Z dzieciństwa utkwiła mi sentencja z jakiegoś kościoła: „Spoglądaj w niebo, a żyj na ziemi, tak byś nie utracił swego miejsca w niebie". Odkąd kręciłem się na rowerku chciałem to niebo oglądać inaczej od pozostałych. Dla mnie najpiękniej wygląda ono w krzywym zwierciadle chromowanej lampy. Jej lustro odbija błękit, czasem stalową szarość, a chmury przesuwają się leniwie. W jeździe na motocyklu jest coś z pielgrzymowania - nie tyle zważamy na cel podróży, co na samą drogę.
Nie myśl sobie, drogi Czytelniku, że nie mam już o czym pisać, więc zapodaję Ci jakieś historyjki. Uznałem, że nie będę wplatać pewnych zdarzeń w felietony i jeden raz opiszę to, co sobie przypomnę śmiesznego. Niektórzy odetchną po ostatnich kontrowersyjnych, gangsta-dresiarskich wydarzeniach.
Georg Thorogood - „Bad To The Bone" i wszystko jasne. W tym klimacie najlepiej będzie się czytało. Ewentualnie AC/DC i „TNT". A będzie o mocy klubowych barw na plecach. Wydarzenia poniżej opisane miały miejsce w 2003 roku. Zero ściemy - chłopaki wyśmialiby mnie, gdybym ubarwiał. Wybaczcie wplecione wulgaryzmy, ale inaczej tekst straciłby na autentyczności.
Jeśli chcesz, Drogi Czytelniku, wczuć się w klimat wydarzeń poniżej opisanych, to słuchaj podczas czytania „Brothers In Arms" Dire Straits. Ta melodia wybrzmiewała nam w sercach, gdy odprowadzaliśmy naszego kumpla Jerzyka ‘Jeja' Duszkiewicza.
Mimo iż sierpień trwał w najlepsze, to pachniało już jesienią. Mi udało się wyrwać jeszcze do Zakopanego. U rodziny nabierałem sił do roku szkolnego. Znaczy się próbowałem nabrać sił, bo Górale lejąc trunek potrafią prowadzić dialog semantyczny.
- Ale tylko trochę. Ej, no mówiłem, że tylko trochę (wujek leje nadal).
- Ale łod góry, cy łod dołu tylko troskę? - pyta filozoficznie.
Takie trzy dni mimo wszystko naładowały mnie energią...
Ruszając na Ukrainę miałem już klienta na „Desperado". Coraz więcej zarażonych motocyklizmem, a sprzętów sprawdzonych i pewnych mało. Mi od dłuższego czasu niesamowicie podobała się „Volusia". Śledziłem artykuły o niej odkąd się ukazała - pozdrawiam pana Lecha Wangina - jego podsumowanie jazdy na Suzuki dało mi mocnego kopa.
Wiedziałem, że motocykliści do zbyt potulnych i grzecznych połykaczy kaemów nie należą, ale nie przypuszczałem, że do nich dołączę. Tymczasem nowy sezon 2003 już od początku na to wskazywał - coś wisiało w powietrzu i wkrótce zrobiło się naprawdę gorąco.
Lekarstwem na duży silnik jest jeszcze większy silnik - tak mawiają Amerykanie. A złośliwe powiedzenie o facetach brzmi: "małego chłopca od mężczyzny odróżnia cena jego zabawek".
W maju 2002 roku przeszedłem operację na przepuklinę brzuszną. Podczas wcześniejszych konsultacji pytałem o jazdę na dwóch kółach. Usłyszałem, że rower odpada, a na motocykl lepiej też nie wsiadać w ciągu kilku miesięcy. "Akurat, już to widzę - pomyślałem. Może jeszcze na wózku mam jeździć?"
Yamaha Virago, mój własny chopper! Uczucia, jakie we mnie buzowały potrafią zrozumieć tylko ludzie z benzyną w żyłach. Jako dzieciak dosiadłem motorynki, mając jakieś 8 lat. Należała do kolegi; był to jego komunijny prezent. Ostrzegał, bym nie odkręcał przy ruszaniu, ale cóż... stało się... motorynka poszła na kołoi trochę przytarłem plasik. Potem była wspominana Jawka. W międzyczasie miałem przygodę z Komarkiem kuzyna. Świeżo odrestaurowany. Kuzyn był u babci a ja postanowiłem zrobić rundkę na podwórku. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdybym nie przydzwonił w piłę tarczową he he. Postawiłem Komara i uciekłem. Potem się okazało, że zerwałem łańcuch a widełki "naprostowałem" aż do silnika. Nigdy jednak nie mogłem się doprosić, by mi rodzice kupili motorynkę, ani "Charta", a o Simsonie nawet nie wspomnę. Teraz dosiadałem prawdziwego motocykla, po tylu latach oczekiwania. Brak prawka nie mógł mnie powstrzymać.
Pamiętacie "Bodka"? Ja go tak nazywałem, choć inni mówili "Włodek". Hondą jeździł chyba trzeci czy czwarty dzień. Wyobrażacie sobie, co czuł, gdy ją "położyłem"? Sprawy finansowe uregulowaliśmy szybko i bez żadnych scysji. Nawet był zadowolony, bo zmienił kierownicę z "kozy" na poważniejszą i wygodniejszą. Ja pozszywałem "kieckę" i zacząłem poważnie rozglądać się za motocyklem dla siebie.
Prudnik 2000. Jako młody, 25-letni ksiądz zacząłem pracę na osiedlu. Wszystko było dla mnie nowe, nawet nie znałem swojego miejsca pośród ludzi. Powoli zapominałem o swoim bziku na punkcie motocykli. Pojawiły się inne wyzwania, choćby praca w zawodówce, która czasem mnie przerastała. Zresztą te wypady bez karty na Jawce po dziadku, przygotowywanie mieszanki z benzyny podbieranej ojcu, potem jakieś szaleństwa z kumplem na M-72... te wspomnienia stawały się coraz bardziej mgliste...