Mimo iż sierpień trwał w najlepsze, to pachniało już jesienią. Mi udało się wyrwać jeszcze do Zakopanego. U rodziny nabierałem sił do roku szkolnego. Znaczy się próbowałem nabrać sił, bo Górale lejąc trunek potrafią prowadzić dialog semantyczny.
- Ale tylko trochę. Ej, no mówiłem, że tylko trochę (wujek leje nadal).
- Ale łod góry, cy łod dołu tylko troskę? - pyta filozoficznie.
Takie trzy dni mimo wszystko naładowały mnie energią...
Śmierć "Bola"
Prażyliśmy się z góralską rodzinką na słońcu. 28 sierpnia, czwartek. Słowacja - wody geotermalne, widok na Tatry i pola. Z sielanki i bujania w obłokach wyrwał mnie sygnał komórki.
- Mama? Co się stało?
- Byli u mnie przed chwilą Janusz z Marianem... Tomek nie żyje! Będą do Ciebie dzwonić w sprawie pogrzebu.
Zamilkłem. "Bolo" odszedł. Jak? Chyba nie w wypadku? Przecież jeździł świetnie. Zresztą na kupionym kilka miesięcy wcześniej H-D nie szalał. Znowu telefon.
- Janusz? "Bolo" nie żyje. Kiedy będziesz w domu? Chcielibyśmy, żebyś poprowadził jego pogrzeb - poznałem głos Janusza, motocyklisty i właściciela zakładu pogrzebowego.
- Tak, dobrze, nie ma sprawy, jutro będę. A kiedy pogrzeb? - pytałem otumaniony.
- Załatwiamy na sobotę.
Podróż powrotna była odliczaniem kilometrów. 'Bolo' jeszcze nie tak dawno zakładał mi K&N'a, dłubał przy gaźniku. Ja mu nawijałem o brakach w karoserii "Volusii". Skwitował to prosto:
- Popatrz na mojego H-D. Na zewnątrz nic szczególnego, nawet schamiony trochę. Powiedziałbyś, że ma 90KM? Nie! A silnik jest jak żyleta. Motocykl ma jeździć a nie tylko wyglądać. No wsiadaj i jedź, podkręciłem mieszankę. Może teraz będzie lepiej. Chłopaki na miejscu opowiedzieli, jak to się stało. Jechał na prostej, obrzeża Nysy. Świadkowie mówili, że powoli jechał, zresztą licznik zatrzymał się na 60 km/h. Z warsztatu oponiarskiego wyjechał samochód... kierownica motocykla wbiła się w ciało. Kilka godzin na stole operacyjnym, niestety... Byliśmy tym wszystkim podłamani. Znaliśmy go bardzo dobrze, nie tylko jako mechanika. Ja zaglądałem do niego, ilekroć jechałem do domu. Podziwiałem customy, które składał na zamówienie.
- Co to za koło od wozu? - zapytałem, wskazując na okrągły kawał grubej blachy.
- Ja ci dam koło od wozu!!! To felga z Fat Boya... do mojego sprzętu!
Zimna dłoń Przyjaciela
W Prudniku szykowaliśmy się do wyjazdu na pogrzeb. Podjechałem do garażu. Było już około 18. Jerzyk wracał z jakiegoś wyjazdu. Dzwonił z drogi, że po 19 będzie. Nie chciało mi się czekać na miejscu, pojechałem do siebie.
Około godziny 20 telefon. Zaglądam na wyświetlacz. Maniek?
- No cześć! Co tam?
- Prałat, jaką Jerzyk ma rejestrację przy motocyklu?
- He he, OPR C997! A co?
- Powtórz jeszcze raz.
- C997... ale co?
- Bo wiesz... nie chcę z tym do Edka od razu... Kumpel z sanitarki do mnie dzwonił...
Zrobiło mi się gorąco, zamilkłem.
- Jakiś motocyklista miał wypadek pod Prudnikiem. Rejestracja "OPR C997"... leży na drodze...
- Gdzie???!!! - wykrzyczałem.
- Jak się na Dytmarów jedzie.
Wybiegłem do garażu, wsiadłem do samochodu, dzwoniąc jednocześnie do Edka.
- Edziu, jedź szybko na Dytmarów. Jedź i nie pytaj... Jerzyk...
Było już po 20, robiło się ciemno. Padał deszcz. Wycieraczki ścierały krople wody. Na drodze w oddali błyskały na niebiesko koguty. Droga była zablokowana jakiś kilometr od wypadku. W drodze modliłem się, by to była pomyłka, by żył. "Boże, tylko nie on, błagam - nie on!" Przed blokadą stał Maniek - też motocyklista. Zatrzymałem się. Wsiadł do samochodu. Był cholernie roztrzęsiony.
- Nie chcieli mnie puścić dalej.
- Siadaj, mnie przepuszczą.
Policjant, który nas zatrzymał, spojrzał przez szybę. Pokazałem mu oleje do namaszczenie.
- Ja do kolegi - powiedziałem stanowczo.
Machnął by jechać. Po kilkuset metrach jazdy szybko wysiadłem z samochodu. Edek stał obok wozu strażackiego. Ratownicy i policjanci uwijali się wokół zabezpieczania śladów wypadku. W snopach świateł reflektorów samochodowych krople siąpiącego deszczu wyglądały jak ulewa. Podbiegłem do Jerzyka. Leżał na asfalcie przykryty jakimś kocem. Trzy kilometry od domu. Upadłem na kolana. Złapałem jego zimną dłoń. Płacz mną targał, zrobiło mi się cholernie zimno. Wnętrze mnie piekło. Zacząłem przez łzy wypowiadać słowa absolucji generalnej:
- Na mocy władzy... udzielonej mi... przez Stolicę Apostolską...
Nie mogłem zebrać myśli, w głowie kotłowały mi się wszystkie formuły. Ryczałem. Tyle już razy stałem przy umierających. Teraz nie mogłem się skupić.
- Udzielam ci odpuszczenia... wszystkich twoich grzechów... w Imię Ojca, i Syna... i Ducha Świętego.
Tego, co czułem nie da się opisać. Z jednej strony wiara, z drugiej bunt. Dlaczego on? Za co? Jak można Ci służyć?
- Prałat, gdzie jest ten twój Bóg? - pytał Maniek. Nie wyczułem w tym pytaniu żadnej złośliwości, tylko wielki żal.
- Nie wiem gdzie jest?