załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

W KOLORATCE NA DWÓCH KOŁACH

W drodze do Grecji cz.2

ks. Janusz
23-09-2007, 08:00
OCEŃ ARTYKUŁ W drodze do Grecji cz.2 kliknij i przesuń wskaźnik
Co może być przyjemniejszego niż wylegiwanie się na plaży po długiem siedzeniu w siodle? Piasek, piękne widoki - oczywiście mam na myśli Olimp, kolego "Majkel" - i ciepła woda. Wchodzisz do morza i czujesz ulgę, a jednocześnie nic Ci się nie kurczy z zimna...

Zasolenie takie, że można się spokojnie położyć, woda przejrzysta do tego stopnia, że aż chce się nurkować w pobliżu "syren" różnej narodowości. Masyw Olimpu ciągle spowity chmurami, jakby przypominał, że choć wielu spraw i rzeczywistości nie możemy dostrzec, to nie znaczy, że ich nie ma. Rankiem i o zachodzie słońca ta góra ukazywała nagle swoją potęgę tak majestatycznie, że bogowie słusznie obrali ją sobie za siedzibę.

Motocykle przy hotelu ukryte pod pokrowcami, a my w skromnych strojach mogliśmy się odprężać. Dla mnie to szczególne przeżycie. Chodzę sobie w kąpielówkach, nikt na mnie nie zwraca uwagi, rzucając spojrzeniem "jak ten ksiądz się ubrał?". Mam ochotę na drinka, to sobie go sączę. Cała nasza grupa, szczególnie opiekunowie, tworzy zgrane towarzystwo. Takich ludzi lubię najbardziej - normalnych. Z facetami można pożartować, można poważnie pogadać. Hasło "idziemy na piwo wieczorem" spotyka się z aplauzem. Re-we-la-cja! Knajpki aż kuszą do siedzenia! Nagle udziela się nam klimat, o jakim można tylko pomarzyć w moim fachu. Siedzę sobie w męskim gronie, popijam browara swobodnie, gadamy, śmiejemy się, wymieniamy poglądy. A wszystko bez ukrywania się kilkadziesiąt kaemów od plebanii, żeby "pobożnych parafian" nie zgorszyć normalnością. Potem wracamy do hotelu, jest druga w nocy. Na ulicy pojawia się bryczka w konnym zaprzęgu, a ja mam nieodparte wrażenie, że jestem na Krupówkach i zapodaję cosik "na góralskom nute". I jest dobrze! Przechodzimy akurat obok jakiejś dyskoteki. Drogę zachodzi nam wysoki Grek. Z uśmiechem na twarzy mówi coś o drinkach. "Aaa, to ten z cukierni..."

"Zadyma" pod cukiernią
Nie wspominałem jeszcze, że na parterze naszego hotelu, od strony deptaku i plaży jest cukiernia. Zaraz obok zresztą znajduje się dyskoteka, znaczy się lokal z dużą ilością miejsca na tańce. W cukierni od samego patrzenia na ciastka (i nie piszę o ekspedientkach) obniża się poziom cukru we krwi i zaczyna pożądać się słodkiego. Kobiety uwielbiały tam chodzić na lody. Ale nie ten wątek chciałem poruszyć. Wszystko przez to piwo. Otóż o ile właścicielem cukierni był Grek, o tyle większość hoteli należała do... do Polaka. A jakżeby inaczej?! Nasi rządzą. Analizując semantycznie nazwisko Polaka nie do końca jestem przekonany o jego polskości, ale antysemitą nie jestem; co mnie to? Nazwiska nie podam, żeby się jeden z byłych premierów RP nie obraził. No! I siedzimy sobie na balkonie - tym z widokiem na plażę i kafejki - cola wzmocniona rumem loguje się w głowach. Nagle (w tym stanie wszystko dzieje się nagle, nawet przepychający się wśród tłumów samochód pojawia się znienacka) podjeżdża jakiś van na polskich blachach ze Śląska.
- Nasi przyjechali!
- To właściciel tego hotelu i wielu innych. Jest tu od czterdziestu lat i nikt mu tutaj nie podskoczy.
W tym momencie wysiada z auta starszy pan, niezbyt wysoki, szczupły i siwiutki. "Premier, normalnie premier!" Wchodzi do hotelu, pewnie dogadać coś z rezydentką. Nie wiem, ile czasu upłynęło, bo ten wymiar rzeczywistości zupełnie mnie nie interesuje podczas urlopu. Załóżmy, że kilkanaście minut. Gdy wracał do samochodu drogę zaszedł mu wysoki Grek. Zaczęła się pyskówka z jego strony. W słowach nie przebierał.
- Remek, do naszego jakiś południowiec się rzuca! Ty, on go zaczyna powoli szarpać!
- O nie! Pozwala już sobie! Chłopy idziemy!
Dwa piętra w dół pokonaliśmy w pionie, bo było wąsko i ściany blisko. Na otwartej przestrzeni zrobiło się nieco gorzej, ale też poruszaliśmy się w pionie. Podchodzimy do krzykacza. Nasz stoi spokojnie, choć na twarzy widać bezradność i zakłopotanie. Grek, nie spodziewając się takiej wizyty, robi wielkie oczy. Staje naprzeciw niego trzech facetów; jeden może odbiega posturą od pozostałych, ale i tak sytuacja go przerasta. Z balkonu słyszę, jak dziewczyny dogadują:
- Księciuniu, tylko nie przeginajcie!
"Właśnie, trzeba z kulturką i po chrześcijańsku mimo wszystko." Problem w tym, że po kilku drinkach słownictwo angielsko-języczne ogranicza się nam do terminu "problem". Może gdybyśmy colę pili z Whiskey, to byłoby lepiej. Ale cóż, trzeba sobie radzić.
- Jaki masz problem?
- Co się wtrącacie?
- Jaki masz problem? - pytanie pada z taką stanowczością, która nie dopuszcza do dyskusji. Grek spuszcza z tonu.
- Stoi pod lokalem, samochód zasłania cukiernie, klienci nie mogą przejść, omijają, a ja z tego żyję - wrzeszczy nadal.
Wyraźnie wyczuwamy, że tu nie chodzi o klientów, tylko o zwyczajną zazdrość. Wszyscy w okolicy wiedzą przecież, kim jest ten starszy pan; że obcy robi spory biznes na ich terenie. Z uczuciami się nie dyskutuje. To bez sensu przekonywać gościa, że samochód w ogóle nie utrudnia dojścia do ciastek. Rozróba nie wchodzi w rachubę... Raz - nie będziemy robić z Polaków prymitywów, dwa - jesteśmy tu sami, trzy - bez przesady.
- Człowieku, po co te krzyki? On już odjeżdża.
- Ale to nie pierwszy raz!
- Wyluzuj! Dogadajcie się tak - Polak, gdy będzie miał sprawę w hotelu, to podejdzie się zapytać, czy może zaparkować na chwilę przed cukiernią. A ty dasz mu 15 minut. Przecież mieszkańcy hotelu są twoimi klientami. Pasuje?
- Niech będzie.
W tym momencie Grek zaczął się uśmiechać wyluzowany. Poklepał któregoś z nas po ramieniu, wszystkim podał łapę. Emocje negatywne opadły. "Zawsze warto być człowiekiem..." - Rysiek miał rację. Mój Szef, co chodził kiedyś po ziemi, też się nie mylił, mówiąc "za prawy, nadstaw drugi policzek", tzn. nie daj się wciągać na pozycję wroga, bądź panem sytuacji; swoją wartość masz w sobie i nikt ci jej nie odbierze zbyt łatwo... a jak cię poniża, to widocznie musi się poczuć lepszy. Pokaż mu, że coś znaczy. Ty nic nie stracisz, a zyskasz znajomego. "Jejo" też załatwiłby sprawę w ten sposób chyba. W każdym bądź razie wracając w nocy natknęliśmy się na Greka z cukierni, który był bardzo zadowolony, postawił nam drinki, wspominał coś o przyjaźni, a ja dopiero po chwili załapałem, że ta dyskoteka jest już w naszym hotelu i wcale daleko nie mam do pokoju. Słaba orientacja w terenie... przynajmniej ja tak to sobie tłumaczę sobie he he.

Dirty Dancing
Zadowolony z pokojowego rozwiązania konfliktu wbiłem na dyskotekę. W tym momencie postaraj się mnie zrozumieć. Może dla Ciebie to normalka, ale nie dla mnie. W glanach, krótkich spodenkach i kamizelce, pośród sportowo-młodzieżowych kreacji wieczorowych, czułem się rewelacyjnie. Luz, spontan! Ciało odrzuca konwenanse i zaczyna wyrażać ducha. Wszyscy wokół są życzliwymi ludźmi, a nie bandą naćpanych nastolatków. Zabawa wciąga do tego stopnia, że nawet zupełnie nie-rockowe hity lata można wytańczyć w stylu "ramsztajnowym". Odlot! Ten wieczór był terapią. W przerwie rzuciłem do znajomych filozoficzne stwierdzenie:
- Duchowny, który nie potrafi tańczyć, to w sumie smutny duchowny. Teraz to odkryłem.

I tak było do końca urlopu. Spora część wieczorów kończyła się dyskoteką do późnej nocy. Starszyzna na balkonie, a ja z Izą i Sandrą (dzięki za wszystko, dziewczyny) w roli opiekunów nad młodzieżą na dziką potańcówę dreptałem. Młodzi, gdy widzieli nas szalejących na parkiecie przechodzili z podrygiwania w trans. Mi uśmiech nie znikał z twarzy. Gdy w swoje szalone ruchy zacząłem wplatać dawno nie ćwiczone szpagaty, młodzi totalnie sobie odpuścili jakieś zahamowania. Dopiero wtedy pokazali, na co stać wytrenowanych karateków. Grzeczne tai-bo stawało się tak autentyczne, że zarażaliśmy wszystkich wokół... Pewnego wieczoru ktoś klepnął mnie w ramię. Obracam się. Naprzeciwko mnie stoi wypakowany koleś w obcisłej koszulce. Specyficznym angielskim pyta, skąd jesteśmy.
- From Poland! - przekrzykuję muzę. And You?
- Bulgaria!
Ściskamy się. On woła swoich znajomych. Grupa tańczących się rozrasta. Ci, którzy dotąd siedzieli przy nudnych drinkach zaczynają z nami szaleć. Atmosfera bratniej i siostrzanej imprezy łamie wszelkie granice i mury. Jest taniec i radość. Żadnej wrogości, zazdrości o dziewczynę. Zawsze twierdziłem, że wszelkie religijne wspólnoty przykościelne powinny czasem iść na wspólną zabawę. Teraz widzę to na własne oczy. W ludziach jest tyle dobra i życzliwości, a my na co dzień bez sensu ze sobą rywalizujemy w wyścigu szczurów, narzuconym przez chorą cywilizację materializmu. "Kocham ludzi! Kocham młodych, choć tyle miałem głupich wyobrażeń o ich zachowaniu na dyskotekach!" Serce samo dyktuje mi, jak mam tańczyć. To nic, że "Umbrella" nie ma rockowych klimatów. Wspólnota jest ważna i radość, która przy każdy "e-e-e" rzuca mi głową, jakbym był Till'em Lindemann z grzebieniem na głowie.

Seksmisja
Właściciel dyskoteki był tak zadowolony z naszej obecności i tego, że rozkręcamy mu imprezę, że dzięki nam ludzie z ulicy wskakują się bawić, iż stawiał nam drinki, tańczył z nami i nazywał "Best Friends from Poland". Owszem, nie obyło się bez drobnego incydentu, ale to szczegół tylko. Otóż porządku pilnował taki jeden macho po czterdziestce. "Prawie" Mick Jaegger, tylko usta miał wąskie. Sympatyczny był, ale czasem chcicy na kobiety nie potrafił opanowywać. Tańczył z pewną obozowiczką i za bardzo się chciał przytulać. Ona - zajęta zresztą - cały czas dystansowała się. Może odebrał to jako zaloty w okresie godowym, bo nagle przyciągnął ją do siebie mocno, obłapując zbyt śmiele. Jednego nie przewidział... że nie ma do czynienia z byle "blaszanym kociakiem" tylko "kobietą zaprawiona w boju". Usłyszałem jedynie głośnego plaskacza obok siebie. Obracam się - chudy "dżolero" stoi totalnie zbity z tropu. Na twarzy wypisane słowa "kobieta mnie bije..." Wszystko skończyło się pokojowo, wręcz zabawnie. Ale do końca znał już znaczenie słowa "Respect".

Po północy, a ostatecznie o pierwszej w roli "pasterzy" odprowadzaliśmy nasze "owieczki" na nocleg. Nam wystarczało jedynie kilka godzin snu, więc bawiliśmy się dalej. Zresztą odsypiać można na plaży w ciągu dnia...

 
Strony:
1 2 3
 

ARTYKUŁY POWIĄZANE

I bańka prysła...

11-04-2011
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
 
 
 
 
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms