Natalia Florek to kobieta, która nie boi się wyzwań i spełniania swoich marzeń. Mimo początkowych obaw i sprzeciwów, płynących z najbliższego otoczenia, jako jedna z nielicznych kobiet postanowiła ścigać się na torze. Wyścigi motocyklowe stały się jej pasją, nieodłączną częścią życia, a gleby na jednośladzie tylko bardziej motywują ją do starania się i dalszego poprawiania techniki jazdy.
Anna Jędrasiak: Z tego co wiem zaczynałaś od Wyścigów Skuterów. Co się stało, że w ogóle zainteresowały Cię takie zmagania?
Natalia Florek: Pierwszy trening skuterowy był całkiem przypadkowy. Miałam wtedy 15 lat i zupełnie spontanicznie wybrałam się na trening na tor kartingowy w Poznaniu. Jazda po torze od razu przypadła mi do gustu i wtedy pojawiły się marzenia związane ze sportem motocyklowym, które wydawały się niemożliwe do spełnienia, ponieważ moi rodzice nie chcieli słyszeć o torze wyścigowym. Rodzice – siła wyższa, dlatego na tamtą chwilę nic więcej w tym kierunku nie mogłam zrobić. Pod koniec 2007 roku, kiedy jeździłam motocyklem drogowym, Yamahą R6, znów pojechałam na tor, tym razem już na duży. W 2008 roku sporadycznie przyjeżdżałam na amatorskie treningi. Pod koniec roku za namową znajomych wystartowałam w Mistrzostwach Polski Skuterów w dwóch rundach (bez wcześniejszych treningów) oraz w trzygodzinnym wyścigu w Mistrzostwach Niemiec. Po drugim starciu otrzymałam propozycję startów w teamie skuterowym TNTuning w Mistrzostwach Polski w Wyścigach Skuterów w 2009 roku. Sprzedałam również swoją Yamahę R6, aby móc wystartować w klasie 125. Bardzo lubię ambitną rywalizację, sport, prędkość i ciągłe doskonalenie swoich umiejętności. W wyścigach motocykli to właśnie odnajduję.
A.J.: Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przejechaniu się pierwszy raz po torze wyścigowym, a jakie po pierwszej glebie?
N.F.: Pierwsze jazdy w wieku 15 lat skuterem po torze kartingowym dostarczyły mnóstwo frajdy, adrenaliny, ale i strachu, zwłaszcza gdy spadł deszcz i uślizgnęło się koło; wtedy upadku, na szczęście, nie było ;). Gdy, mając 18 lat, pojechałam na duży tor R6-ką, wówczas – oprócz zabawy i adrenaliny – miałam poczucie, że w stosunku do szybszych kierowców stoję w miejscu i muszę się poprawić ;). Po pierwszej glebie na R6 nie było mowy o rezygnacji z dalszych treningów. Wręcz przeciwnie, zadziałała na mnie motywująco. Stwierdziłam, że błędy trzeba wyeliminować.
A.J.: Aż ciężko nie zadać tego pytania... Co powiedzieli Twoi najbliżsi, kiedy zaczęłaś jeździć na jednośladach, a potem się ścigać?
N.F.: Hmm... Moi rodzice nie byli zadowoleni, gdy największym marzeniem ich wówczas 12-letniej córki było nauczyć się jeździć motocyklem. Mimo wszystko mój tata pomógł mi postawiać "pierwsze ślady" i pożyczył od znajomego... motorynkę Romet. Na 15. urodziny dostałam skuter, zresztą wbrew woli mamy. Po trzech latach przesiadłam się na NSR-kę 125, a po pół roku na R6-kę. Każdy mój wyjazd z domu był dla nich ogromnych stresem. I w sumie z perspektywy czasu wcale im się nie dziwię, bo jedna z przejażdżek po ulicach zakończyła się wypadkiem z winy kierowcy auta. Na szczęście, nic poważnego wtedy się nie stało; ucierpiał tylko motocykl.
Jazda po torze też jest stresująca dla mojej rodziny, ale w mniejszym stopniu. Wiedzą, że na torze w razie wypadku jest karetka, a poza tym nie ma aut, krawężników etc. Cieszą ich wyniki, wspierają mnie i trzymają kciuki, aby nic poważnego się nie stało.
A.J.: Bardzo wielu ludzi wsiada od razu na motocykle. Czy uważasz, że wyścigi skuterów pomogły Ci w czymś? Dały jakieś podstawy do tego, by przesiąść się na większe maszyny?
N.F.: Słabsze motocykle/skutery stopniowo przyzwyczajają nas do mocy. Jeżdżąc R6, miałam poczucie, że ten motocykl jest dla mnie za mocny i brak płynności w jeździe jest wynikiem braku odpowiednich "schodów". Chciałam uzupełnić tę lukę. Zeszłam więc jeden stopień niżej, aby zrobić krok naprzód, czyli wystartowałam w wyścigach skuterów i w klasie 125.