OCEŃ ARTYKUŁ
Życie jest pięknekliknij i przesuń wskaźnik
Opowiadanie dedykuję tym ojcom, którzy dostrzegają, jakie szczęście spotkało ich w rodzicielstwie. Mam nadzieję, że są na świecie tacy staruszkowie…
- Ja pier…!!! – Prawie zakląłem głośno, próbując czwarty raz połączyć się ze 112. Nic z tego. Stoję roztrzęsiony na uboczu Mrągowa. Jest środek nocy. Jak na złość nikt nie przejeżdża ani nie przechodzi. Nie wiem, co mam robić! – Odbierz to marszczyfredzie je***y! – Wrzasnąłem, choć sam nie wiem do kogo. Jestem wściekły i przerażony. Mam ochotę pieprznąć tym telefonem. Ręce mi się trzęsą. Rozglądam się bezradny. Nawet, jakbym chciał biec na policję, to nie wiem, gdzie w tej pipidówce jest komenda. „Jak nie trzeba, to psów pełno, a teraz ani jednego złamasa!” Czuję się zupełnie bezradny, a jednocześnie wiem, że muszę coś zrobić.
Nagle kamień spada mi z serca. Co za ulga! - Tato! Zza rogu ulicy wychodzi mój ojciec. Trochę utyka i trzyma się za prawy bok. - Tato! – Biegnę w jego stronę. Biorę go pod ramię. – Stało ci się coś? Szukać pogotowia? Możesz chodzić? - Nic mi nie będzie, synku. Trochę mnie poobijali, ale sobie odpuścili, bo jednego dźgnąłem w udo. - Tak się bałem! Chciałem dzwonić pod 112, ale nie dało się połączyć – tłumaczyłem pospiesznie. Było mi strasznie głupio… - Kim oni byli?
Zacznijmy jednak od początku
Miałem 15 lat i byłem trochę zbuntowanym nastolatkiem. Emocje we mnie buzowały i nawet sam siebie nie rozumiałem, a co dopiero moi rodzice. Byłem ich jedynym dzieckiem. Renata i Grzegorz – małżonkowie od 17 lat – to trochę postrzelona para. Luzacy, żyjący epoką „Flower Power”. Ojciec – zapalony motocyklista. Mama – wierna towarzyszka jego wypraw. Może dzięki temu jakoś z dystansem podchodzili do moich nastrojów. Sami byli zbuntowani i niepoprawni. Kochałem ich po swojemu, choć ojcu nigdy tego nie powiedziałem. Przynajmniej od kilku ładnych lat. Nie żebym miał do niego żal. Zwyczajnie uważałem, że do chłopaka nie pasują takie słowa, a on – dorosły mężczyzna – nie oczekuje tego ode mnie.
Zbliżały się wakacje. Koniec gimnazjum, które kończyłem z dosyć dobrymi wynikami. Pewnego dnia, gdy jak zwykle siedziałem w swoim pokoju przy kompie, dostałem wiadomość od ojca na GG: „Synu, na początku lipca wyjeżdżamy. Ty i ja. I nie próbuj się sprzeciwiać <droczy się>” „A co to? Zapomniałeś drogi do mojego pokoju? <uśmiech>” – odpisałem. „Takie czasy, że z własnym dzieckiem spotkać się łatwiej w sieci niż w realu.”
Oj kurcze OJCZULKU, mam nadzieję, że kiedyś wydasz tę "koloratkę" w formie książkowej i nie tylko forumowicze sobie poczytają :)
Dzięki za te wrażenia, pozdrawiam jak zwykle serdecznie, chwilowo (mam nadzieję !) uziemiony po operacji kręgosłupa
RobB.
31-01-2008 19:29
olivia
Przyznaję po raz kolejny, że podoba mi się ,Janusz,Twój sposób obrazowania wydarzeń- wspomnienia syna, snute nad grobem Ojca...zdarza się...wiem coś na temat " takiej perspektywy"... Ważne jest to, by w takiej sytuacji ...mieć za co dziękować...
Obraz Ojca, jaki nakreśliłes, z pewnością zasługuje na szacunek ( ale przychylam się do opinii Vendaxa... że są to bardzo kruche granice... ważne, by rodzic miał intuicję co do ich przestrzegania...Pomysł umacniania więzi pomiędzy rodzicem a latoroślą poprzez zarażanie pasją motocyklową, Świetny!
Zazdrość mnie ogarnia, jak widzę te fotki ze zjazdów motocyklistów, gdzie ojcowie, matki, dzieciaczki ( prawie od " kołyski") łykają bakcyla motocyklowego.......
Także...JEST DOBRZE... Pozdrawiam... i czekam na następne odcinki...:)
edytowany [ilosc_modyfikacji]. raz: [data_modyfikacji] przez użytkownika '[edytowal]'
31-01-2008 16:00
_megan_
świetny tekst....nieznając zakończenia puściłam „Brothers in Arms” świetnie sie czytało...zakończenie przywołało wspomnienia...niestety smutne:( również związane z ojcem.......pozdro czekam na kolejne teksty...
29-01-2008 09:05
Vendax
To prawda, rozmowa jest niezwykle ważna. Może wiele wyjaśnić.
Niemniej kiedy zasiadam do rozmowy zawsze wcześniej mam przygotowane punkty, które trzeba poruszyć, ewentualne argumenty strony przeciwnej, itd... krótko mówiąc jestem przygotowany, choć wiem, że rozmowa może pójść w nieco odmiennym kierunku.
Nawet w rozmowie telefonicznej, zanim wykręcimy numer już wiemy co mniej więcej ta rozmowa ma przynieść. Załatwiamy coś.
Wydaje mi się, że rozmowa typu: co u Ciebie słychać? ... to mało konstruktywna forma. [no przepraszam, chyba, że WŁAŚNIE celem tej rozmowy jest zapytanie o coś ogólnie i jedynie wyrażenie troski, pamięci czy tam czegoś... Żebyście nie myśleli, że nie dzwonię do nikogo jak nie mam sprawy... he, he...]
Do czego zmierzam....
Do tego, że ojciec siadając z synem do rozmowy musi być PRZYGOTOWANY. Musi nadać tej rozmowie pewien charakter, kierunek, żeby nie stała się jałową gadką, z której nic nie wynika. Wiem, że rozmowa - z drugiej strony - nie może być za bardzo "przeintelektualizowana" , bo to nie są rozmowy jak na szczycie amerykańsko-izraelskim (na przykład). Ale NIEPRZYGOTOWANIE ojca, brak pewnej koncepcji do jakiego punktu chciałbym syna doprowadzić, w czym mógłbym mu pomóc itd. sprawi, że będą - i jeden i drugi - dreptać w miejscu.
Mało tego, ojciec mając pewną koncepcję, a jednocześnie otwierając się na inicjatywę syna, będzie mógł skonfrontować swoje założenia ze stanem rzeczywistym, a nawet będzie mógł samemu coś odkryć - wszak nie jesteśmy wszechwiedzący, a wędrówka faceta ku męskości prawdziwej chyba nigdy się nie kończy. Zawsze jest coś do zrobienia. A jak jest nawet dobrze, to czemu nie mogłoby być jeszcze lepiej...?
Ma Ksiądz rację, za mało się rozmawia dziś.
Ale myślę, że motocykl, wypady ojca z synem czy synami na moto - to super okazja do pogadania i do przemyśleń na temat relacji ja-mój syn i ja- mój tato.
W Księdza wypadku to jest jeszcze inna możliwość. Jako ojciec duchowny może sprawić Ksiądz, że ci, którzy wewnętrznie się przybrudzili., przysnęli albo po prostu się zawiesili - żeby na nowo ożyli. Musi być Ksiądz dla nich ojcem. Oby się udało!
edytowany [ilosc_modyfikacji]. raz: [data_modyfikacji] przez użytkownika '[edytowal]'
28-01-2008 23:23
Janusz
Vendax, w ten sposób zawiązuje się dyskusja. I dobrze. Nie chcę się asekurować, ale po części to było moim celem. Jak zwykle ciekawe masz spojrzenie i cenię to sobie. Radykalne i wymagające. Nie będę tera "obracał kota ogonem", pisząc, że nie chciałem przedstawić jakiegoś tam wzorca, tylko rzucić problem. Faktem jest, że z młodym pokoleniem trzeba rozmawiać i szukac różnych form kontaktu. Lepsze to niż brak dialogu... gdy ojciec w ogóle "nie czai" co u syna.
28-01-2008 22:47
Vendax
Co do kwestii bójki, to zostałem źle zrozumiany... Chodziło mi o to, że samo łażenie po barach jest naznaczone jakimś prawdopodobieństwem spotkania gości o szerokich karkach i barach, z którymi zwykle są problemy - co potwierdza ta historia.
W sprawie tatusia częstującego synka piwem - pozostaję przy swoim zdaniu. Osobiście, śmierdzi mi to takim "kolesiostwem" w kiepskim wydaniu... tatuś..., synek..., piwko... Jak dla mnie mdłe i mało budujące silne relacje ojciec-syn.
Poza tym biochemia: picie alkoholu do momentu kiedy wszystkie komórki mózgowe nie osiągną pełnej fazy rozwoju, nie jest wskazane. Dlatego nie dziwi, że w niektórych stanach USA do tej pory alkoholu nie sprzedaje się młodzieży do... 21 roku życia. Bo do tego wieku rozwijają się wspomniane komórki. I tu żadne dyskusje niczego nie zmienią.
Co do samej rozmowy... Cóż to musi być za poziom rozmowy o seksie... dziewczynach... przy piwie.... z 15-latkiem?
Rozmawiać można, ale sam bym się chyba takiej rozmowy nie podjął, bo może i dzieciak by używał sformułowań, nazewnictwa itd. ale on to zupełnie inaczej rozumie niż ja. A czy nie lepiej żeby 15-letni Jaś nauczył się pilnować szkoły zamiast za dziewczynkami biegać? Poczekać, aż w głowie hormony przestaną buzować i wtedy dopiero jako ukształtowany facet brać się za opowiadanie dziewczynie kawałków o wspólnym i dorosłym życiu i wzajemne migdalenie? Na wszystko w życiu jest czas. I to przesuwanie granic w jedną lub drugą stronę nigdy niczemu dobremu nie służy.
Ja mam tu na myśli kumpla z mojej klasy, który w tym właśnie wieku razem ze swoim tatem oglądał "lekkie" pornole. Tatuś kontrolował... można by rzec.
A potem tatuś oglądał "hard-core"... Ale w niedługim czasie to synek po tatusiu też te same filmy oglądał ... Faktycznie, w takich sprawach wyznaczanie granic zda się na niewiele, bo "głód" i hormony idą tylko i wyłącznie w jednym kierunku.
Wtedy, pamiętam, zazdrościłem trochę koledze.
Ale dziś, kiedy w życiu radzę sobie, słyszę o kumplu, że siedzi z dziewczyną już 4 rok i nie wie czy mają się pobrać czy nie...
Ja bym 15-latkowi kupił pieska. Żeby miał za kogo czuć się ODPOWIEDZIALNY. Albo zabrał na działeczkę, żeby skopał ogródek... wtedy rozmowy naprawdę przybierają innego kolorytu (bliższego ziemi) niż gdzieś w barze, przy piwku.
Zezwalając na coś - kontroluję to... ryzykowne twierdzenie. Mnie nie przekonuje. I od razu dodam, że nie ma tu gotowych recept.
To jest ten sam rodzaj dyskusji jaki kilka lat temu rozgorzał w Holandii w sprawie coffee-shopów. I też mądrzyli się zwolennicy, parlament przegłosował... a teraz popatrzmy jak po cichu Holendrzy WYCOFUJĄ się z tego...
A zatem rozmowa, dyskusja, badania nie zawsze odzwierciedlają rzeczywistość, która jawi się jakby miała więcej zdrowego rozsądku niż niektórzy "mądrzy" i uczeni.
Odnośnie "kosztowania" czy smakowania... zadaję jedno fundamentalne pytanie: po co?
Mówimy, że prawo jest po to, żeby je łamać. Zapytam: dlaczego synek nie miałby postąpić z granicami, które wytycza mu ojciec, skoro już raz sam ojciec przekroczył "prawo" ? ... wchodzimy w spiralę, która się nakręca z każdym kolejnym ustępstwem.
Chciałbym jeszcze coś dodać, ale jutro ważne obowiązki już od rana.
Pozdrawiam!
edytowany [ilosc_modyfikacji]. raz: [data_modyfikacji] przez użytkownika '[edytowal]'
28-01-2008 21:27
Czarek-fighter
Prałat oby tak dalej :D, czekam na więcej :D
pozdr
28-01-2008 19:05
Janusz
Vendax, każdy może być mniej lub bardzie wdzięczny swemu ojcu i kazdy chyba za coś innego. I nie nazwalbym tego relatywizmem, ale pluralizmem. Osobiście nie widzę nic złego w ojcu, który z dorastającym synem podczas urlopu wstąpił do baru/tawerny czy jak to nazwać i pozwolił mu skosztować małego piwa (wyznaczając granice). Uczę takich chłopaków i wiem, że potajemnie potrafią nie zachowywać granic. Poza tym dlaczego niby ojciec nie miałby pogadać z synem o "tych" sprawach? Tutaj już zupełnie się z Tobą, kolego, nie zgodzę. Kwestia bójki - nie przedstawiłem ojca, który szuka zaczepki, by synowi zaimponować, tylko ojca próbującego wybrnąć z sytuacji tak, by syna ochronić. Postąpiłbys inaczej? Ale jak zwykle cieszy mnie inny głos:) Przynajmniej zdania są PODZIELONE:)
28-01-2008 16:31
setniew
Super! Napisana bez "przesadazymu", wywazona. Dobra historia, zwykle ludzkie sprawy pokazane w piekny sposob.
28-01-2008 09:39
Vendax
Mój Tato żyje i póki co ma się dobrze.
Po przeczytaniu tej opowieści, jestem mu wdzięczny za to, że nie prowadził ze mną rozmów o moich dziewczynach, o seksie, o tym jak się z Mamą poznali. W końcu to był jego wybór, a nie mój...
Dziękuję mu za to, że nie chciał być "cool", że nie zaprosił mnie na piwo w wieku 15 lat i nie robił ze mnie na siłę dorosłego. Jego komplement powtarzany z uśmiechem to:" Synku, nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz!..." - oczywiście sposób powiedzenia tego, nie zostawiał wątpliwości, że ojciec z dumy mało nie buzuje...
Dziękuję mu za to, że się nie odzywał za dużo, kiedy coś nabroiłem. Rzucał wtedy komendy - i wszystko było jasne. To mama jeszcze długo i na różne sposoby przypominała, ostrzegała id... martwiła się po prostu.
Nie prowadzał mnie po barach - na to przyszedł czas, kiedy sam zachciałem pójść napić się z kumplami. I nigdy mi na ten temat nic nie powiedział.
Otwierał mi oczy, żebym nie napychał się w sytuacje, z których mogą wyjść głupie i nic nie dające problemy (jak ta sytuacja w barze, bijatyka... komu to było potrzebne? A ile biedy można było sobie napytać..., kalectwa...)
Nie wpychał się w moje życie.
A kiedy podjąłem decyzję na całe życie, powiedział z "zaszklonymi" oczami:" Ja ciebie, Synku, nie rozumiem. Ale, z resztą, nie muszę cię rozumieć".
Kiedy kupiłem motor - nie lamentował jak mama, ale też nigdy nie powiedział, że mu się podoba. Temat motor nie istnieje. To ja zaczynam zawsze ten temat. Oczywiście rozmawiamy, ale jego nikły entuzjazm przypomina mi, żebym był odpowiedzialny i zdawał sobie sprawę czym to może pachnieć...
W jednej rzeczy odnośnie motocykla jest mi przyjazny: cieszy go to, że -tak jak zwykle zresztą - jak wziąłem się za coś, to nie kończy się to wraz z topniejącym śniegiem. Że kombinuję, że dbam o niego... i że się realizuję.
Jeżeli miałbym kiedyś stanąć nad grobem mojego Ojca, to za wiele będę mu wdzięczny - o czym tu pisać nie będę - ale również za to zdanie, które kiedyś powiedział: "Ja ciebie, Synku, nie rozumiem. I nie muszę cię rozumieć".
Dzięki za swobodę wyborów, tato!
I dzięki za to, że w naszych samochodach, dopóki nie skończyłem 21 lat, nie instalowałeś (celowo!!!) radia - i że zawsze mogliśmy się nagadać i nie czekać na "romantyczne" wypady na Mazury czy w Tatry...
edytowany [ilosc_modyfikacji]. raz: [data_modyfikacji] przez użytkownika '[edytowal]'
27-01-2008 15:34
elwino
świetny artykuł... koniec urzeka, aż mi się łza w oku zakręciła
pozdrawiam serdecznie
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
Dzięki za te wrażenia, pozdrawiam jak zwykle serdecznie, chwilowo (mam nadzieję !) uziemiony po operacji kręgosłupa
RobB.
Obraz Ojca, jaki nakreśliłes, z pewnością zasługuje na szacunek ( ale przychylam się do opinii Vendaxa... że są to bardzo kruche granice... ważne, by rodzic miał intuicję co do ich przestrzegania...Pomysł umacniania więzi pomiędzy rodzicem a latoroślą poprzez zarażanie pasją motocyklową, Świetny!
Zazdrość mnie ogarnia, jak widzę te fotki ze zjazdów motocyklistów, gdzie ojcowie, matki, dzieciaczki ( prawie od " kołyski") łykają bakcyla motocyklowego.......
Także...JEST DOBRZE... Pozdrawiam... i czekam na następne odcinki...:)
Niemniej kiedy zasiadam do rozmowy zawsze wcześniej mam przygotowane punkty, które trzeba poruszyć, ewentualne argumenty strony przeciwnej, itd... krótko mówiąc jestem przygotowany, choć wiem, że rozmowa może pójść w nieco odmiennym kierunku.
Nawet w rozmowie telefonicznej, zanim wykręcimy numer już wiemy co mniej więcej ta rozmowa ma przynieść. Załatwiamy coś.
Wydaje mi się, że rozmowa typu: co u Ciebie słychać? ... to mało konstruktywna forma. [no przepraszam, chyba, że WŁAŚNIE celem tej rozmowy jest zapytanie o coś ogólnie i jedynie wyrażenie troski, pamięci czy tam czegoś... Żebyście nie myśleli, że nie dzwonię do nikogo jak nie mam sprawy... he, he...]
Do czego zmierzam....
Do tego, że ojciec siadając z synem do rozmowy musi być PRZYGOTOWANY. Musi nadać tej rozmowie pewien charakter, kierunek, żeby nie stała się jałową gadką, z której nic nie wynika. Wiem, że rozmowa - z drugiej strony - nie może być za bardzo "przeintelektualizowana" , bo to nie są rozmowy jak na szczycie amerykańsko-izraelskim (na przykład). Ale NIEPRZYGOTOWANIE ojca, brak pewnej koncepcji do jakiego punktu chciałbym syna doprowadzić, w czym mógłbym mu pomóc itd. sprawi, że będą - i jeden i drugi - dreptać w miejscu.
Mało tego, ojciec mając pewną koncepcję, a jednocześnie otwierając się na inicjatywę syna, będzie mógł skonfrontować swoje założenia ze stanem rzeczywistym, a nawet będzie mógł samemu coś odkryć - wszak nie jesteśmy wszechwiedzący, a wędrówka faceta ku męskości prawdziwej chyba nigdy się nie kończy. Zawsze jest coś do zrobienia. A jak jest nawet dobrze, to czemu nie mogłoby być jeszcze lepiej...?
Ma Ksiądz rację, za mało się rozmawia dziś.
Ale myślę, że motocykl, wypady ojca z synem czy synami na moto - to super okazja do pogadania i do przemyśleń na temat relacji ja-mój syn i ja- mój tato.
W Księdza wypadku to jest jeszcze inna możliwość. Jako ojciec duchowny może sprawić Ksiądz, że ci, którzy wewnętrznie się przybrudzili., przysnęli albo po prostu się zawiesili - żeby na nowo ożyli. Musi być Ksiądz dla nich ojcem. Oby się udało!
W sprawie tatusia częstującego synka piwem - pozostaję przy swoim zdaniu. Osobiście, śmierdzi mi to takim "kolesiostwem" w kiepskim wydaniu... tatuś..., synek..., piwko... Jak dla mnie mdłe i mało budujące silne relacje ojciec-syn.
Poza tym biochemia: picie alkoholu do momentu kiedy wszystkie komórki mózgowe nie osiągną pełnej fazy rozwoju, nie jest wskazane. Dlatego nie dziwi, że w niektórych stanach USA do tej pory alkoholu nie sprzedaje się młodzieży do... 21 roku życia. Bo do tego wieku rozwijają się wspomniane komórki. I tu żadne dyskusje niczego nie zmienią.
Co do samej rozmowy... Cóż to musi być za poziom rozmowy o seksie... dziewczynach... przy piwie.... z 15-latkiem?
Rozmawiać można, ale sam bym się chyba takiej rozmowy nie podjął, bo może i dzieciak by używał sformułowań, nazewnictwa itd. ale on to zupełnie inaczej rozumie niż ja. A czy nie lepiej żeby 15-letni Jaś nauczył się pilnować szkoły zamiast za dziewczynkami biegać? Poczekać, aż w głowie hormony przestaną buzować i wtedy dopiero jako ukształtowany facet brać się za opowiadanie dziewczynie kawałków o wspólnym i dorosłym życiu i wzajemne migdalenie? Na wszystko w życiu jest czas. I to przesuwanie granic w jedną lub drugą stronę nigdy niczemu dobremu nie służy.
Ja mam tu na myśli kumpla z mojej klasy, który w tym właśnie wieku razem ze swoim tatem oglądał "lekkie" pornole. Tatuś kontrolował... można by rzec.
A potem tatuś oglądał "hard-core"... Ale w niedługim czasie to synek po tatusiu też te same filmy oglądał ... Faktycznie, w takich sprawach wyznaczanie granic zda się na niewiele, bo "głód" i hormony idą tylko i wyłącznie w jednym kierunku.
Wtedy, pamiętam, zazdrościłem trochę koledze.
Ale dziś, kiedy w życiu radzę sobie, słyszę o kumplu, że siedzi z dziewczyną już 4 rok i nie wie czy mają się pobrać czy nie...
Ja bym 15-latkowi kupił pieska. Żeby miał za kogo czuć się ODPOWIEDZIALNY. Albo zabrał na działeczkę, żeby skopał ogródek... wtedy rozmowy naprawdę przybierają innego kolorytu (bliższego ziemi) niż gdzieś w barze, przy piwku.
Zezwalając na coś - kontroluję to... ryzykowne twierdzenie. Mnie nie przekonuje. I od razu dodam, że nie ma tu gotowych recept.
To jest ten sam rodzaj dyskusji jaki kilka lat temu rozgorzał w Holandii w sprawie coffee-shopów. I też mądrzyli się zwolennicy, parlament przegłosował... a teraz popatrzmy jak po cichu Holendrzy WYCOFUJĄ się z tego...
A zatem rozmowa, dyskusja, badania nie zawsze odzwierciedlają rzeczywistość, która jawi się jakby miała więcej zdrowego rozsądku niż niektórzy "mądrzy" i uczeni.
Odnośnie "kosztowania" czy smakowania... zadaję jedno fundamentalne pytanie: po co?
Mówimy, że prawo jest po to, żeby je łamać. Zapytam: dlaczego synek nie miałby postąpić z granicami, które wytycza mu ojciec, skoro już raz sam ojciec przekroczył "prawo" ? ... wchodzimy w spiralę, która się nakręca z każdym kolejnym ustępstwem.
Chciałbym jeszcze coś dodać, ale jutro ważne obowiązki już od rana.
Pozdrawiam!
pozdr
Po przeczytaniu tej opowieści, jestem mu wdzięczny za to, że nie prowadził ze mną rozmów o moich dziewczynach, o seksie, o tym jak się z Mamą poznali. W końcu to był jego wybór, a nie mój...
Dziękuję mu za to, że nie chciał być "cool", że nie zaprosił mnie na piwo w wieku 15 lat i nie robił ze mnie na siłę dorosłego. Jego komplement powtarzany z uśmiechem to:" Synku, nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz!..." - oczywiście sposób powiedzenia tego, nie zostawiał wątpliwości, że ojciec z dumy mało nie buzuje...
Dziękuję mu za to, że się nie odzywał za dużo, kiedy coś nabroiłem. Rzucał wtedy komendy - i wszystko było jasne. To mama jeszcze długo i na różne sposoby przypominała, ostrzegała id... martwiła się po prostu.
Nie prowadzał mnie po barach - na to przyszedł czas, kiedy sam zachciałem pójść napić się z kumplami. I nigdy mi na ten temat nic nie powiedział.
Otwierał mi oczy, żebym nie napychał się w sytuacje, z których mogą wyjść głupie i nic nie dające problemy (jak ta sytuacja w barze, bijatyka... komu to było potrzebne? A ile biedy można było sobie napytać..., kalectwa...)
Nie wpychał się w moje życie.
A kiedy podjąłem decyzję na całe życie, powiedział z "zaszklonymi" oczami:" Ja ciebie, Synku, nie rozumiem. Ale, z resztą, nie muszę cię rozumieć".
Kiedy kupiłem motor - nie lamentował jak mama, ale też nigdy nie powiedział, że mu się podoba. Temat motor nie istnieje. To ja zaczynam zawsze ten temat. Oczywiście rozmawiamy, ale jego nikły entuzjazm przypomina mi, żebym był odpowiedzialny i zdawał sobie sprawę czym to może pachnieć...
W jednej rzeczy odnośnie motocykla jest mi przyjazny: cieszy go to, że -tak jak zwykle zresztą - jak wziąłem się za coś, to nie kończy się to wraz z topniejącym śniegiem. Że kombinuję, że dbam o niego... i że się realizuję.
Jeżeli miałbym kiedyś stanąć nad grobem mojego Ojca, to za wiele będę mu wdzięczny - o czym tu pisać nie będę - ale również za to zdanie, które kiedyś powiedział: "Ja ciebie, Synku, nie rozumiem. I nie muszę cię rozumieć".
Dzięki za swobodę wyborów, tato!
I dzięki za to, że w naszych samochodach, dopóki nie skończyłem 21 lat, nie instalowałeś (celowo!!!) radia - i że zawsze mogliśmy się nagadać i nie czekać na "romantyczne" wypady na Mazury czy w Tatry...
pozdrawiam serdecznie