załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

W KOLORATCE NA DWÓCH KOŁACH

Okres desperacji

ks. Janusz
27-04-2007, 08:00
OCEŃ ARTYKUŁ Okres desperacji kliknij i przesuń wskaźnik
Lekarstwem na duży silnik jest jeszcze większy silnik - tak mawiają Amerykanie. A złośliwe powiedzenie o facetach brzmi: "małego chłopca od mężczyzny odróżnia cena jego zabawek".

Miesiąc po operacji strzelił jak z bicza. W lędźwiach coraz bardziej rządziły chucie, pragnące dosiąść czegoś większego, poważniejszego niż Virago 535. Nie miałem kompleksów, ale wiosną - w dniu święcenia jajek - zrobiliśmy rundkę z chłopakami. Byłem zadowolony z tego, że środowisko prudnickich motocyklistów się nieco zintegrowało - zamożniejsi wyjeżdżali ze zjadaczami chleba, a ci drudzy nie patrzyli krzywym okiem na właścicieli drogich sprzętów. Także i tym razem tak było. W grupie jechał czarny Drag Star 1100 - wtedy moje mmmaaarzeeeenieeee. Specjalnie siedziałem mu na ogonie, by podziwiać gustowny tył, szeroką oponę i słuchać niskiego bulgotu akcesoryjnych wydechów. Przy 100 km/h Drag pracował tak spokojnie, jak "Czarnula" przy 80... a ja nie lubię wysokich obrotów. Na postoju właściciel Draga podsumował dyskusję na temat pojemności baku Virago ironiczną uwagą:
- Ten motocykl nie ma baku...
To zapadło mi w pamięci i mobilizowało, by jeździć "prawdziwym" sprzętem.

W okolicach czerwca zawitał u mnie kumpel z ogólniaka - Grzesiek, ten który kiedyś miał M-72. Sprawa była poważna - żenił się, a ja miałem prowadzić ceremonię. Na ślub pojechałem chętnie, wiedząc, że będzie w klimacie motocyklowym. Po obrzędach w kościele wyszliśmy przed świątynię. Formowała się parada, Grzesiek miał jechać z żoną na swoim pierwszym H-D. Mój wzrok powędrował jednak bardzo szybko na inne moto. Czarno-zielone, lśniące, długie, niskie - w cieniu rozłożystego drzewa stało Suzuki "Desperado". Nie mogłem się napatrzeć... Faceci są wzrokowcami, pierwsze spojrzenie, iskra zapłonu w sercu i już wiadomo, czego się pragnie. W domu natychmiast grzebałem w katalogach i ogłoszeniach... Ceny oscylowały w okolicach 16-18 tys. Przeliczałem, ile mogę dostać za Virago, ile za kolejny rower, ile mogę pożyczyć. Prognozy były pomyślne!

Na początku wakacji zdałem egzamin na prawko - nie ma się co rozpisywać, wszystko było legalnie, ot taki epizod. "Bolowi" przynudzałem, by pomógł mi znaleźć jakieś moto. Podsuwałem mu kolejne ogłoszenia z naszego regionu. On konsekwentnie mnie sprowadzał na ziemię - większość sprzętów znał i wymieniał ich defekty, jak O. Pio grzechy swoich penitentów w konfesjonale. Aż wreszcie pod koniec czerwca zadzwonił do mnie z jakiegoś zlotu:
-Pamiętasz VZ-tę ze ślubu? Będzie na sprzedaż. Stan ideał, sam widziałeś, a ja to potwierdzam. Przebieg 13 tys. Gotowy do jazdy. Kolesiowi się spieszy, bo nakręciliśmy go na H-D.
"Bolo" już wtedy należał do "Globusów", a tam Harley był "mile widziany". Zaraz też dał mi adres kumpla, do którego mogę zaraz podjechać i wypróbować Maraudera. Oczywiście skorzystałem z okazji, a gdy usłyszałem klang przy 120 na pustych wydechach, to nie chciałem innego motocykla. Przyspieszenie znacznie lepsze od Virago. Wygodny, duży... i z bakiem! "Bolo" jednocześnie znalazł mi kupca na Virago. Transakcja trwała kilka dni i stałem się posiadaczem VZ "Desperado" 1999! Stan igła, żadnych braków, idealne chromy. Najbardziej cieszyły mnie... emblematy na baku. W drodze powrotnej jedno tylko zaczęło mnie irytować - świst łańcucha. Dotąd był kardan, a teraz charakterystyczne "źszzźszżźszż" na tle oryginalnych wydechów do ostatnich wspólnych dni wzbudzało lekki niesmak. Do końca też próbowałem uwolnić wydechy, ale wbijanie i wiercenia na nic się zdały. Wybiegnę nieco w przyszłość - kolejny nabywca VZ zwyczajnie ściął cygara pod skosem, wybebeszył wnętrze i klang zwalał z nóg. Że ja na to nie wpadłem prędzej...

W Prudniku oczywiście pierwsze pojechałem do "Jeja". Oględziny, przymiarki. Hondy już nie było, a Jerzyk też rozglądał się za motocyklem dla siebie. Suzuki było małe dla niego, ale go podpuściło do aktywniejszych poszukiwań. Tego samego dnia, mimo dżdżystej pogody jeździliśmy po okolicach. Akurat wtedy odwiedził nas jeden z "Hells Angels Germany" - kolejne przeżycie, przynajmniej dla mnie. Ej, nie każdy może sobie pomykać z "Hellsem", a już jakiś księżulo lepiej niech trzyma się z daleka. A ja sobie nawijałem kilometry obok niego, gadaliśmy bez żadnych barier. Czułem się coraz bardziej akceptowany przez środowisko.

Ceniłem sobie ten fakt z wielu względów. Miałem kumpli spoza "branży", spotykałem ludzi z pasją. Ale nie bez znaczenia był też to, że czasem mogłem zaistnieć pośród nich jako ksiądz, którego potrzebowali. Nie wszyscy moi parafianie przychylnie patrzyli na skórę i motocykl. Tyle plotek, ile się nasłuchałem na swój temat z powodu pasji, to niektóre gwiazdy filmowe mają na swoim koncie. Ksiądz kojarzony jest z mnichem odciętym od świata i spędzającym czas w kościele.
Jeżeli już zadaje się z ludźmi, to tylko z wiernymi parafianami. Inni są be i nie wolno z nimi spędzać czasu. Zupełnie daleki to pogląd od Ewangelii, ale cóż - często polski katolik nie zna w ogóle Ewangelii, ale wszystko wie najlepiej. Jeszcze do tego są ludzie, którzy wrzucą do koszyka 2 zeta i chcą mieć "czarnego niewolnika", który będzie tak idealnym katolikiem, jakim oni nie mają czasu być. Stąd też uchodziłem za "diabła w skórze", "wariata po wielu wypadkach" i sprowadzałem motocyklistów na złą drogę. O innych bzdetach nie będę wspominać, bo szkoda mi opuszków na pisanie. Po latach dopiero zaczynam rozumieć, że ksiądz, owszem, jest DLA ludzi, ale nie jest ich niewolnikiem. Służyć i być jednocześnie sobą, to wyzwanie. Ja łączyłem pasję z czasem poświęconym "czarnym owcom", choć z bliska wiele z nich jest mniej czarnych od tych białych i świątynnych...


Wakacje nie obfitowały w wyjazdy, bo zabawka mnie uderzyła trochę po kieszeni. Ale co tam, damy radę - jak mawiał "Jejo". Wczesną jesienią "Jejo" zrobił się trochę tajemniczy - w garażu pojawiły się pootwierane katalogi motocyklowe, giełdy itd. Lecz pary nie puścił z gęby. Coś wspominał o Gold Wingu w limitowanej wersji, coś o Valkyrii, ale to wszystko tak jakoś enigmatycznie owijał, że trudno było go rozpracować. Aż tu nagle, pewnego pochmurnego i zimnego dnia, będąc w drodze puszką do Opola, zauważyłem w oddali pojedyncze światło. "Jeden z naszych" - pomyślałem. Jeździec się zbliżał. Już słyszałem dźwięk motocykla. Mignął, gdy się mijaliśmy. Potężny mastodont, prychający głębokim basem. Klang oddalającego się motocykla był zniewalający. Zaraz za nim jechał "Jejo" VW-em. Łapię za telefon, dzwonie do niego (wiadomość dla drogówki - oczywiście zatrzymałem pojazd):
- "Jejo", to Twój"???
- Januszku, kupiłem "Wild Stara"!!!
Zawsze zdrabniał moje imię, gdy był podekscytowany. Widziałem już, że w Opolu długo nie zabawię. załatwiłem, co trzeba i dzida do garażu. Na miejscu kolana mi się ugięły - jakie to wielkie! Kloc stali, pojemność bez kompromisu, żadnych plastików imitujących metal. Puste "Cobry", wibracje nadwozia i ten kolor - jasna kawa z mlekiem i złoty metalik. Cudo! Cieszyłem się razem z "Jejem". Przy fajeczce kontemplowaliśmy szczegóły, centymetr po centymetrze. Po kilku dniach "Jejo", który nie zsiadał już z motocykla, podjechał pod plebanię. Zrobiłem małą rundkę po placu, potem podwiózł mnie pod same drzwi kościoła - sensacja była spora, bo akurat ludzie na nabożeństwo ściągali.

Zimą czekaliśmy na wiosnę od pierwszego śniegu. Bliźniacy do garażu wstawili butlę z gazem, było więc ciepło. Do dzisiaj czuję ten klimatyczny zapach. Grzebaliśmy przy motocyklach, pojawiały się kolejne akcesoria. U Jerzyka w mieszkaniu drażniliśmy sąsiadów, nabijając ćwieki w skórę siedzeń przy muzyce Dire Straits czy oglądając Easy Ridera. W styczniu zaprzyjaźniony kumpel motocyklista - prezes dużego banku - zabrał nas do Warszawy. Potrzebował kierowcy, a dla nas to wycieczka była. Na miejscu on wskoczył w garniak i na posiedzenie rady pobiegł, a my woziliśmy się Toyotą Camry po stolicy. Oczywiście na mapie mieliśmy zaznaczone wszystkie salony motocyklowe. Kilka chromów znalazło się w bagażniku - znowu tylko "czoperowcy" zrozumieją, jak cieszy taka biżuteria. Wieczorem na Starówce zasiedliśmy do kolacji - zamówiłem kangura; musiał być bardzo „wyskakany", bo żułem go chyba z godzinę. Nie polecam.

Zimą także Edek (brat Jerzyka) nie wytrzymał i kupił motocykl. Ale on nie czuł klimatu "traktorów" i dosiadł Varadero. Musiał wypróbować nowy nabytek mimo niskiej temperatury. Skończył w szpitalu, bo jakiś smark zajechał mu drogę na skrzyżowaniu w mieście. Tak zbaraniał na widok motocyklisty w styczniu, że zamiast stać, to ruszył, wymuszając pierwszeństwo.
- Każdą już Hondę będę na początku remontował?! - wściekał się Edek w szpitalu. Wyglądał niezbyt ciekawie, coś jakby spotkał się z Tysonem i nie przypadł mu do gustu. Ale żył, to było najważniejsze!

Sezon zapowiadał się bardzo ciekawie - motocykle ubrane, prawko w kieszeni, pomysłów bez liku. Zwłaszcza jeden z nich wzbudzał emocje - prezes banku nakręcał wyjazd na Ukrainę! Aż do Kijowa! Lecz do czerwca jeszcze kawał czasu...

ARTYKUŁY POWIĄZANE

I bańka prysła...

11-04-2011
Pokora – wbrew częstemu utożsamianiu jej ze spuszczaniem głowy i mówieniem „deszcz pada”, gdy plują nam w twarz – pochodzi od łacińskiego słowa humilitas (z łac. humus – ziemia).
 
 
 
 
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms