Postać, która wzbudza kontrowersje. Postać jednoznacznie kojarzona z szybkimi motocyklami i samochodami. Osobowość, którą można by obdzielić kilku ludzi. Jerzy Dziewulski – polityk, policjant, motocyklista.
Mimo że jednoślady zamienił na samochody, zawsze będzie się kojarzył z motocyklami, zwłaszcza z czasów, gdy na polskich drogach nie było ich jeszcze zbyt wiele, a on walczył na własny rachunek ze stereotypami o motocyklistach. Prezentujemy specjalnie dla Was ekskluzywny wywiad z człowiekiem-legendą, którego nie obchodzą kontrowersje, który nie boi się używać ostrego języka i którego opinie może nie są popularne, ale szczere i podyktowane wieloletnim doświadczeniem. Dzisiejszym wywiadem pragniemy zapoczątkować cykl 'Osobowości Świata Motocyklowego', który będzie się ukazywał na naszych łamach co miesiąc przez cały rok.
MOTOGEN.PL: Z czym kojarzą się Panu motocykle?
Jerzy Dziewulski: Mógłbym powiedzieć, że z wolnością, ale to taki wytarty slogan. Motocykle to dla mnie przede wszystkim duża dawka adrenaliny i perfekcyjny sposób na relaks. Szczególnie jednak kojarzą mi się z posiedzeniami Sejmu. Końcem lat dziewięćdziesiątych często przyjeżdżałem do Sejmu motocyklem. Oczywiście, wywoływało to kontrowersje – w naszym kraju pokutuje opinia, że motocyklista to musi być gówniarz i drań. Odbiera się nam prawo do bycia poważnymi ludźmi. Poseł jadący samochodem, rowerem czy chodzący na piechotę nie był niczym dziwnym. Ale na motocyklu? Toż to urąga powadze stanowiska! I tak się zdarzyło, że pewnego razu otrzymaliśmy z Niemiec informację, że przyjedzie do nas grupa 26 niemieckich parlamentarzystów wraz z ówczesnym wiceszefem Bundestagu – na motocyklach. Proszę sobie wyobrazić, jaka konsternacja zapanowała wśród ówczesnych posłów! Przyjeżdżają motocykliści w kombinezonach i bandanach, a oni tu wszyscy w garniturach! Konieczne było przecież powitanie całej tej dostojnej kawalkady, wyjechanie im naprzeciw. Ktoś wówczas przypomniał sobie o Dziewulskim... Wraz z posłem Wende, który wówczas także jeździł, utworzyliśmy komitet powitalny dla naszych zachodnich kolegów. Od tej pory zmienił się nieco sejmowy stosunek do mnie i, mam nadzieję, do motocyklistów w ogóle.
MOTOGEN.PL: Czy jest Pan czynnym motocyklistą? Na Pańskiej stronie internetowej widnieje hasło „Nigdy więcej na motocykl”. Dlaczego?
J.D.: Niestety, już nie wsiądę na motocykl. Od kilku lat poruszam się wyłącznie skuterem. Kiedy wyjeżdżam latem na Mazury, mogę przemieszczać się szybko i sprawnie takim właśnie jednośladem o pojemności 50 ccm. To wystarczy. Kilka lat temu przekroczona została w moim odczuciu pewna bariera i wtedy powiedziałem sobie dość. Miałem dwa poważne wypadki motocyklowe, które nie zostały spowodowane przeze mnie i doszedłem do wniosku, że nie ma sensu ryzykowanie życia i zdrowia. Nie mam sobie nic do zarzucenia pod względem umiejętności, ale umówmy się, że gdy samochód przede mną wykonuje manewr zawracania bez żadnej sygnalizacji takiego zamiaru, a ja, jadąc z prędkością 40 może 50 km/h, ląduję na 3 miesiące w szpitalu, to gra nie jest warta świeczki. Podobna sytuacja zdarzyła się na pasach podczas deszczu, bo czym malowane są pasy w naszym kraju, wszyscy wiemy. Poślizg na mokrej nawierzchni wyłączył mnie z jazdy na kilka miesięcy i akurat kiedy wyzdrowiałem, skończył się sezon. Dlatego teraz mam substytut – samochód Ariel Atom.
MOTOGEN.PL: Od czego zaczęła się Pańska przygoda z motocyklami?
J.D.: Pasja motocyklowa zaczęła się u mnie jeszcze w latach sześćdziesiątych, kiedy to zdobyliśmy z moim dobrym kumplem Junaka i własnymi rękami przywracaliśmy go do życia.
MOTOGEN.PL: A po pierwszym motocyklu pojawiły się kolejne?
J.D.: Po Junaku była MZ-ta, a później udało mi się coś, co w ówczesnych czasach było nie lada wyczynem – zakupiłem sobie japoński motocykl! Musiałem odbyć przeszkolenie zawodowe, które odbywało się w Tokio i tak właśnie w jednej z dzielnic miasta, obfitującej wówczas w sklepy motocyklowe Akasace, za kwotę 200 dolarów zakupiłem Hondę VFR 250! Nigdy więcej nie miałem Hondy, ale tę niewielką maszynę, która wizualnie nie odbiegała od ówczesnych „dużych” motocykli, darzę ogromnym sentymentem. Po Hondzie dosiadałem dziewięćdziesięciokonnego Kawasaki o pojemności 550 ccm, które kupiłem w Niemczech. Później jeszcze dwukrotnie udało mi się być w Japonii, gdzie nabyłem m.in. 135-konne Kawasaki ZZR 1100, które wówczas, a były to lata osiemdziesiąte, nie mogło być zarejestrowane w tamtym kraju. Miałem też wszystkie modele ZX-ów, idąc w górę – ZX-10, ZX-12. Z tym ostatnim wiąże się dość zabawna historia. Otóż gdy sprowadziłem ten motocykl do Polski, poproszono mnie, bym wystawił go w salonie motocyklowym. Zgodziłem się i jakiś czas później wpadłem tam sprawdzić, jak się maszyna miewa. Kawasaki stało, a na nim widniała karteczka: „Nie dotykać. Właściciel: Jerzy Dziewulski”. Właściciel salonu uznał to widać za zabawne. Ja nieco mniej.
Po Kawasaki przyszedł czas na MV Agustę i Harleya Davidsona. Harley w ogóle zdarzył się przez przypadek, ponieważ nigdy nie byłem fanem tej firmy. Takie wielkie ciężkie „dryndy”? Nie dla mnie! Skusiłem się jednak na wizytę w salonie mojego przyjaciela, który pokazał mi V-Roda. Gdy go zobaczyłem, usiadłem. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej ubolewam, że to właśnie na nim miałem moje dwa wypadki, które przesądziły o rezygnacji z motocykli. Ktoś powiedziałby, że prędzej Agusta jest maszyną, na której można sobie zrobić krzywdę. Okazuje się jednak, że wolniej wcale nie oznacza bezpieczniej. Agustę sobie wymarzyłem. Gdy prototyp mojej MV-ki pokazywano na jednej z pierwszych prezentacji na lotnisku Okęcie, uklęknąłem przed tym motocyklem, co mi się nigdy nie zdarza. Kilka lat później, gdy trafiła ona na taśmę produkcyjną, zrobiłem wszystko, żeby ją zdobyć. Skontaktowałem się nawet z prezesem firmy, który, jak się okazało, pamiętał mnie z Warszawy i ułatwił mi zakup mojego wymarzonego jednośladu.
Mało kto wie, że w nowojorskim muzeum Guggenheim obok siebie znalazły się właśnie Harley V-Rod i MV Agusta, jako metafory ideałów motoryzacyjnych XX wieku. To piękne, że motocykle traktowane są jak dzieła sztuki, godne zachwytu i uwagi. Na szczęście, nie muszę tam jechać, by popatrzeć na moje maszyny. Wystarczy zejść do garażu. Przyznam, że potrafię się na nie gapić godzinami.
MOTOGEN.PL: Jakim pojazdem jeździ Pan obecnie i skąd ten wybór?
J.D.: Dlaczego jeżdżę skuterem, już mówiłem. Ale wspomnę o substytucie motocykla, który osobiście uwielbiam. To Ariel Atom – samochód. Dlaczego substytut? Do jazdy przygotowuję się tak samo, jak motocyklista: wkładam kombinezon, kask. Podczas wyjazdów do Niemiec, Włoch czy Chorwacji zdarza mi się spotykać na drodze motocyklistów. Ścigamy się nieraz i dzięki temu zawarłem wiele sympatycznych znajomości – zawsze stajemy gdzieś na poboczu, oni oglądają mój samochód, rozmawiamy. Tego nie doświadcza się w zwykłym aucie.
Kijek chcesz żebym się spocił? Jak już mam cokolwiek ciągnąć za sobą to tylko Dzikiem 21 :D Mało który wehikuł daje tyle frajdy podczas jazy w zakrętach i nie tylko co Dzik 21.
http://www.youtube.com/watch?v=bdcKkc1z7lM
http://www.youtube.com/watch?v=LHdrZpto4-c
I tyle :P
a jak ktoś nie ogarnia to niech sobie kupi bujany fotel,a nie się bawi w wielkiego motocyklistę :P
A wywiad i sam człowiek - WIELKI.
no to
ZIUUUUUUUUUUUU :) !
bezapelacyjnie się z Tobą zgadzam, gdzie ja miałem rozum? zupełnie o tym nie pomyslałem. Przepraszam
zatem mości panowie hajda na rowery, a ciężkie sprzęty na zloty i wogle ciagajmy przyczepkami...
szerokości
Tobie też :)
Piszesz gdzie sens, gdzie logika, a faktycznie niema jej w Twoim rozumowaniu. Nie wiem jakim jesteś motocyklistą i z jakim doświadczeniem, ale gdybyś logicznie pomyślał, to z pewnością byś wydedukował, że każdy skuter jest dużo lżejszy niż Harley V-Rod czy też inny motocykl. Teraz przypomnij sobie lekcje fizyki z podstawówki, gdzie była tłumaczona energia kinetyczna i bezwładność ciała, do tego wyobraź sobie jeszcze konstrukcję skutera i motocykla. Wszyscy wiemy, że na skuterze siedzimy jak na klozecie i w razie wywrotki nie ma nam co przygnieść nogi, a na motocyklu...
Życzę Tobie w tym roku szerokości i niskich pułapów podczas latania na kole byś nie zahaczył o linie wysokiego napięcia, a tą fajną legitką by nie była legitka rencisty.
P.S. Polecam artykuł w miesięczniku ŚM na stronie 86 i testy z Mensy.
Szerokości
PS UWAGA! nabedę fajną legitkę, będzie jak znalazł jak naucze się latać na kole :)
gdzie tu sens, gdzie logika...
Moralizuje, bo ma doświadczenie. Zarówno jeśli chodzi o motocykle jak i samochody. Wie też czym grożą wypadki, nawet przy małych prędkościach. Wyraźnie wypowiada się, że motocykle są do zabawy i szaleństwa, ale tam gdzie nie zagraża się innym. Pewnie dla was mądrych ludzi za trudno to dostrzec i doczytaliście tylko do wypowiedzi o szybkiej jeździe szybkim motocyklem. To, że zaczynał od małych motocykli pewnie już przegapiliście.
Ciekaw jestem też jakie macie pojęcie o polityce. Jeśli sądzicie, że 1 motocyklista w sejmie wybuduje tor, to słowo baran, którego użyłem na początku jest zdecydowanie zbyt łagodne by określić wasze zdolności rozumowania.
Czekam kto będzie za m-c!