OCEŃ ARTYKUŁ
Wakacje 2003kliknij i przesuń wskaźnik
Ruszając na Ukrainę miałem już klienta na „Desperado". Coraz więcej zarażonych motocyklizmem, a sprzętów sprawdzonych i pewnych mało. Mi od dłuższego czasu niesamowicie podobała się „Volusia". Śledziłem artykuły o niej odkąd się ukazała - pozdrawiam pana Lecha Wangina - jego podsumowanie jazdy na Suzuki dało mi mocnego kopa.
Po Ukrainie zaczęły się prawdziwe wakacje, prędzej był tylko żebrany urlop. Zbysiu „Kolejarz" chodził za mną, bym sprzedał mu VZ-tę. Ja rozglądałem się za „Volusią". Pod względem wizualnym idealnie skrojony cruiser, pękaty a jednocześnie zwarty. Cóż z tego, skoro ceny szalały w granicach 28 tys. Nagle, na początku lipca, znalazłem w „Giełdzie Motocyklowej" ciekawe ogłoszenie: „Volusia" 2001 za cenę ledwie 20 tys. W jednej chwili dostałem gorączki i drgawek. Pojechałem do „Jeja" - miał gadane, dlatego wolałem, by ona zadzwonił do gościa i wypytał się o wszystko. Z rozmowy wszystko wydawało się git. Zaraz zjawiłem się u Edka w pizzerii. I tutaj wydarzyło się coś, o czym nigdy nie zapomnę. - Coś taki podekscytowany? - Znalazłem...jest... - Co? Pewnie „Volusia"? - Dokładnie. I to za kasę, jaką dostanę od „Kolejarza". No, może trochę dołożę. Ale co z tego? Z taką ceną moto zniknie szybko, a Zbyszek w tym tygodniu pieniędzy nie wyczaruje. - Hmmm. Ja mam kasę za Varadero, a zanim coś znajdę, to mogę ci pożyczyć... A „Kolejarz" pieniądze wpłaci na moje konto i tyle. Nie dowierzałem. Kumpel ot tak pożycza mi sporą kasę! Na telefon załatwia wypłatę z konta. Nie pyta, co z tego będzie miał. Już za kilka godzin siedzieliśmy w T4 z lawetą. Inny kumpel również bez problemu zrezygnował z odpoczynku po pracy... szok! Nie będę się rozpisywał na temat kupna „Volusii". Może tylko dwa wątki - „Jejo" gdy zobaczył malowanie motocykla (czerń i biała perła) stwierdził, że to „malowanie z koloratką" i tak zostałem „Prałatem". Druga sprawa - nigdy więcej nie kupię motocykla z brakami typu nakładka, plastik, przerysowany chrom...
Na przełomie lipca i czerwca 2003 ruszyliśmy do Mrągowa na Piknik Country. Dołączył do nas kolejny „świr" motocyklowy - Sergiusz z „Blue Knight". Emeryt, ale dziarski. „Volusia" świetnie się prowadziła. Mój słuch odżył po oryginalnych wydechach VZ-ty. Teraz miałem ucztę dźwiękową dzięki pustym wydechom. Na miejscu poznałem wiele ciekawych osób ze środowiska motocyklowego - szczególnie z Warszawy i Śląska. Klimat na polu namiotowym stworzyliśmy sobie sami. Nasz sektor był oddzielony taśmą, a ciekawscy urlopowicze posłusznie szanowali tę granicę. Z tego wyjazdu dwa wydarzenia mam szczególnie w pamięci...
Oprócz przesympatycznych ludzi z Warszawy, byli wśród nas równie ciekawi motocykliści ze Śląska. WRM jest spokojnym klubem, zatem kontakty mamy dobre. Wszyscy znali moją profesję, żadnych złośliwości nie kierowano pod moim adresem, a że czasem komuś przypomniał się dowcip o księżach... znam ich bez liku, zatem dodawałem coś od siebie i było zabawnie. Ale wróćmy do „barwnych motocyklistów". Otóż pewnego upalnego popołudnia ustawiłem się w kolejce do okienka miejscowej jadłodajni. Nie miałem już ochoty na te wszystkie Fast Foody, a w barze na polu serwowali kuchnie domową. Kolejka do pierogów długa, ja na końcu. Nagle słyszę: - Prałat, co tam stoisz? Chodźże tutaj. Przy okienku stało kilku obszytych motocyklistów. Długie włosy, dziary, zero lansu czy ozdóbek udających motocyklowy klimat. Skoro wołali, to idę... A tu jakiś pulchniutki tatusiek w rybaczkach, kapelusiku plażowym i klapkach łapie mnie za ramię, próbując zatrzymać. - Gdzie się pchasz? - prycha do mnie. -Te, misiu, zostaw tego księdza! Jest z nami! - rzucił jeden z braci motocyklowej. Ojczulek natychmiast oderwał ode mnie łapy, jakby się sparzył, minę zrobił w stylu „spokojnie, nie wiedziałem, już nic nie mówię". Tyko widziałem, jak ze zdziwieniem patrzy się na mnie. Usłyszał słowo „ksiądz". Wzrokiem próbował dostrzec we mnie cechy księdza. Cóż, pozory mylą. Nigdy nie oceniaj kogoś po wyglądzie.
Jako że klimat w naszym sektorze był rodzinny, to i zakrapianych spotkań nie brakowało. Gdy przez zwarcie w instalacji zabrakło prądu na polu, my - dzięki Markowi (WRM) - mieliśmy generator prądotwórczy. Goldwingerzy mają wszystko... było super. Raz z takiej imprezy zwinąłem się około drugiej do namiotu. Nie pamiętam o której zasnąłem, bo od epicentrum spotkania na szczycie dzieliło mnie klika metrów i ortalion hipermarketowej pałatki. Obudził mnie jeden z naszych, tzn. WRM-ów. Biegał od namiotu do namiotu i krzyczał chaotycznie: - Szybko! Naszych pobili. Ja pier..., jaka jatka. „Dziadek" leży cały zakrwawiony. Uciekłem! Szybko! W knajpie na dole! Może i chłopaki mieli w czubach, ale mobilizacja ani trochę nie przypominała pospolitego ruszenia. Błyskawiczna akcja. - Co ty w sandałach?! Glany zakładaj!!! Jak będziesz kopał? - Dajcie jakąś rurkę. - Żadnych noży! - Co ty z ta rurką od namiotu będziesz robił? Za miękka! Co było dalej? Domyśl się. Zanim ruszysz motocyklistę, przemyśl to. Załatwisz jednego, wróci ich przynajmniej kilkunastu. Jeśli nie miałeś honoru ani miłosierdzia tłukąc w dużej grupie kilku słabszych, wciętych, w tym jednego emeryta oraz gościa z gipsem na ręce, to nie licz na zrozumienie. A ci nasi byli rzeczywiście spacyfikowani i spokojnie. Przecież ich już znalem dosyć dobrze. Nie szukali zaczepki, tylko „szwędaczka" im się włączyła. Tymczasem jakiś macho na bani, pewnie przyjezdny, widząc kamizelki motocyklowe chciał udowodnić towarzystwu od piwska, że nie wierzy w mity o motocyklistach. No i zaczęło się. Skopali ich, nie patrząc na wiek ani rękę w gipsie. Odwet był straszny. Jeźdźcy Apokalipsy wpadli do baru około czwartej nad ranem... Prowodyr pobicia próbował umknąć w przebraniu barmana... nie udało się. Inny koleś podczas ucieczki zawiesił się na lince z praniem. Stringi jakiejś panny go zgubiły. Potężny Mazur zdążył tylko powiedzieć „Chodź na solo, cwa..." Chyba dalej miało być „...niaku!", ale już tego nie wycedził. Pach, pach, pach i leżał krzyżem rozpięty. Reszty szczegółów „nie pamiętam"... tak będzie lepiej. Znaczy się nie pamiętam, kto czym rzucał, zresztą chyba nawet mnie tam nie było... Zastanawiało mnie jednak jedno - gdy naszych tłukli, prewencja stała biernie. Gdy chłopaki wymierzali sprawiedliwość i wyciągali zakrwawionych kumpli z baru prewencja nagle się uaktywniła... tzn. próbowała, ale bezskutecznie. Nie wiem, czy nie pokutuje jeszcze obraz motocyklisty, który nie jest swój, nie jest obywatelem, więc niech mu się krzywda dzieje. Ochrona dla wczasowiczów, a nie wyrzutków.
Po całej akcji zrobiło się spokojnie. Wtedy jednak miałem możność zobaczyć, że coraz bardziej przynależę do grupy, która coś znaczy i kieruje się jasnymi zasadami w wielu sytuacjach. Zastanawiasz się pewnie w tej chwili, dlaczego z pewną dozą dumy opisałem wydarzenia odbiegające od Ewangelicznego „nadstaw drugi policzek"? Tak tak, wiem, powinienem ich powstrzymać, co? Lecz w Ewangelii napisano również, że więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu oraz „jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą, a jeszcze dołożą". A przykład prawdziwego pohamowania chęci odwetu chłopaki dali... niespełna miesiąc później.
Po Mrągowie zahaczyliśmy jeszcze o jakiś zlot pod Brzegiem. Nie zabawiłem tam długo - do 23.00. Nie wiedziałem do końca o co chodzi w tej imprezie - zlot czy promocja lokalnego biznesu? Nieistotne. Około 21.00, gdy część towarzystwa miała już trochę promili w wydychanym powietrzu stało się coś, co mogło niekorzystnie wpłynąć na dalszy przebieg spotkania. Siedzimy sobie przy długich ławach. Prosiak z grilla znika w mgnieniu oka. Atmosfera po paradzie i małym incydencie z glebą jednego motocyklisty robi się rozluźniona. Na marginesie wspomnę tylko, że podczas parady wpadł mi w oko czarny Wild Star „Hamulca" z RRMC. Nagle do „Jeja" podchodzi koleś z Opola. Wcięty niczym Kozak Zaporoski. „Jejo" był już obszyty barwami na plecach... - Co, kur**, zaje*** ci? W sumie nikt nie wiedział, o co biega? „Jejo" uchodził za gościa pogodnego i nikomu raczej nie wadził. Obaj bliźniacy od lat nie pili ani kropli alkoholu. Edka na czekoladkę z likierem nie dało się namówić. A ten człek wyraźnie szukał zaczepki. W jednej chwili towarzystwo zamilkło. „Jejo" podniósł się. Naprzeciwko siebie stało dwóch rosłych mężczyzn. Jeśli jeden klubowicz ma problemy, mają je pozostali. Skoro WRM jest supportem RRMC, to obecni klubowicze również mają problem. Wczuj się w tę sytuację. Zrobiło się gorąco. Miejsce zlotu mogło zamienić się w pole bitwy, przy której akcja z Mrągowa byłaby niewinną szarpaniną... Nagle Jerzyk zarzucił ramieniem, objął wulgarnego napastnika i z uśmiechem na twarzy zagadał: - Co, ty mój najlepszy przyjacielu? Jednocześnie poczochrał go po głowie. Tamten zbaraniał. - A ile ja cię znam? - zapytał. - Jakieś całe 15 minut - zażartował Jerzyk. - Acha... Byłem w szoku! Ewangelia w życiu. Ile można zyskać, odpłacając dobrem za zło. Już miałem świetny przykład do kazania. Z wielu piersi, stojących obok, wydobyło się pełne ulgi „uff!". Taki właśnie był „Jejo"...
Na początku sierpnia z prudnickimi motocyklistami wzięliśmy udział w I Pielgrzymce motocyklistów na Górę św. Anny. Blisko 200 maszyn - nieźle, jak na zlot o charakterze religijnym. Spotkania te nadal rozkręcają motocykliści z Raciborza i są one coraz liczniejsze. Wtedy, podczas pierwszej pielgrzymki, miałem powiedzieć kazanie do motocyklistów. Dałem radę, a mówiłem właśnie o incydencie „Jeja", o gościach ze spryskiwaczami, o tym, że możemy zarażać innych pasją, która wyciąga z nudy, beznadziei, nałogów (?) „Nie uczcie młodych budowania statków..., ale wzbudźcie w nich tęsknotę za otwartym morzem." Byliśmy wszyscy pełni entuzjazmu i nawet nie przeczuwaliśmy tragedii, która wstrząsnęła naszym światem...
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).