Zwiedzanie Meteorów nasyciło nas na długo. Przez jakiś czas nie mieliśmy nawet ochoty na kolejne "widoki". Znowu kilka dni plaży i zabawy stacjonarnej...
Dotąd nie wspominałem, że karatecy każdego dnia trenowali. Dla turystów pokazy były atrakcją. Ja natomiast aż dwa razy wziąłem udział w tych katorgach. Poziom jednak był tak żenująco "niski", że następnego dnia czułem zakwasy. Czarny pas i siódmy Dan... stąd traktowałem to jako rozgrzewkę. Zresztą ćwiczyli nie w moim stylu. A jest nim "styl walki bez walki". Dałem więc sobie spokój. Emocje po ostatniej wycieczce opadały, w głowach rodziły kolejne pomysły; nie tylko dotyczące jazdy...
Popromilowe Polaków rozmowy
Jest słoneczne popołudnie. W sumie, czy mogło by być inne? Siedzimy z Remkiem na balkonie. Widoki mamy ładne, a wzmocniona Coca-Cola "rozjaśnia" nam umysły. Prowadzimy akurat męską rozmowę.
- Ja uważam, że z tym celibatem, to nie jest dobry pomysł. Wiele więcej ludzi chodziłoby do Kościoła, gdyby księża mieli żony, rodziny.
- A niby dlaczego tak uważasz?
- Księciunio, bez urazy, ale jak taki ksiądz ma mi kazanie powiedzieć o rodzinie, skoro on nic o tym nie wie?
- A jak idziesz do lekarza np. z sercem, to też szukasz takiego po zawale?
- He he, masz rację. Ale ten przykład nie przekłada się zupełnie na to, o czym rozmawiamy.
- Remek, my się nie bierzemy z księżyca. Wychowujemy się w rodzinach, znamy je z obserwacji, uczestniczymy w ich problemach...
- To wszystko mało. Jakby taki ksiądz musiał utrzymać rodzinę, martwić się o to, by dzieci wyprawić do szkoły, na studia... jakby wiedział, co to znaczy szukać dodatkowej pracy, żeby w domu niczego nie brakowało... byłby mi bliższy. Ciebie słuchałem kilka razy na kazaniach i szanuję cię za to, że się nie wymądrzasz. Z rodziną byłbyś jeszcze bardziej osadzony w życiu.
- Wiesz, nie byłbym tak dyspozycyjny, nie miałbym tyle czasu dla innych. Nie potrafiłbym żyć problemami i radościami drugich ludzi, mając swoich pod dostatkiem.
- Pewnie tak, jednak my też musimy mieć czas na pracę, dla rodziny i dla znajomych.
- Znajdź mi kobietę, która chciałaby się przeprowadzać co kilka lat. A dzieci? A zmiana szkoły?
- To już teraz nie jest problem. Przecież wiele rodzin tak funkcjonuje. Pomijając fakt, że to chore, by facet żył sam, uważam celibat za dziwny wymysł. Księża często nie dostrzegają ludzi, którzy po tygodniu pracy przychodzą do Kościoła i mają bardzo przyziemne problemy. Wkurzają mnie te górnolotne kazania oderwane od życia. Ja z jednej pracy idę do drugiej, staram się, żeby żonie i dzieciom niczego nie brakowało, żeby córkę utrzymać na studiach, a tu mi jakiś klecha marudzi o czymś, co mnie w ogóle nie dotyczy. I to jeszcze w taki sposób, że wychodzę z poczuciem winy... jakbym ciągle postępował nie tak, jak powinienem.
Remek nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, co czułem podczas tej naszej rozmowy. Choć lubię ludzi i staram się nie wynosić, to, nie pierwszy zresztą raz, na mój światopogląd padło nieco więcej światła. Po powrocie do Polski prowadziłem ceremonię ślubną jakiejś pary. Kazanie w niczym nie przypominało marudzenia klechy o miłości. "... Tomku, może Twoje dłonie nie będą głaskały skórzanej kierownicy Jaguara; może nie będziesz się ubierał w Bossie... ale przyjdziesz czasem do domu zmęczony, a dłonie będziesz miał twarde i szorstkie od roboty na budowie. Będą to jednak piękne dłonie, bo poczujesz, że nie żyją dla siebie, lecz dla żony i dzieci. Kasiu, może Twoje oczy nie będą iskrzyły od oglądania zachodu słońca na Bora Bora... czasem będą piekły po nieprzespanej nocy przy chorym dziecku..." To tylko fragment, ale widziałem radość młodych i gości; czuli się docenieni za ich codzienny trud i wyrzeczenia. Faceci ocierali łzy, choć wcale nie chciałem gadać "do łez", ani być populistą mówiącym to, co ktoś chce usłyszeć. Jak dobrze, że kiedyś odważyłem się na spędzanie wolnego czasu pośród zwyczajnych ludzi, a nie ciągle w gronie "branżowych" kolegów. Ksiądz nie musi mieć rodziny - w ostateczności wystarczy słuchać ludzi i starać się ich zrozumieć. Dzięki Remek!
Pogodzony z cieniem
Nasza rozmowa na balkonie miała jeszcze inny skutek. Mniej intelektualno-duchowy. Była to totalna niespodzianka dla pozostałych. Byli wręcz w pozytywnym szoku...
- Masz golarkę elektryczną?
- Mam.
- Zrobisz coś dla mnie?
- Ba! Pewnie mam cię obciąć?
- Tak... na irokeza.
Kolega spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Jednak bez komentowania mojego pomysłu poszedł do golarkę. Gdy wrócił siedziałem już przygotowany do "operacji".
- Jak cię obciąć?
- Ostry irokez i koniec.
- Dobra, jak szaleć, to szaleć.
Chłód metalu czułem tylko przez chwilę. Potem widziałem włosy na posadzce. Kolega śmiał się szczerze, co chwilę podkreślając, że będę zaje... wyglądał. Starał się, jak tylko mógł. Poprawiał, żeby było równo. Wreszcie mogłem podejść do lustra. Szczęka mi opadła.
- TO JEST TO! TERAZ WRESZCIE SIĘ CZUJĘ DOBRZE! REWELACJA!
-Siadaj jeszcze. Coś poprawimy, ale musisz mi zaufać.
Gdy zobaczyłem ponownie swoje odbicie, wpadłem w euforię. Na bokach miałem powycinane ciekawe wzory. Do tego po lewej stronie ładnie wkomponowany krzyż, na drugiej "KZ" (miało być "KS", ale "Z" wyszło w sumie lepiej). Tego dnia narodziłem się na nowo, a do głosu doszedł ten "drugi" - zbuntowany i czasem niepokorny.