załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

W KOLORATCE NA DWÓCH KOŁACH

Ostatnie szaleństwo z czarnulą

ks. Janusz
20-04-2007, 08:00
OCEŃ ARTYKUŁ Ostatnie szaleństwo z czarnulą kliknij i przesuń wskaźnik
W maju 2002 roku przeszedłem operację na przepuklinę brzuszną. Podczas wcześniejszych konsultacji pytałem o jazdę na dwóch kółach. Usłyszałem, że rower odpada, a na motocykl lepiej też nie wsiadać w ciągu kilku miesięcy. "Akurat, już to widzę - pomyślałem. Może jeszcze na wózku mam jeździć?"

Dwa tygodnie po zabiegu wstąpiłem do "Bola". Po głowie jeździł mi większy motocykl - np. Drag Star 650, ale to było marzenie poza zasięgiem mojego portfela. W komisie stała natomiast Shadow 1100 - chopper z pierwszych lat produkcji. 1100!!! Dwa razy większy silnik niż w Virago! Wsiadłem w celu przymiarki i stało się... Nie, nie przewróciłem kolejnej Shadowy, spokojnie. Próbowałem postawić ją do pionu, odczułem tylko ból w okolicach cięcia operacyjnego. Spasowałem, nie miałem sił, jak starzec, co w młodości wbiegał na szczyty, a po 60-ce 3 piętra pokonuje na raty. Paskudne przeżycie.

Celowo wspomniałem o tym, drogi Czytelniku, by rzucić Ci odpowiednie światło na ostatnie szaleństwo, jakiego się dopuściłem w maju, dwa dni przed oddaniem się w ręce chirurga. Ale cierpliwości, nie wszystko na raz.

Przed pamiętnym rozpoczęciem sezonu byłem częstym gościem w garażu "Jeja" i Edka. "Jejo" to ksywka Jerzyka, tak go nazwał Kacperek - dwuletni wtedy syn Edka. Mały był zżyty z "Jejem" bardziej chyba niż z ojcem, a jak nie mógł pójść do garażu, to stał w oknie i patrzył. Potrafił na godzinę się zawiesić. Gdy rankiem Jerzyk odpalał traję, to Kacper wyrwany ze snu wołał "Jejo". Edek pracował za barem, a "Jejo" miał sporo wolnego czasu. Powoli odkrywałem jego osobowość - otwarty, szczery, pogodny, choć potrafił też milczeć. Nawet nie wiem, w którym momencie staliśmy się kumplami. W wolnym czasie wskakiwałem w luźne ciuchy i leciałem do "Jeja". Jako dzieciak wychowałem się przy warsztacie samochodowym; teraz więc miałem wymarzoną odskocznię od codziennych pobożności czy szkoły. Przy dźwięku kątówki, szlifierki, w zapachu lakieru, szpachli, podkładu, benzyny a nawet młotka (one też pachną specyficznie!) odprężałem się. Przy okazji gadaliśmy o wszystkim. Lubiłem te rozmowy. "Jejo" - tyle mogę napisać - mimo relatywnie młodego wieku - był doświadczony przez życie. Opowiadał o swojej przeszłości, o wykonywanych zawodach, o przygodach. Po fajeczce wracaliśmy do grzebania - on majstrował przy trajach, ja przy deklach do Virago i w ogóle przy motocyklu, bo wszelkie narzędzia były pod ręką. Potem w garażu pojawiła się jeszcze Honda VT 750 C, którą bliźniacy kupili. Ich pierwszy motocykl. Trzeba go było przywrócić do życia. Załapali bakcyla:) Ha, z hondziną też był ciekawy wątek. Bracia nadali jej zewnętrzny blask w pełnym tego słowa znaczeniu - czarna, gruboziarnista perła, polerka... było na czym oko zawiesić. Nie chcieli jednak sami zaglądać do silnika. Oddali więc sprzęt w ręce mechanika. I zaczęło sie... Wymiana kolejnych podzespołów. I nic! Ciągle to samo! Shadowa do 4,5 tys. obr./min. się kręciła, a potem buuuueee, dusiła się, jakby wachy zabrakło. Nie pamiętam wszystkich wymienionych części. Nawet nocą gnaliśmy do Wrocławia po jakiś zregenerowany wałek. Silnik wciąż od 4,5 tys. robił buuuuee. Szukanie przyczyn trwało do końca wakacji. Honda skazana została na sprzedaż. Zniechęcenie bliźniakom nie przeszło nawet wtedy, gdy mechanik odkrył banalną przyczynę. A mianowicie - dekielek od wazeliny!!! Ten przeklęty kawałek blachy wpadł do puszki filtra powietrza i przytykał "oddech"! Honda zbierała się wspaniale po usunięciu dekielka, ale cieszył się z tego już kolejny właściciel.

Wrócę jednak do wątku ostatniego szaleństwa z "czarnulą". Dekle wypolerowane, ciepło, słońce, nowe skórzane spodnie. Wszystko grało. Tylko ten zabieg... Znowu odezwał się we mnie renegat, wrodzony buntownik. Chciałem się nacieszyć motocyklem, jak narzeczony wolnością w wieczór kawalerski. Ugadałem się z "Jejem" i uderzyliśmy na Czechy! Byłem niezłym przekrętem - bez prawka na obczyznę! Żółta trajka wzbudzała wszędzie takie zainteresowanie, że nawet brudna ściągała gapiów bardziej niż odpicowane obok niej "czopery i kruzery". Na granicy zatem pokazaliśmy uśmiechniętym celnikom jedynie paszporty. Nawet nie wiem, czy patrzyli na zdjęcia, bo wzrok ewidentnie uciekał im na trójkołowe cudo. Jazda smakowała jak bułka ze schabowym po całodniowej głodówce. Górki, zakręty, serpentyny... Pojechaliśmy aż do Karlovej Studanki pod Pradziadem. Wszamaliśmy "ciesnekovou polevku" i ruszylismy w drogę powrotną, wybierając jednak inne przejście. To był błąd! Ale po kolei.


Na granicy podjeżdżam pierwszy do okienka. Wyjmuję paszport...

- Jeszcze dowód rejestracyjny, zieloną kartę i PRAWO JAZDY proszę.

Ja pinkolę!!! Znowu "Michael Jackson szuka rozporka", czyli poklepuję się po wszystkich kieszeniach.

- Nie mam, zostawiłem w samochodzie...

- To proszę odjechać na bok i zaraz do pana podejdę.

"Jejo" zauważył, że coś się kroi. Odwróciłem się w jego stronę.

- Prawko... - wyszeptałem.


Młody oficer nie dał się przekonać żadnymi argumentami. On dzwoni na Policję i koniec. Mam wybór - prawko albo Policja.

- Zostało w samochodzie! Jak mam je panu pokazać?

- Niech kolega je przywiezie.

- W domu nikogo nie ma.

- Zatem dzwonię na Policję.

- Dobra, ja pojadę - odezwał się Jerzyk.

Odeszliśmy na bok, dałem mu klucze, wskazówki.

- Co mi przywieziesz? Prawko na samochód?

- Lepsze to niż nic. Pokażesz mu papier, a potem coś się wymyśli. Damy radę!


Godzinę czekałem na przejściu. Czułem się, jak dusza w czyśćcu, krok od raju. Choć w sumie trafniejsze porównanie będzie do Sądu Ostatecznego - mogłem trafić do piekła. W tym czasie zniecierpliwiony oficer dwa razy chciał rozwiać moją niepewność i sprowadzić jednak drogówkę.

- Proszę jeszcze zaczekać. On przyjedzie - zapewniałem.


Po godzinie zajechał na przejście czarny New Beetle. Z samochodu wysiedli "Jejo" i Piotrek, którego jeszcze nie znałem zbyt dobrze. Odebrałem prawo jazdy. Podchodzę do okienka, wręczam dokument.

- Nie można było tak od razu? - wymamrotał urzędnik.

Ogląda zdjęcie, pokazuję mu jeszcze zaświadczenie z badania wzroku, już prawie mi oddaje blankiet, gdy nagle słyszę:

- Ale moment! Pan nie ma uprawnień na motocykl! Co mi pan tu pokazuje?

- Uparł się pan, że musi zobaczyć prawo jazdy. Innego nie mam.

Konsternacja. Dłoń na słuchawce. Ja już w myślach prowadzę rozmowę na komendzie i czytam te artykuły wygłodniałych sensacji pismaków. Czas mi się zatrzymał... Strażnik graniczny jednak zaczął spoglądać jakby za mnie. Obejrzałem się. To był widok, jak z gangsterskiego filmu. Dwóch gości ubranych na czarno, niezbyt grzecznie, ciemne okulary, "Jejo" z fajką, Piotrek leniwie żuje gumę. Grymas na ich ustach i oczy utkwione w oficera były w tym momencie językiem ciała, którego przekaz mój "oprawca" musiał zrozumieć. "Motocykliści są wszędzie, a Ty kończysz kiedyś pracę..." - to tylko moja interpretacja ich postawy.

- Dlaczego pan wyjechał motocyklem bez prawa jazdy? - oficer już wyraźnie spuścił z tonu. Pan wie, czym to grozi? Dobrze, że ja pana zatrzymałem, a nie Czesi.

- Wiem, że zrobiłem źle. Już tego nie powtórzę. Nie wiem, co mam jeszcze dodać?

Oficer jeszcze raz spojrzał na moją "obstawę".

- Proszę odjechać stąd. Tylko może nie pan, niech któryś z kolegów poprowadzi.


W drodze powrotnej cieszyłem się jak małe dziecko. Ubaw mieliśmy jeszcze długi czas. Zaraz po operacji na poważnie zabrałem się za testy i przygotowanie do egzaminu. Dostałem nauczkę, ale też przekonałem się, że na prawdziwych kumpli mogę zawsze liczyć. Nawet w najgorszych opałach nie będą ratować własnych czterech liter, gdy mi się osunie grunt pod nogami. Jerzykowe "damy radę" na stałe pojawiło się w moim słownictwie. Nie myślałem wtedy jednak o tym, ze kiedyś ja będę mógł wyciągać go z granicy, ale już innej...

ARTYKUŁY POWIĄZANE

I bańka prysła...

11-04-2011
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
 
 
 
 
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms