OCEŃ ARTYKUŁ
W drodze do Grecji - The Endkliknij i przesuń wskaźnik
Jeśli potrafisz wczuć się w klimat The Doors, to kojarzysz nastrój muzy „The End". „Break On Through" też dziś momentami zabrzmi, ale dekadentyzmu będzie więcej. Zastanów się więc, czy w ogóle jesteś zainteresowany dalszym czytaniem...
W dniu kończącym nasz pobyt w Grecji nastroje mieliśmy, jak po przegranym meczu. Wprawdzie tego uczucia nie znam zupełnie, ale wrodzona empatia pomaga mi sobie je wyobrazić. Z samego rana spakowaliśmy bambetle i załadowaliśmy na żelaza. Cała reszta bagaży oczekiwała przed hotelem. Deportacja wisiała w powietrzu. Zostaliśmy eksmitowani z pokoi, które czekały na sprzątaczki. Od 10 czekało nas koczowanie na plaży. Autokar wyruszał do Polski około godziny 21, a główny organizator nie może przecież zostawić turnusu na pastwę losu. Mimo, że grupa naszpikowana była dorosłymi... to, wyjazd kierownika przed czasem nie wchodził w rachubę.
Negocjatorka Aldona Kobieta o tym imieniu była naszą rezydentką. Całe wakacje poza domem. Tułaczka. Do tego ciągłe użeranie się to z pyskatymi Grekami, którzy często gęsto traktują turystów jako zło konieczne, to z roszczeniowymi rodakami. Ci natomiast miewają przebłyski nowobogackiego zachowania z elementami chamstwa. Wystarczy zaobserwować naszych na różnego rodzaju imprezach. Taki Kowalski wyłoży na ten przykład 17 eurasów za udział w wieczorze greckim - imprezie organizowanej na kilkaset osób. W cenie ma wyżywienie, trunki, zabawę. Co zje i wypije, to jego, ale nic nie może wynosić. Jednak Kowalski dochodzi do wniosku, że za tak "wielką kasę" musi się nażreć i nachlać na potęgę, bo na tym polega dobra zabawa. Już w przedszkolu maczał palce w zupie kolegi, by mieć dwie zamiast jednej. Teraz nie potrafi zadowolić się suto napakowanym talerzem i owocami. Robi awantury o to, że nie może trzeci raz się napchać. Wprawdzie będzie musiał łykać tablety na przeczyszczenie, ale "nie po to płacił, by teraz nie można się było najeść". Wino leje się strumieniami. Nikt nie liczy, ile butelek wypijesz. Ale Kowalski stwierdza znowu, że zapłacił sporo, więc kombinuje z plastikowymi butelkami i wynosi trunek do autokaru. "Po co kupować, skoro można się jeszcze w pokoju nachlać za darmochę? Kwiatkowscy wczoraj nas zaprosili na imprezę. Trzeba się będzie zrewanżować przecież, a tu wino za darmo ..." Żenada!
Kowalski wróci do pomidorówki w ojczyźnie, ale za granicą jego pańskie podniebienie byle czego i w małych ilościach nie zniesie.
To nic, że oprócz niego jeszcze kilkaset osób chce skosztować ciasta. Kowalski już szuka papierowych tacek i foliowych jednorazówek, żeby coś wynieść - kolejna darmocha na rewanżową imprezkę z Kwiatkowskimi. Powtórzę się - żenada. Niestety pokutuje w nas jeszcze "homo sovieticus" ze skrzywioną moralnością - okradałeś państwo, ale to nie grzech, bo osłabiałeś system represyjny. Mało to obiektów sakralnych powstało z "zajumanych" materiałów budowlanych? Ci ludzie byli częstokroć rozgrzeszani "na chwałę Bożą", a cel uświęcał środki. W rezultacie wszelkie dobro wspólne jest niczyje i co Kowalski zdobędzie, to jego, bo dobrze KOMBINUJE.
Aldona zatem za każdym razem miała sporo na głowie. Czasem ze łzami bezsilności musiała się wygadać. Myśmy też niestety dołożyli trochę "do pieca". Głupia sprawa. Poniosło nas, ale jak to faceci - myślenie przychodzi po fakcie.
"Polscy Aniołowie Piekieł" Orientujący się w temacie czają już w czym rzecz... Reszta nie musi. W każdym bądź razie aby naświetlić całą sytuacji wspomnę, że w cenie hotelu było wyżywienie w restauracji. Kilkaset metrów spacerku od "noclegowni". Posiłki trzy razy w ciągu dnia. Oczywiście o wyznaczonej porze. Żaden rarytas, ale nie w tym rzecz. Sprawa rozbijała się o sposób traktowania nas przez obsługę tej jadłodajni. Byliśmy tam intruzami. Dzieciak rozlał odrobinę wody na posadzkę - dosłownie chlapnięcie z kubka - awantura. Cztery osoby spóźniły się 10 minut - zostały bez posiłku. Dzieciak jeszcze jadł z rodzicami, do końca wyznaczonego czasu pozostało 5 minut. Cała grupa już poszła. Kelner stwierdził zatem, że należy dziecku zabrać talerz sprzed nosa. Kilka jeszcze podobnych schiz ze strony "fizolofów greckich" wywołało w nas odruch niezadowolenia - delikatnie to określając. Aldona była bezsilna wobec obsługi restauracji.
Po akcji z talerzem zabranym dzieciakowi sprzed nosa postanowiliśmy coś z tym zrobić. - Zajedziemy dziś żelazami na kolację - Remek podsunął diabelski pomysł - niech poczują trochę respektu. - Czyli ubieramy się po swojemu - kamizelki, glany itd.? - Dokładnie. Podjedziemy, zrobimy trochę hałasu i tyle. Ten grubas zacznie może myśleć? - Te Polki, co u niego pracują też mają go dosyć. Jedna wczoraj ryczała, że chce wracać naszym autokarem. Koleś zrobił jej awanturę z wyzwiskami za to, że do kartoflanki wkroiła za dużo ziemniaków. Czaisz jaki typ? Wykrzyczała, że mu z Polski wyśle cały worek za darmochę.
Godzina 18.10. Słońce przebija się miedzy liśćmi pnączy winogron, padając na stoliki z papierową serwetą. Prawie cała grupa grzecznie konsumuje jakieś jadło. Prawie, bo brakuje dwóch zabawnych zadymiarzy. Brzdęki sztućców i świergolenie ptaszków nagle ustają. Z oddali już słychać wściekłe ryki maszyn. Dwa "Wild Stary" stają na skrzyżowaniu. Długie światła, lekka przygazówka i ogień! Wpadamy na ciasną uliczkę przy restauracji. Przejazd na drugim biegu z prędkością 70km/h może nie zrobiłby wrażenia na nikim. Ale weź pod uwagę to, że ryk i wibracje, jakie generują silniki 1600 przy podwyższonych obrotach nie są gładkim i bezpłciowym efektem dźwiękowym.
Nocleg obok Yamachy...mmm:) to musiało być przyjemne tak się obudzić... a tu ONA: )))
Co do " Incydentu na zakończenie"... samo życie..." TU i TERAZ"... MiŁego 2008!
edytowany [ilosc_modyfikacji]. raz: [data_modyfikacji] przez użytkownika '[edytowal]'
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
Co do " Incydentu na zakończenie"... samo życie..." TU i TERAZ"... MiŁego 2008!