W swoich poszukiwaniach trafiałem do wielu miejsc. Raz czułem się pewny, raz wątpiłem w sens mojej zachcianki. Słyszałem jednak o jakimś kolesiu, który prowadził komis motocyklowy w Niwnicy pod Nysą. A to akurat przy drodze do mojego domu rodzinnego. Kiedyś zwyczajnie się zatrzymałem, wszedłem do środka i ... "Ja pinkolę! Bolo! Co ty tu robisz?!" W komisie zobaczyłem brodatego gościa o sympatycznie pucułowatej twarzy. Bolo! Kumpel kolegi z ogólniaka, z którym jeździłem trochę na "emce". Bolo - historia nyskich motocyklistów. Ja naginałem po mieście z książkami a on "drażnił" moje zmysły słuchu i wzroku na jakimś starym japończyku. Jak ja mu wtedy zazdrościłem tej wolności i powiewającej chusty... Teraz to jestem "w domu". Znajomy prowadzi serwis i kitu mi nie wciśnie! Bolo wiedział, kim jestem, ale w niczym mu to nie przeszkadzało, choć mojej "firmie" obecnością się nie narzucał. Natychmiast zaopiniował mi Virago i Shadow, obgadaliśmy dawne czasy i wróciłem napalony na plebanię. Mój własny motocykl był coraz bardziej realny .
W międzyczasie wiele się działo, składałem kasę, sprzedałem ulubiony rower, wpadłem na jakiś zlot do Nysy (znowu mrowienie na plecach), potem "Independens" zaprosili mnie na zakończenie sezonu pod Nysą. Ależ byłem dumny z tego - mimo czarnej "kiecki" chłopaki mnie akceptują i traktują "swojsko". Oczywiście pojechałem na cywila... Wszystko jednak przyćmione zostało we wrześniu 2001 roku. Jeden z moich uczniów w zawodówce - taki Adaś, miejscowy gangsta - dał cynk, że wie coś o Virago!!! Pokazał mi zdjęcia - oniemiałem. Pod Prudnikiem stała i czekała na kupca czarna, zadbana na maxa Yamaha. Pojechałem natychmiast. Faceta nie było, ale żona otworzyła garaż... Stała w głębi (nie żona oczywiście), trochę przykurzona, ale to tylko dodawało jej uroku. Chromy, lakier - żadnej ryski. Włożyłem kluczyk do stacyjki, ssanie znalazłem odruchowo, jakbym miał to we krwi. Zagadała... mrowienie, uśmiech na twarzy, jakby mi ktoś bananem usta rozszerzył. "Będziesz moja, maleńka" - wyszeptałem. Kobieta widocznie nie zrozumiała, bo zapytała: "Co proszę?!" Potem dopiero się zorientowała, że nie ona mi w głowie.
W ciągu kilku dni doskładałem pieniądze, pozbywając się kolejnych rzeczy, które uznałem za zbędne. Ugadałem się z "Korzeniem" i jazda po moto.
Na miejscu były oględziny, Grzesiek wypróbował ją solidnie na placu. Zbić z ceny się nie udało, ale dostałem kask, rękawice, pas. "To co? Ja pojadę samochodem, a ty wrócisz na nowym sprzęcie" - stwierdził z uśmiechem prezes prudnickiego klubu. "No, hmm, jest mały problem... Ja nie mam... prawka, he he". Kumpel zaniemówił. "Chcesz powiedzieć, że kupiłeś właśnie motocykl, a nie masz prawka? Przekręt z Ciebie! No nieźle, nieźle, proszę księdza." Głupio mi trochę było przed nim, bo wciąż mnie uczyli, żeby nie dawać złego przykładu, a tu ewidentny gorszyciel ze mnie. Co ja mogłem jednak poradzić? Pasja mocniejsza od przepisów. Lepiej zgrzeszyć i żałować niż żałować, że się nie zgrzeszyło. A duszę renegata miałem od dawna. Na Jawce też pomykałem bez kwitu. No co?! Zdawałem na kartę, ale Milicjant - wtedy oni byli jeszcze mili - oblał mnie, a ja nie wiedziałem za co. Dostałem pytanie z trójkątnym znakiem na krzyżówce. To wyjaśniłem - skrzyżowanie drogi nadrzędnej z podrzędną. A ten mi ględzi, że nie zna takich dróg "nadrzędna i podrzędna". Jakiś mały zasób słów chyba miał? Podziękowałem i wyszedłem. Łaski bez. Kulałem się z duszą na ramieniu bez karty.
Teraz będę musiał jakoś zdać na to prawko, przecież tępy nie jestem - dumałem. Coś się wymyśli.
W drodze powrotnej, którą pamiętam do dzisiaj, zaglądałem na "czarnulę" i nie mogłem uwierzyć - mam swój własny motocykl. I to w wymarzonym kolorze. Warto było czekać. Nawet nie żałowałem, że kilka tygodni wcześniej uciekł mi Shadow zaklepany w Opolu.
Nie będę już opisywać moich wycieczek do garażu tego wieczoru, bo to byłoby nudne. Mama spanikowała. "Zabijesz się!" - usłyszałem w słuchawce. "No cóż? Teraz możesz już tylko się modlić" - odpowiedziałem. Noc była bezsenna.
Następnego dnia - sobota - już rankiem pobiegłem do garażu. "Pamiętaj, nie masz prawka, najwyżej po placu, nigdzie dalej" - rozsądek coś tam marudził. Jednak renegat wygrał. Po kilku minutach byłem ubrany w jakieś ciepłe ciuchy (mglisty i chłodny koniec września). Odpaliłem "czarnulkę", brama, lekka przygazówka, jedziemy. Ubezpieczenie jest, prawko jest - „B" bo „B" ale jest. By dojechać do nieuczęszczanej drogi przy granicy z Czechami musiałem przejechać koło "jaskini lwa" - komendy powiatowej. Jak na złość stali chłopcy w radiowozie. Szybka do góry, pewne siebie spojrzenie, pyr, pyr, pyr... udało się. Tego dnia wycieczkę powtórzyłem 3-krotnie, nawijając około 100 km na tej samej trasie. Wiem, to było poważne wykroczenie, żałuję. Zanim jednak, drogi czytelniku, postanowisz uderzyć z tym do jakiejś „Interwencji" czy „Uwagi", to pomyśl o moich obszytych plecach i spotkaniu z "diabłami dróg"... buahahahaha. Żartuję, ale zapamiętaj ten motyw, on powróci i gwarantuję rozrywkę z górnej półki podczas czytania.