Wiedziałem, że motocykliści do zbyt potulnych i grzecznych połykaczy kaemów nie należą, ale nie przypuszczałem, że do nich dołączę. Tymczasem nowy sezon 2003 już od początku na to wskazywał - coś wisiało w powietrzu i wkrótce zrobiło się naprawdę gorąco.
Końcówkę zimy spędzaliśmy z "Jejem" i Edkiem w garażu. Powoli, bez pośpiechu ozdabialiśmy motocykle nową biżuterią. Każdym elementem trzeba się nacieszyć, więc po co zakładać wszystko na raz? Gazowe ogrzewanie z nawiewu gryzło w oczy, dym Marlboro stwarzał klimat, a my przy muzyce AC/DC, Dire Straits nabieraliśmy smaku na jazdę (pisząc, też słucham tych kapel). Wokół nas pojawiało się coraz więcej nowych. Dawni znajomi bliźniaków ściągali do garażu jak do Mekki; wychodzili z zawiechą, przeliczając w myślach kasę na moto, bądź prowadząc wirtualny dialog z żoną. Trzeba się nagłowić, żeby uznała wyższość motocykla nad meblami do kuchni... Faktem jest, że maszyn przybywało - nie wymienię może wszystkich, ale zawitał do naszego grona przesympatyczny gościu o posturze niedźwiedzia - Remek, trener karate. Wcześniej Piotrek na ścigu, który - tak jest do dzisiaj - jako seryjny motocykl nie miał prawa bytu. O innych nie będę wspominał; nie żebym lekceważył, ale byłoby to nudne.
Nadszedł wreszcie dzień - "lany poniedziałek"- kiedy wyjechaliśmy sporą grupą na drogę. Około 20 motocykli zjechało się do Mosznej pod zamek. Większość z nich należała do WRM-u. Kilku już znałem, ale nigdy nie jeździliśmy razem za wyjątkiem parady. Jerzyk z Edkiem byli wtedy jeszcze prospectami. Ja wkrótce - nic nie wiedziałem oczywiście - miałem zostać... hmmm, jak to określić? "Honorowym członkiem"? Brzmi nieco genitalnie. Powiedzmy "sympatykiem klubu" z plakietką WRM na kurtce (moja duma), ale wróćmy do tematu. Wyjechaliśmy w stronę Głuchołaz. W blaskach wiosennego słońca wzbudzaliśmy entuzjazm, tocząc się po okolicznych wioskach. Dzieciaki z rogalami na twarzy, ukradkiem zerkające dziewczyny, prowadzone za rękę przez zazdrosnych chłopaków... znacie to, co? W każdym bądź razie grupa 20 jeźdźców się rozciągnęła, a ja tego dnia jechałem na przedzie. W Jarnołtówku bujamy się 40 na godzinę po ciasnych zakrętach, mimo małej prędkości znacznie się oddaliśmy od grupy. Ja rozkoszowałem się lśniącym Desperado, on Dragiem 650. Krótka prosta, przygazówka i ... nie, nie było gleby. Ale przypomnij sobie, jaki to był dzień. "Lany poniedziałek", dobrze. A w tradycji polskiej tego dnia polewa się wszystko, co się rusza i na drzewo nie spinkala (ucieka). Na tej krótkiej prostej nagle coś mi się szybka zrobiła zachlapana jakaś! Kilku gości stało przy drodze. Hamulce!!! Pisk! Oj, ja spokojny jestem, ale do czasu, "łojciec górol, to wicie?". Jako dzieciaka zlali mnie, gdym na rowerze wracał z kościoła. Zszedłem, zagadałem, chwila nieuwagi i prowodyr był mokry kompletnie. Dostałem potem, ale wcześniej swoje zrobiłem. Tym razem też nie miałem zamiaru popuścić. I teraz przydałoby się zwolnione tempo i jakaś muza. A było tak: zatrzymałem motocykl, szybka do góry.
- Chcesz dostać? - rzuciłem do jakiegoś kolesia z pustym wiadrem w ręku.
Dwaj pozostali już się zbliżali z uśmiechem dzikim, jakby chcieli mi dać do zrozumienia, że zaraz może ich być więcej. Nagle z oddali dał się słyszeć przytłumiony huk i ryk motocykli. Obejrzałem się. Zza zakrętu wjeżdżały na lekkie wzniesienie kolejne motocykle. Najpierw pojawiały się kaski, światło, potem cała reszta. Zbliżali się... w oczach "polewaczy" zobaczyłem strach. Zamarli w bezruchu, takiego obrotu sprawy się nie spodziewali. Jeden rzucił wiadro, dwóch pozostałych uciekało z obciążeniem... chętnie nakręciłbym coś takiego.
W kwietniu było kolejne rozpoczęcie sezonu przy kościele. Impreza jeszcze liczniejsza od poprzednich, bo naliczono blisko 100 sprzętów. Tym razem jednak doszedł kolejny element - impreza przy grillu itd. Chłopaki ujawnili swoje zdolności organizacyjne - wystarczyło tylko hasło. Normalnie czad! Wszystko się nam zgadzało.
W czerwcu, jakoś na początku miesiąca, zebraliśmy grupkę 5-6 jeźdźców. Ot, taki sobie mały wypad po pracy. Słonko grzało pięknie, sama rozkosz. W drodze powrotnej na obrzeżach Nysy trochę odkręciliśmy - chyba
do 120. Droga szeroka, koniec miasta, ale nadal teren zabudowany. Nagle po lewej ukazał się patrol, policjanci tylko obrócili głowami za nami. Spuszczaliśmy już z gazu, ale...przepisy są przepisami. Zaraz było ostro w lewo, koniec miasta i prosta. Zaglądam do lusterka - coś na długich za nami jedzie! Czyżby jednak Panowie wsiedli do Poloneza? Nie wiem, co mi odbiło, ale odkręciłem. Lusterka drżały, trudno było rozpoznać, czy auto w odbiciu ma coś migającego na dachu. VZ ładnie się zbierało. Nie napiszę, z jaką prędkością jechałem he he. Zimą jednak na kolędzie jakaś mamuśka zapytała:
- A rodzice się nie boją, jak ksiądz tak na tym motorze...?
- Ja spokojnie jeżdżę.
- Taaa, spokojnie. Wracaliśmy kiedyś z synem. Ja do niego krzyczę, żeby zwolnił, bo leciał jak wariat 140. A tu nagle jakiś motor nas wyprzedza i szybko się oddala...
Uśmiechnęła się. Mijałem jakieś Audi na prudnickich blachach, "ale jednemu psu na imię Burek?" Spoko, wracam do wątku "pościgu". Zwolniłem trochę, zaglądam znowu w zwierciadełka - to nie policja! Uff! Ktoś nam siedzi na tyle z długimi.
Dojeżdżając do Prudnika zauważyłem nagle wyprzedzające mnie auto. Srebrne Palio Weekend. Ale prawą stroną mało co mnie nie zahaczyło.
- Co to? Deszcz? Olej mu z wydechu rozpyla? Sam do siebie mamrotałem pod nosem. Całą szybkę miałem bowiem czymś zapyloną. Przetarłem... i dopiero teraz zauważyłem - koleś sobie wodotryski włączył i trzymał, jakby okoliczne drzewa podlewał. Cała ciecz ze strugą powietrza szła na mnie.
- O ty...hmmm (cenzura).
Za sobą usłyszałem grzmot wydechów Remka, a po chwili kilka motocykli już mnie wyprzedzało. Palio wyraźnie przyśpieszało. Manetka, gaz, za nim. Wpadamy do miasta. Ten wariat ucieka nadal. Jeden łuk, drugi, redukcja, gaz i mamy cię! Na skrzyżowaniu już był zablokowany. Remek - lewy przód, ja prawy przód, reszta chłopaków po bokach i na tyle.
- Co jest? - zapytałem.
- Ten gnój od Nysy podjeżdżał mi pod sam błotnik.
- Jak wyprzedzał, to zajeżdżał drogę.
- Idiota! Pryskał wodą cały czas.
- Mnie spychał na rów przy wyprzedzaniu!
Lista zarzutów długa, jak litania za pokutę po spowiedzi. Remek wyraźnie zdenerwowany. Może być ciepło. Podchodzimy do samochodu. W środku siedzi czterech lalusiów w firmowych ciuszkach kolorowych. Perfumami dają przez zamknięte szyby.
- Wyłazić cwaniaki!
Remek bujał samochodem, jak kołysanką z noworodkiem. Za szybą wydygani goście ze spuszczonymi oczami, drzwi zablokowane. Sytuacja napięta. Skrzyżowanie zablokowane. Auta bez trąbienia mijają nas, reszta grzecznie czeka. Pasażer złapał za komórkę, ale mu wypadła z rąk. Potem zaczął spisywać moją rejestrację.
- A spisuj sobie! Kto ci uwierzy, że ksiądz chciał ci wtłuc? - pomyślałem.
O dziwo, gdy emocje już opadły po 10 minutach, wszyscy odstąpili od samochodu, rzucając jedynie spojrzenia dzikie... Chłopaki w końcu zaczynali sezon w kościele Miłosierdzia. Może ono wzięło w nich górę nad odwetem? Może. Ale to była tylko próba generalna. Rok 2003 był ogólnie bogaty w wydarzenia, za bogaty. Z dnia na dzień jednak zbliżał się termin wyjazdu na Ukrainę. To przyćmiewało wszystkie dotychczasowe przeżycia. Ukraina! Dzicz, najdłuższa podróż, niepewność. Im bliżej 10 czerwca, tym większe podekscytowanie...