Nadjeżdżali od strony lasu. Światła reflektorów kładły się po łuku zakrętu, oświetlając noc i ścianę drzew. Na tym winklu rok temu zabił się jego kumpel – wjechał na nawiezione z pola błoto. Jesienią o drzewa roztrzaskał się gość z drugiego końca Polski, bo nie wiedział, że zakręt się zacieśnia. Nadjeżdżali kolejno. Choć było daleko i ciemno, poznawał ich po maszynach i strojach, wyławianych z mroku przez snopy świateł jadących za nimi.
Anka na pstrokato wymalowanej Shadowce z wielkimi gmolami. Zaczepiła nimi przy wyprzedzaniu i wpakowała się prosto pod nadjeżdżający samochód. Paweł na niebieskiej jak samo niebo Kawie. Przy małej prędkości wyrzuciło go w mieście na koleinach, ale z przeciwka jechał dostawczy. Darek na płomiennej Ninjy. Podczas gonitwy na nieotwartej jeszcze autostradzie złapało go shimmy. Artek na tradycyjnym chopperze z daleko wysuniętymi lagami. Nie wiadomo jak zginął – znaleźli go martwego w rowie, a chopper, praktycznie nieuszkodzony, leżał obok. Byli też i inni. Nie znał wszystkich, a niektórych tylko z widzenia, regularnie mijanych na drodze do pracy, ze wspólnych ustawek, czasem ze zlotów, z knajpy. Teraz nadjeżdżali od strony lasu w upiornej ciszy, przesłonięci przez noc i dym z ogniska. Widmowi jeźdźcy kolejno wchodzili w zakręt i znikali w ciemności lasu.
„To niemożliwe, przecież oni nie żyją” – pomyślał. Może i niemożliwe, a jednak widział ich tak jak swój własny motocykl, stojący obok na polnej drodze. „Nie trzeba było tyle pić”. Wyglądali tak realnie, tak prawdziwie. Cali, nie tak jak niektórzy, ci widziani już po – roztrzaskani, zmasakrowani, nie do poznania. „Jakby wracali po jeszcze jedną szansę. Albo na jeszcze jedną przejażdżkę”. Przesuwali się niemo w oddali. Cisza w miejsce dudnienia silników była bardziej przerażająca niż to, że ich widział. Wreszcie ostatni jeździec bezgłośnie przejechał zakręt i zniknął.
Dopiero teraz uświadomił sobie, że stoi. Wstał od ogniska, nie wiedząc o tym. W ręku ściskał niedopite piwo. Rzucił butelkę i usiadł ciężko. „Co się k… ze mną dzieje”. Płomyki ogniska grały w światło i cienie z krzakiem akacji i sosnami. I z jego Intruderem, który z przechylonym okiem reflektora wydawał się spać. Zakręt, który dopiero co był sceną teatru cieni, teraz był niewidoczny. Rozścielał się gdzieś tam przed nim, w dole, razem z lasem i drogą w dzień widoczną jak na obrazku. Lubił to miejsce. Można było odciąć się od wszystkiego, siedzieć, patrzeć na świat i dumać. Piaszczystą drogą wyjeżdżoną przez traktory można było doturlać się do wierzchołka tego małego pagórka. Z zagajnika można było przytargać trochę chrustu. Ktoś kiedyś ułożył tutaj krąg z polnych kamieni i palił nocami ogniska. Po zimie miejsce zawsze wydawało się opuszczone, ale gdy nadchodziły cieplejsze dni, ten sam ktoś wracał. Nigdy go nie spotkał. Ale uznał, że grzecznościowo będzie czasem korzystał z tego miejsca. Tak jak dzisiaj.
Kilka dni temu dziewczyna znajomego spadła z wiaduktu. Wczoraj dowiedział się, że przegrała walkę. Te same pytania: dlaczego? Jak to? Gdzie w tym wszystkim jest sens? 23 lata. Całe życie przed sobą i nagle trach, koniec, finito, ende. I później jeszcze myśl „może lepiej przestać jeździć”. Ale życie bez jazdy nie było w pełni życiem. Czym w ogóle było życie, jeśli nie grą w igrzyskach bogów? Przyjechał więc tutaj, by posiedzieć w spokoju i podumać. Pogrzać się przy ogniu i pomyśleć. Sam nie wiedział, kiedy zaczął wspominać tych, którzy odeszli. Piwa szły szybko. Czasem po prostu musiał się napić. A później nadjechała ta kawalkada cieni. Wzdrygnął się. „Co?!”. Znów ktoś nadjeżdżał. Ale tym razem pojedynczej smudze światła towarzyszył głęboki warkot silnika. „Jeszcze jeden wariat – po nocy jeździć lasami, a tu tyle zwierzyny. Wystarczy, że lis wyskoczy”. Nie poznawał maszyny, zresztą widział głównie światło reflektora. Jeździec był prawie niewidoczny, ubrany cały na czarno odcinał się od nocy głębszą plamą ciemności. Zwalniał. Redukcji biegów towarzyszyło strzelanie z wydechu. „Gdzie on… No nie…”. Jeździec zniknął z pola widzenia; zjechał z drogi i skręcił w polną dróżkę prowadzącą na wzgórze. „Pewnie zobaczył ognisko i chce trochę odpocząć, może jedzie z daleka, ciekawe…”. Nadjeżdżał powoli, światło tańczyło – motocykl nieźle nosiło po piasku, kępach trawy i nierównościach. I już był. Zatrzymał się tuż obok Intrudera, jeździec – teraz oświetalny poświatą od ognia – patrzył w jego stronę. Jednocześnie kiwnęli do siebie głowami. Mała przegazówka, jak pomruk lwa przed zasłużoną drzemką, i zgasił silnik. Zsiadł, ściągnął kask i rękawice. Podszedł.
no igdzie tu sens i logika, autor chyba sobie popłynął
Pierwsza rzecz - nie chodzi mi o treść - o to co jej w niej zawarte - tylko o sposób w jaki jest to przedstawione. Mianowicie zdenerwowało mnie to, że motocyklista został tutaj przedstawiony jako typ, który gdzies po nocy złopie piwsko, a potem bezmyślnie siada na motocykl.
Tak sie składa, że mam rodzinę i myślę, iz przedstawianie problemu w taki sposób może wywołać u młodych osób nieodpowiednie reakcje; mi to juz nie zaszkodzi - jestem za stary i moja wyobraźnia chyba jest na tyle rozwinięta,że w moim mózgu nie pojawi sie chęć siedzenia przy ognisku, grilu etc. picia piwka a potem siadania za sterami czegokolwiek. Tak więc jeszcze raz podkreślam - w mojej subiektywnej ocenie autor (a czytam te artykuły z zamiłowaniem) źle dobrał (a może tak chciał) środki, które miały służyc przekazaniu sensu. Takie są moje odczucia. ( w teksie jest tak: popijamy piwko, rozmawiamy o śmierci a na koniec... siadamy na motocykl - czyli równie dobrze moznaby porozmwiac o dupie marynie - bo po co byla ta cala rozmowa ? zeby dowiesc swej nieodpowiedzialnosci ??? )
Gdy ja gdzieś jadę - także wiem, że ktoś się martwi i czasami powinienem faktycznie jechac wolniej albo inaczej zachowac sie na drodze... rozumiem ze martwisz sie o swoje dziecko i wiem, że motocyklista tez człowiek - bo sam nim jestem
pozdrawiam
PS mam nadzieje ze wyjasnilem po krotce o co mi chodzilo
PS 2 sorry za tylukrotne uzycie słowa "że" - polonistą nie jestem, a ostatnia która mnie uczyła była kiepska
Ja gdy Córa wsiada na swoją CBF-kę i jedzie sama w trasę, zawsze jej powtarzam "tylko ostrożnie !" na razie pomaga, a może modlitwy o powodzenie i cały powrót?!
JEŹDZIĆ NALEŻY używając mózgu, wyobraźni i pamiętając o wszystkich którzy odeszli i okolicznościach ww.
Kiedyś w ten czy inny sposób i tak odejdziemy, ważne jednak jak żyliśmy i ilu ludzi udało się nam uszczęśliwić, dlatego lubię to środowisko dwukołowców bo większość jest przepełniona pozytywną energią i za pancerzem ze skóry, tatuażami i zarostem kryją się wrażliwi, porządni ludzie - NIEPRAWDA ?! NO TO KTO NAPISAŁ artykuł, który komentujemy :) ?!
Pozdrawiam Was
RobB. :)
po pierwsze: bardzo pouczajacy artykul - tak dalej pijcie i jezdzijcie - tylko po co sie zastanawiac nad smiercia? lepiej przeciez walnac jeszcze jednego browara i miec w d..pie wszystko
po drugie: jak ktos nie dojrzał to niech nie siada na motocykl - tym bardziej jesli nie wie po co jezdzi
Znajome? Owszem, bo chyba każdy, kto jeździ, stracił kogoś znajomego, bliskiego. Pewnie każdy, albo spora większość tych, którzy czytają ten artykuł, było świadkami mniej, czy bardziej groźnych wypadków. Odwiedzało kumpli w szpitalach... i nie tylko.
Takich przemyśleń, jak w opowiadaniu, niektórzy nie chcą dopuścić do głosu. One jednak są i tak, czy siak, kiedyś dochodzą do głosu. Jazda jest niebezpieczna, nie da się ukryć, ale nawet to nie powstrzymuje przed ruszeniem w trasę. Nie ma takiej opcji, żeby nie pojechać, jeśli jest okazja... Może, kiedyś. Niemniej jednak, podziwiam odwagę tych, którzy zostawiają w domach rodziny - żony, mężów, dzieci - mając świadomość, że mogą do nich nie wrócić. Świadomość, że można stracić coś bardzo ważnego... Ważniejszego niż własne życie... Może mnie kiedyś powstrzyma przed ruszeniem na szlak. Może... Kiedyś... Na razie jeżdżę i nie chcę przestawać.
Bardzo dobrze napisał johnnysixcannons, ja tak samo mam dziecko i rodzinę a motocykl to chyba myłem z miesiąc temu bo czasu w ogóle nie mam...
Jak się będziesz zastanawiał za każdym razem, czy ktoś Cie nie rozjedzie to zapewniam że jesteś na najlepszej drodze do wypadku - przyciągasz to.
Dlatego jak chcesz to jeździj, jak się boisz to nie jeździj i po sprawie. Jak wsiadasz na motocykl to bądź nastawiony pozytywnie, nie szalej, bądź trzeźwy - zrób wszystko co możesz żeby ograniczyć ryzyko. Na resztę już nie masz wpływu...
Oczywiście temat nie dotyczy piratów drogowych jeżdżących po mieście 200 km/h w trampkach. Oni są niejako skazani na niepowodzenie w tej rozgrywce z ponurym kosiarzem...
Pozdrawiam wszystkich :-)
Pozdrawiam
Pietrucha
Ps. Z tymi glosami diabla i aniola to pragne dodac, ze konsultowalem sie z moim lekarzem i zapewnil mnie ze to nie sa poczatki schizofreni. ;-)
A kotlety mielone są bardzo dobre i smaczne :)
Jest też opcja,że dostaniemy rozwolnienia i spędzimy ostatnie chwile na sedesie,to całkiem niezłe biorąc pod uwagę,że jest tam papier toaletowy,na którym możemy zapisać naszą ostatnią wolę :)
Ave Satan!
przesyłam moc serdecznego uśmiechu :o)