Mijał mi 29-ty rok życia, z czego cztery lata spędzone w Prudniku. Cztery pierwsze, bo zaraz po studiach. Cztery intensywne w przeżycia. Zdajesz sobie Czytelniku sprawę z tego, że nie opisuję wszystkiego...
Norbert
Z końcem kwietnia 2004 roku po niedzielnej mszy zaczepił mnie jakiś facet. Pierwszy raz go widziałem. Odrobinę wyższy ode mnie, krępej budowy, sympatyczny z gęby, a po gwarze - "synek ze Śląska".
- Cześć! Nie będę "księdzować", chyba się nie obrazisz. To ty jeździsz na "Volusii"? Jest taki temat. Od jakiegoś czasu organizujemy w Straduni rozpoczęcia sezonu. Nie przyjechałbyś do nas?
Tak poznałem Norberta, kolejnego pasjonata. Wtedy dosiadał jeszcze Draga 650 po ładnej przebudowie, ale już było widać, że oczka mu coraz bardziej uciekały w stronę czegoś większego. A facet jest wzrokowcem - napatrzy się, zaczyna marzyć, potem planować, a następnie realizuje swoje zamiary. Większość wydarzeń w życiu mężczyzny bierze początek "w oku".
Rozpoczęcie sezonu w Straduni... Jadąc tam myślałem, że to chodzi o jakieś pokazanie się na kilku maszynach, żeby dzieciaki miały frajdę. Zajechałem pod plebanię, proboszcz spojrzał przez szybę w drzwiach i ostrożnie je uchylił. Nic nowego - kiedyś rozwoziłem jakieś zaproszenia po plebaniach. Oczywiście na motocyklu, odziany w te wszystkie skóry. Na dziesięć odwiedzonych plebanii do jednej mnie wpuszczono. Reszta plebanów udawała, że ich nie ma. Proboszcz ze Straduni okazał jednak więcej odwagi, zresztą spodziewał się jakiegoś wikarego na "motorze".
Do nabożeństwa pozostała godzina, siedzieliśmy więc w pokoju gościnnym. Duży stojący zegar miarowo wyznaczał czas, który na wiosce jakby wolniej i spokojniej upływał. Kawa upijana łykami bez pośpiechu, cisza za oknem. Aż zatęskniłem za wioską. Tego księdza widziałem jeszcze rok później, ostatni raz. Po kolędzie bowiem wrócił na plebanię, usiadł w fotelu i zasnął... na zawsze. A młody był, coś koło pięćdziesiątki. "Zawał w tym wieku? Przecież oni mają takie spokojne życie bez zmartwień!"
Norbert z okolicznymi motocyklistami się postawił. Wszystko było zaplanowane - poświęcenie maszyn, parada, zlot połączony z dużym festynem. Nic dziwnego, że imprezy w Straduni cieszą się coraz liczniejszą frekwencją. Siedziałem sobie przy ławie z jakimiś "miśkami" z Olesna i Strzelec (towarzystwo H-D, sporo jeżdżące). Klimat swoisty, ale jakoś nie mogłem w pełni się nim nacieszyć. W moim fachu zawsze trzeba wracać... niestety. W drodze powrotnej zatrzymałem się, bo ktoś złośliwie i bez opamiętaniapróbował się do mnie dodzwonić. Szału można dostać, gdy w wewnętrznej kieszeni wibrator szaleje!
Bezdomny
-Słucham!!!
Nie wiem po jaką cholerę odbierałem ten telefon? Mogłem zignorować. Następne kilometry były już tylko udręką i ocieraniem łez. Dowiedziałem się, że chyba padło na mnie - zostanę przeniesiony z Prudnika. W jednej chwili coś się skończyło. Miałem świadomość tego, że nie będę tam wiecznie, ale... Dlaczego już? Dlaczego ja? Głęboko pojęty personalizm w Kościele - jesteś jego własnością i nie liczą się twoje odczucia, ani zadomowienie. Masz być dyspozycyjny. Ten moment mocno mnie napiętnował. Ja lubię się szwendać, zwiedzać, jeździć czasem bez konkretnego celu, ale z poczuciem, że mam dom, mam dokąd wracać. Plebania tymczasem nigdy nie jest domem, tylko hotelem robotniczym, noclegownią, a "moje miasto" nigdy nie jest moim - zawsze mogą mnie z niego wyrwać i przenieść w inne miejsce. A to, że zżyłem się z ludźmi, a oni ze mną, że odnalazłem swoje miejsce na ziemi... to nie jest istotne. Renegat znowu się we mnie odezwał!
Środowisko oczywiście też nie było pocieszone tym faktem. Nie będę opisywał wszystkich naszych rozmów, bo i po co? Do 19 sierpnia pozostało trochę czasu, więc chciałem intensywnie go wykorzystać. Co ciekawe - nadal nie wiedziałem, dokąd zostanę przerzucony (powinienem użyć słowa "posłany"). Jak wieść poszła po mieście, że odchodzę, to natychmiast zaczęły się ploty (to dostajemy w pakiecie z sutanną): "wszystko przez te motory, bo pewnie ma dziecko". Potem miałem już chyba trójkę dzieci. Ale olejmy plotkarzy. Ludzie nie pojmują pewnych procedur w Kościele i trzeba im wybaczać.
Kumple wciąż pytali, czy już wiem, dokąd idę. "Nie, jeszcze nie..." Aż pewnego dnia listonosz wręczył mi kopertę z charakterystyczną pieczęcią. Otwieram. "Skierowany do..." nieistotne miasto. Blisko Prudnika, jakieś 50km, ale ważniejsze, że nie na pustynię - w całej dołującej sytuacji pocieszało mnie, że na miejscu będą "Troopers of Highway", kolejni motocykliści w moim otoczeniu. Jednak motocykle są wszędzie.
Lustro weneckie
Po otrzymaniu dekretu z końcem czerwca czekał mnie kolejny moment - trzeba jechać się przedstawić w nowym miejscu, zorientować w sytuacji, zgłosić w nowej szkole i takie tam. Jakoś było mi to obojętne, jak wypadnę w castingu, poza tym czas mnie akurat gonił - pojechałem więc na motocyklu, nie w czerwcu a w lipcu. Plebanię znalazłem szybko - duży, szary budynek w centrum miasta. Moto ustawiłem przed bramą i skierowałem się w stronę drzwi.