę na pierwszy motocykl, powiedział, że mi go nie kupi, bo się o mnie boi. Później był zadowolony – razem jeździliśmy na kupionej przeze mnie MZ-tce, a jego WSK-ę mam do tej pory. Na MZ-cie jeździłam długo. Potem kupiłam sobie enduro, Hondę 600. Chciałam wszystkiego spróbować, więc kolejne było sportowe Kawasaki o pojemności 750 ccm, a później Yamaszka. Zostanę przy tym motocyklu, choć moją wielką miłością jest R1.
MOTOGEN.PL: Skąd pomysł na wykorzystanie pasji w pracy?
K.S.: Zaczęło się od tego, że z braku miejsc nie dostałam się na AWF. Musiałam coś ze sobą zrobić, więc zdecydowałam się na policję. Zawsze podobała mi się ta praca: pościgi, strzelaniny, adrenalina, Kobra, Stallone i tym podobne... Nie myślałam o ryzyku, miałam wtedy 18 lat i stwierdziłam, że mogłoby to być połączenie przyjemnego z pożytecznym, tym bardziej że miałam już świeżo zdane prawo jazdy na motocykl. Początkowo pracowałam na ulicy, ale kiedy udało mi się przenieść do nowotarskiej jednostki, mogłam spróbować motocykla. Ktoś musiał jechać na patrol. Dostałam więc jedną z MZ-tek, które były wówczas na stanie, i pojechałam. Kiedy jednak stare motocykle wymieniano na Hondy CBX 750, stały się one dla mnie nieosiągalne – przecież byłam kobietą. ...to nie jest tak, że u nas wsiada się na motocykl, żeby się przejechać. Musisz wsiąść i jechać. Bez względu na pogodę, zmęczenie. To są moje obowiązki...
Pomógł mi przypadek. Zachorował jeden chłopak, który jeździł na tym motocyklu, a trzeba było jechać na zabezpieczenie wyścigu kolarskiego do Krynicy. Błagałam naczelnika, żeby pozwolił mi jechać. Poszliśmy razem na obrzeża komendy i kazał mi wsiąść na tę Hondę. Jak wsiadłam, to pomyślałam sobie: „Boże, co ja robię? To takie wielkie!”. Ale przejechałam ten kawałek i mnie puścił. Wieczorem przyjechał sprawdzić, czy maszyna jest cała. I dostałam ten motocykl! Jeździłam nim może z pół roku i wysłali mnie na kurs motocyklowy – 10 godzin dziennie na motocyklu przez trzy tygodnie. Tam było już wszystko: enduro, crossy, ścigacze. Ten kurs utwierdził mnie, że poszłam właściwą drogą. Zaczynało nas w sumie dziewięcioro, a na mnie pierwszego dnia patrzyli jak na ostatnią sierotę. Dwóch chłopaków w pierwszym dniu odpadło z kursu, a ja go ukończyłam! Z wyróżnieniem! Jak ja chciałam oblać, żeby tam wrócić – tak mi się podobało! A oni mi wyróżnienie dali… Mimo wszystko to było budujące, że ukończyłam go w taki sposób. Był rok 1998 i chyba od tego czasu pozostałam jedyną policjantką, która przeszła to szkolenie.
Koledzy wiedzieli, że jeżdżę. Codziennie dojeżdżałam motocyklem do pracy 80 km. Wiało, lało – jechałam. Potem mnie zaakceptowali i cieszyli się, że jest ktoś, kto będzie jeździł. To nie jest tak, że u nas wsiada się na motocykl, żeby się przejechać. Musisz wsiąść i jechać. Bez względu na pogodę, zmęczenie. To są moje obowiązki. Może oni uważali też, że skoro ja mogę, to oni nie muszą. Początkowo były tylko dwa motocykle i dwóch motocyklistów. A mnie się lepiej pracowało, gdy łączyłam przyjemne z pożytecznym. Nie siedziałam za biurkiem. Policjantka kojarzy się ludziom z papierkami, z pogadankami w szkole albo kierowaniem ruchem na skrzyżowaniu. Obowiązkową spódniczką. My jesteśmy taką ozdóbką, a to jest praca dla mężczyzn. Twardych mężczyzn. W moim przypadku nie ma białych rękawiczek, nie ma spódniczki. Są pościgi, spodnie, trepy. W pracy nie jestem kobietą. Przez długi czas koledzy z pracy nie dawali mi kwiatów na Dzień Kobiet, nie dawali forów, nie ułatwiali życia. Równouprawnienie pełną gębą. Dopiero ze dwa lata temu to się zmieniło.
MOTOGEN.PL: Ilu obecnie Was – policjantów na motocyklach – jest w Twojej jednostce?
K.S.: W jednostce u mnie jestem tylko ja z moim kolegą z pracy i dobrym przyjacielem, Grzegorzem. Wskoczymy za sobą w ogień. Mamy też dwóch młodszych motocyklistów, ale jeden z nich prawdopodobnie się wycofa i trzeba będzie go zastąpić. Są cztery motocykle. My z Grzesiem jesteśmy wierni naszym Yamahom. Ważne jest, żeby w tej pracy mieć kogoś, na kim można polegać. Wsparcie drugiej osoby jest bezcenne. Jeździmy razem w sposób, który może być obcy innym motocyklistom, a dla nas oznacza bezpieczeństwo – w parze. Uczyliśmy się tego na kursach – żeby nie zajeżdżać drogi drugiej osobie, żeby bez względu na okoliczności cały czas mieć pod kontrolą, że obok jedzie drugi motocyklista. Nie muszę mu mówić co ma robić. Jesteśmy zgrani, a razem jeździmy już 7 lat. Dla niego nie są straszne żadne warunki, ma talent i ogromne chęci. Bardzo go cenię.
MOTOGEN.PL: Jak długo jeździsz na motocyklu?
K.S.: Nigdy nie jeździłam bez prawa jazdy. Gdy zaczynałam, trzeba było mieć skończone 18 lat, żeby zdać egzamin. I to właśnie był mój prezent urodzinowy na osiemnastkę – kurs prawa jazdy. Udało mi się zdać za pierwszym razem. Urodziny miałam w marcu, do pracy przyjęto mnie w październiku i po pół roku kupiłam swój pierwszy motocykl – MZ-tkę. Od tego czasu jeżdżę non stop, chociaż kobiet o wiek się nie pyta...
MOTOGEN.PL: Jak wygląda Twoja prywatna jazda motocyklem?
K.S.: Zaczęłam jeździć prywatnie i staram się nadal także to robić, choć brakuje mi czasu. Mam sześcioletnią córkę, która jeździ ze mną. Mama i siostry tolerowały to; pogodziły się z tym, że to moja pasja, że mnie to cieszy, więc gdy byłam młodsza, nikt nie robił problemów z tego, że jeżdżę. Mąż początkowo był bardzo przeciwny. Ale miał wybór – albo ja i moje hobby, albo nic. Teraz też jeździ; zaraziłam go, chociaż on wybiera jazdę rekreacyjną. Mnie, niestety, ciągnie do czegoś więcej. Z drugiej strony myślę jednak o tym, że mogę zrobić komuś krzywdę – nie myślę wtedy o sobie. Moja córka ma kask, kurtkę i lubi ze mną jeździć. Mój przyjaciel ma Hondę Goldwing i na dalsze trasy, gdy chcę zabrać córę ze sobą, pożyczam od niego ten motocykl. Jeśli chcę natomiast odreagować, poczuć adrenalinę, odpinam kufry z mojej Yamahy i jadę sama. Wtedy mogę sobie pozwolić na więcej.
Kiedyś, zanim poznałam męża, miałam swoją kilkuosobową grupę motocyklistów, z którymi spędzałam czas. Kiedy kupiłam sobie lepszy sprzęt, próbowałam się ścigać. Na nieczynnym pasie lotniska w Krakowie, niedaleko koszarów wojskowych, można było próbować swoich sił. Mieliśmy na to takie ciche przyzwolenie, żeby nikomu postronnemu nie zrobić krzywdy. Kwestie finansowe nie pozwoliły mi jechać na tor do Poznania, ale tam spełniałam się i było to też finansowo korzystne. Pożyczałam motocykl i jechałam. Taka odskocznia od codzienności.
Teraz nie chcę należeć do żadnej konkretnej grupy. Ktoś mógłby mi zarzucić stronniczość, ale wolę tak, jak jest. Mam wielu znajomych wśród osób jeżdżących na różnych motocyklach. Tak samo dobrze bawię się z nimi na zlocie chopperów, jak na zlocie Hondy Goldwing. Identyfikuję się ze wszystkimi motocyklistami, bez względu na maszynę – dla mnie nie robi to różnicy. Albo się szanujemy wszyscy, albo tworzymy sztuczne, nikomu niepotrzebne podziały.
http://www.soswnr1.nowytarg.pl/sps9/images/photoalbum/dsc04643.jpg
http://www.soswnr1.nowytarg.pl/sps9/images/photoalbum/dsc04583.jpg
album:
http://www.soswnr1.nowytarg.pl/sps9/photogallery.php?album_id=122
podziwiam wytrwałość w tak ciężkiej pracy,
Zdjęć nie ma, ponieważ Pani Katarzyna nie chciała ujawniać swojego wizerunku.
nie wazne na czym - wazne ze wiatr ten sam i mam nadzieje ze nigdy nie dostane mandatu na moto ;)