Nazywany jednym z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. Grał zakochanych biznesmenów i brutalnych bandytów, wrażliwych mężów i twardych gliniarzy. Jak ryba w wodzie czuje się tak na deskach teatru, jak i na planie filmowym. Emanujący energią, którą można obdarzyć kilka osób, posiadacz uśmiechu, który łamie kobiece serca.
Choć sam ciągle w biegu, pogardza prędkością na rzecz kontaktu ze światem, który go otacza. Motocykle to dla niego relaks, a nie zabawka dla znudzonych dzieciaków. W tym miesiącu w cyklu Osobowości Motocyklowego Świata rozmawiamy z Szymonem Bobrowskim, aktorem, ojcem, mężem i motocyklistą, który najlepiej czuje się sam na sam w duecie z jednośladem.
MOTOGEN.PL: Z czym kojarzą się Panu motocykle?
Szymon Bobrowski: Choć to pewnie banalnie zabrzmi, kojarzą mi się z wolnością absolutną, radością, seksem i – wbrew pozorom – ciszą. Gdy człowiek wsiada na motocykl, jest sam ze sobą, ze swoimi myślami, nie ma obok niego nikogo. Jedzie, myśli, czuje i odbiera świat zupełnie inaczej, niż ktoś jadący samochodem. Motocykl pozwala na dużo lepszą percepcję świata, dużo szersze spektrum odbioru tego, co nas otacza. Ja mam tylko krótkie, dziesięcioletnie doświadczenie, ale za każdym razem, kiedy o tym myślę, czuję dreszcz emocji, podniecenia i radości. Kto widział film „Easy Rider”, ten rozumie o co chodzi. Motocykle to taki smak w ustach, za którym się tęskni i pewnie w najbliższym czasie znowu kupię sobie motocykl. Jednoślady to także dla mnie niedziela, odpoczynek, dobry, bezpieczny sprzęt, odpowiedni strój i czysta, lśniąca maszyna. ...nie należę do chłopaków, którzy jeżdżą Puławską w Warszawie na jednym kole z prędkością 200 km/h, choć, niestety, nie uchroniło mnie to przed wypadkiem...
MOTOGEN. PL: Czy jest Pan obecnie czynnym motocyklistą?
S.B.: Niestety, od wypadku, który miałem, nie jeździłem na motocyklu. Była to decyzja podjęta wspólnie z żoną – mamy trójkę dzieci i świadomość kruchości życia. Jednak uczucia związane z jazdą pozostają w człowieku na zawsze; nie da się ich zgasić, one gdzieś pod skórą płoną, są obecne i teraz nadchodzi dla mnie czas, żeby zakończyć przerwę motocyklową. Żona mnie zabije, jak to przeczyta!
Nie należę do chłopaków, którzy jeżdżą Puławską w Warszawie na jednym kole z prędkością 200 km/h, choć, niestety, nie uchroniło mnie to przed wypadkiem. Zacząłem traktować maszynę zbyt przedmiotowo, nie poświęciłem jeździe wystarczającej uwagi. Wsiadłem wtedy, kiedy nie powinienem, nie przygotowałem się właściwie i gwizdnąłem jak dzik w sosnę. Zostało mi darowane drugie życie i diametralnie zmieniło się moje podejście do motocykli. Po tym wypadku nie wsiadłem na motocykl, choć podczas zdjęć nieraz mogłem przejechać się różnymi maszynami, V-Maxem na przykład. Ale to musi być mój motor, ja muszę być pierwszy, ja sobie go muszę pod siebie ułożyć.
MOTOGEN. PL: Od czego zaczęła się Pańska przygoda z motocyklami?
S.B.: Od przypadku. Niedaleko mojego teatru był sklep z motocyklami. Wszedłem tam raz, potem drugi... Za siódmym razem kupiłem Suzuki Burgmana 400. Nie miałem wcześniejszego doświadczenia, nie jeździłem na niczym małym. Wszedłem i kupiłem to, co chciałem. Kupiłem też od razu stosowną odzież, kask, buty. Potem wsiadłem i pojechałem. Taki był początek.
Jestem ogromnym fanem skuterów z dużą mocą. Są lekkie, mocne i paru moich kolegów zdziwiło się na światłach, jak taki Burgman na tych malutkich kółeczkach potrafi odjechać. Jeździł też ze mną mój synek, Ignaś, gdy był mały. Teraz także myślę o możliwości zakupu motocykla, który umożliwi mi bezpieczne podróżowanie z dziećmi. Może coś z przyczepką?
MOTOGEN.PL: Czy marzy Pan o jakimś szczególnym motocyklu?
S.B.: Marzy mi się teraz Harley Davidson. Moja żona jak to przeczyta, to się wścieknie, ale V-Rod to jest moja maszyna i nie przekroczę nim 60 km/h! Ten motocykl posiada wielu moich znajomych i pozwala on na taki rodzaj jazdy, który mi odpowiada. Dla mnie najprzyjemniejsze tempo utrzymuje się przy prędkościach 60–70 km/h. To takie niemodne w Polsce jeździć z takimi prędkościami! A ja w ogóle nie czuję potrzeby szybkiej jazdy. To ma być przyjemność, relaks. Kiedy jeździłem, podnosiłem wizjer w kasku, oglądałem, wąchałem, słuchałem, nie myślałem o problemach, grzało mnie słońce... Czegóż więcej trzeba? Przyrównuję motocykl do konia, bo również jeżdżę konno. To nie są dla mnie środki lokomocji. Trzeba je traktować z należnym pietyzmem, dbać o nie, mieć z nimi kontakt.
MOTOGEN.PL: Czyli jazda rekreacyjna tak, ale tor już niekoniecznie?
S.B.: Nie mam absolutnie potrzeby ścigania się z kimkolwiek, udowadniania komuś czegokolwiek. Nie zależy mi też na tym, żeby należeć do jakiegoś klubu, nosić naszywki, jeździć na zloty. Dla mnie człowiek i maszyna to duet. Nie potrzebuję towarzystwa. W tym duecie mam wolność absolutną i mogę jechać z taką prędkością, jaką lubię, zatrzymywać się wtedy, kiedy chcę, nie muszę się do nikogo dopasowywać. Jestem laikiem motocyklowym – nie znam nazw, nie rzucam hasłami, nie orientuję się w nowinkach, ale czy to naprawdę stwarza motocyklistę? Najważniejsze to jeździć tak, jak się lubi. Zapuszczę sobie wąsy, wsiądę na Harleya i będę jechał oraz słuchał tego dźwięku, którego nie odda ten wywiad (tutaj Pan Szymon zaczyna bardzo udatnie naśladować dźwięk silnika – przyp. red.). Muzyka, jaką niesie ze sobą motor, jest piękna. Grube, ciężkie, mocne, wilgotne dźwięki V-twina – to jest najpiękniejsze!
niech se rower kupi jak 50km na godzinę jeździ to na paliwie przyoszczędzi
A tak na serio: widząc zdjęcia, zanim zacząłem to czytać pomyślałem "O rany! Ale koleś. Przyleciał na moto na wywiad -spoko. Tylko, że mu nie gorąco tak w kurtce przy kawie..?"
A po przeczytaniu tekstu... WTF?
Nawet najlżejszy kask jest niewygodny, szczególnie gdy przyjeżdża się autem do kawiarni! no chyba, że to taki nowy trend. Zamiast tych "wsiowych nalepek". Tak to ludzie naprawde zobaczą i będą uważać, bo nawet jak z kibla w kawiarni wychodzą to muszą się rozejrzeć, aby przypadkiem nie wpadł na nich motocyklista :) "Motocykliści są wszędzie!"
Hahahaha :D