Georg Thorogood - "Bad To The Bone" i wszystko jasne. W tym klimacie najlepiej będzie się czytało. Ewentualnie AC/DC i "TNT". A będzie o mocy klubowych barw na plecach. Wydarzenia poniżej opisane miały miejsce w 2003 roku. Zero ściemy - chłopaki wyśmialiby mnie, gdybym ubarwiał. Wybaczcie wplecione wulgaryzmy, ale inaczej tekst straciłby na autentyczności.
Próba sił
W Prudniku po dwóch latach męczarni w zawodówce udało mi się przejść do ekonomika. Nie żebym coś miał do uczniów zawodówek, ale byłem szczęśliwy! "Prawie same dziewczyny, młodzież kulturalna, spokojna" - takie miałem wyobrażenia o tej szkole. Po części się sprawdziły, ale kłopoty z młodymi gniewnymi się mnie trzymały. A było tak...
W jednej klasie (ostatni rocznik zawodówki w tej szkole) miałem dwóch kolesi - strasznych cwaniaczków. Póki ich cięte żarty na mój temat mnie nie drażniły zbytnio, to nie reagowałem. Wcześniej odpowiadałem równie złośliwie, bo natura obdarzyła mnie szybką ripostą. Ot, choćby takie zdarzenie. Poniedziałek. 8 lekcji od rana - perspektywa przygnębiająca, zwłaszcza po pracowitym weekendzie. Pod koniec lekcji, którą starałem się przeprowadzić ciekawie i zabawnie, poprosiłem uczniów, by wyjęli zeszyty.
- Zapiszecie ze trzy zdania i będzie po sprawie. Na koniec mam nowy dowcip.
- Mi się nie chce pisać! - odezwał się chłopak bardzo opryskliwym tonem. Sam se pisz! Jestem zmęczony! Cały weekend seks uprawiałem.
Krotka, kilkusekundowa konsternacja, klasa gruchnęła śmiechem.
- To pisz lewą ręką - rzuciłem. Sam nie wiem nawet skąd mi przyszła taka odpowiedź. Koleś już się nie odezwał złośliwie do końca roku. Reakcję klasy możecie sobie wyobrazić.
W nowej szkole już nie musiałem sięgać po tak kąśliwe argumenty. Było miło. Tymczasem tych dwóch coraz bardziej zaczynało mnie próbować. Wchodzę do klasy. Wszyscy dziwnie cicho.
- Co jest?
Cisza. Patrzę na tablicę. Aaaaa, to was tak zamurowało. Wielkimi literami ktoś strzelił napis "(moje nazwisko) to cwel i pedał". Nie poczułem się jakoś dotknięty, skoro do wymienionych grup się nie zaliczam. Ale poniżać się nie dam. Oparłem się o biurko. Spojrzałem po klasie. Głowy pospuszczane. Tylko tych dwóch z dzikimi uśmiechami na gębach. Zresztą wchodząc do klasy widziałem, jak jeden z nich odstawił kredę i odszedł od tablicy.
- Zdejmij czapkę, proszę - powiedziałem grzecznie do jednego z nich.
- Wal się he he he - odparł niby do mnie, choć patrzył na kumpla. Dumnie się rozparł na krześle.
- Niech przewodniczący klasy idzie po wychowawcę.
Dziewczyna wyszła, ale nie znalazła. Poszła zatem po dyrektora. W tym czasie ten w czapeczce z daszkiem odezwał się do mnie:
- Ja to zmażę zaraz.
- Tylko podejdź do tablicy. Ja stracę pracę, ale krzesło wyląduje ci na głowie.
Jak myślicie - czym się to skończyło? A czym się mogło zakończyć? Zostali upomnieni tylko i po kilku tygodniach dalej szaleli. Wtedy już nie wytrzymałem. Skoro pedagogiczne metody są do bani, to zabawimy się inaczej. Najwyżej będzie skandal i polecę ze szkoły. Na lekcji zadzwoniłem do kumpla, jednemu z tych kolesi (na marginesie synek policjanta) przyłożyłem skrzydełko Motoroli do ucha. Wysłuchał "napomnienia" i zaczął się śmiać. Gdy jednak po lekcji obaj wychodzili ze szkoły natknęli się na kilku motocyklistów. Stali przed szkołą i nie był to przypadek.
- Młody, podejdź no tutaj - wycedził jeden z chłopaków, odpalając przy tym papierosa.
Rozmowa była krótka, bezdotykowa zupełnie. Do dzisiaj, jak mnie widzą gdzieś, to słyszę "Szczęść Boże"...
A mówią, że młodzież nie uznaje autorytetów
Podobnie było z dwoma kandydatami do Bierzmowania. Tacy ni to blokersi, ni to dresy. Butki za kilka stówek, wszystko firmowe - mamusia kupiła, żeby synuś nie wstydził się wyjść z domu. Nie chodzili na katechezy przy kościele, więc poprosiłem, by im przekazano, że pójdą najwyżej za rok.
- To zobaczymy, czy za rok! Jak dostanie wpier***, to... - odpowiedź przekazana przez kolegów z grupy.
Pojechałem sobie w jakąś środę do Edka. Pracował jeszcze wtedy w pizzerii. Wchodzę do lokalu, a że wieczór był deszczowy, to i w lokalu pełno wiary. Idę w stronę baru, nie rozglądam się po ludziach.
- Słyszeliśmy, że nas do Bierzmowania nie dopuścisz!
Patrzę, skąd ten głos, a przy stoliku siedzą te moje niby-dresy. Piwo w kuflach, fajki na stole. Gdybym ja sobie tak zapalił w lokalu, to następnego dnia już pół miasta by szemrało, że gorszę młodych.
- No to dobrze słyszeliście.
- Zobaczymy...
W tej chwili do lokalu wchodzi trzech kumpli postury niedźwiedziej. Windykacja długów dosłownie. Barwy na kamizelkach. Znamy się, więc nim doszli do baru, przywitaliśmy się po motocyklowemu, czyli "piątka" i poklepanie po plecach w uścisku.
- Co Prałat? Jakieś problemy? Jak leci?
- A spoko. Problemy? Nie, już chyba nie - spojrzałem jednocześnie na "adidasów". Rzeczywiście, jakoś się już nie naprzykrzali od tego "miłego" spotkania.
"Wpakowałeś się w niezłe g****"
To były "lajtowe" historyjki. Poważniejsze zdarzenie miało miejsce w dniu moich imienin - 21 listopada. Zgodnie z szkolnym zwyczajem kupiłem rano kawę, blachę ciasta i pojechałem do szkoły. W pokoju nauczycielskim posiedziałem ze dwie godziny. Wracam na plebanię. Drzwi zakręcone. "Acha, nikogo nie ma." Wchodzę do pokoju... O kurtka, okno wypchnięte od dołu. Zostawiłem je uchylone od góry, a tego dnia nieźle wiało. "Przeciąg! Trzeba szybko naprawić, żeby stary nie marudził." Przyprowadziłem jakiegoś robotnika z budowy kościoła.
- Piotr, zobacz, da się coś z tym zrobić?
- Ale to nie przeciąg! Nie ma szans... Zobacz zresztą! Zaschnięta glina na parapecie. Ktoś ci się włamał do pokoju. Zobacz szybko, czy wszystko masz. Miałeś drzwi zamknięte?
- Tak, raczej z pokoju nikt nie wyszedł
Szybko obczaiłem wszystkie rzeczy w mieszkaniu. TV jest, video jest. Wszystko jest! Uff! Ale zaraz! Wychodząc z mieszkania zostawiłem kasę pod lustrem w przedpokoju. Ostatnie 4 stówy w miesiącu. Pobiegłem - nie ma. Czyli jednak kradzież... Okno wstawiliśmy prowizorycznie. Zjadłem obiad i poszedłem do robotników. Cały dzień pracowali na zewnątrz kościoła. Może coś widzieli?
- Nie, nikt się nie kręcił podejrzany.
- Jakiś chłopak szukał tylko proboszcza. Był umówiony z nim, czy jakoś tak. Taki dziwny jakiś. Ale nie widziałem go nigdy. Podjechał TAXI, złotym mercedesem. Pochodził, poczekał.
- A rzeczywiście, był ktoś taki. Ze 25 lat miał, nie więcej. Ale myśmy potem poszli na kawę. Zresztą z daleka pytał o proboszcza, nie podchodził.