Jeśli drażnią Cię, Czytelniku, autoerotyczne opisy, to może tego nie czytaj. Jednak pewien Gościu z Forum Motocyklistów uznał je za sens "motocyklizmu". Ja się przychylam do tej opinii. Zresztą nudzi mnie techniczne przedstawianie motocykla.
Rok 2005 był przełomowym w moim życiu. Pod koniec sierpnia pojechałem do kina obejrzeć "Skazanego na Bluesa" i nawet się nie spodziewałem, że po seansie zacznę być innym człowiekiem. W ciągu tych kilkudziesięciu minut odnalazłem siebie sprzed studiów - chłopaka z ogólniaka, który namiętnie słuchał "Dżemu", przeżywał wzloty, upadki i ostateczną przegraną Ryśka. Co się działo w moim wnętrzu po wyjściu z kina pozostanie tajemnicą. Zupełnie wyluzowałem i przestałem odgrywać jakąś rolę w życiu, która należała do obcego mi scenariusza.
Jeszcze nim zobaczyłem ten film, gadałem z Piotrkiem - tym co śpiewa i nie pojeździ na oryginalnym motocyklu.
- Byłeś już na "Skazanym"?
- Nie, ale się wybieram.
- Jedź! Warto. Ja miałem wilgotne oczy pod koniec filmu. U nas w zespole też mamy takiego - stacza się i nikt nie może mu pomóc.
"Jak można płakać na takim filmie, skoro życiorys bohatera już się zna?" A jednak można.
Początek wakacji
Edek miał już dosyć moich pomysłów na temat kolejnego motocykla. Kobieta w sklepie z ciuchami bywa bardziej zdecydowana niż ja wtedy. Allegro stało się niemal brewiarzem - rano, wieczór we dnie, w nocy... W rankingu prym wiodły dwa sprzęty - Drag Star 1100 i VTX 1300Ceny trochę sprowadzały mnie na ziemię, ale jak to jest z marzycielami- rzeczywistość naginają do fantazji.
Wakacje planowałem spędzić w sprawdzonym miejscu - Łebie. Szukanie chętnych spełzło na niczym - jak w Ewangelii: wielu zaproszonych na ucztę, lecz każdy się wymawiał:
- Ja pracuję, nie mogę jechać.
- Ja kupiłem samochód, musze go wypróbować.
- Ja mam żonę, nie puści mnie samego.
Jeden z plusów celibatu - "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem". Nim jednak wyruszyłem na samotne wojaże, czekały mnie dwie imprezy - TOH Party na miejscu i zlot w Myślenicach. Obie udane, chociaż na tej drugiej już się nudziłem. Nie, nie jest to przytyk pod adresem organizatorów. Wręcz przeciwnie. Ale co ja mogę robić na zlocie? Towarzystwo miałem wyborowe - chłopaki z TOH-u i WRM-u. Pogoda super, sprzętów sporo.
A jednak... przy scenie nie postoję długo, bo mi "stróże" striptiz wypominają - że oglądam, a nie że robię. Usiądę w towarzystwie przy piwie itp., to zawsze się znajdzie chętny do zwierzeń. A wiesz, jak to jest z facetami po alkoholu?
- Ja kiedyś byłem nawet ministrantem. To się nachodziłem do kościoła i napatrzyłem. A teraz nie chodzę, ale u nas jest taki ksiądz. On to furę ma taką. Równy koleś/strasznie wredny (niepotrzebne skreślić)... i zaczyna się osobista historia, długa, zawiła... Ja wysłucham, przynajmniej będę się starał, bo muzyka łupie, towarzystwo ciągnie swoje tematy, a mój rozmówca próbuje przekrzyczeć wszystko. Czytałbym mu z ust, ale jak to zrobić, gdy one w alkoholowym upojeniu robią się ślimacze i odmawiają posłuszeństwa nosicielowi? Układ warg do poszczególnych słów jest walką o synchronizację języka, szczęk i ust. Parodiuję teraz oczywiście. Na zloty i tak będę czasem wpadał.
Rodzina przez duże "R"
Nie pamiętam, czy to było na tym zlocie, czy następnym - raczej w 2006. W każdym bądź razie podszedł do chłopaków z TOH-u "Jastrząb" - gościu ze Śląska, niski, krępy. Znaliśmy się jakiś czas.
- Chłopaki, jest dzieciak, który nie słyszy od urodzenia. Lekarze powiedzieli, że to już ostatni dzwonek na operację...
Wiecie, jak długo trwała spontaniczna zbiórka do kasków na operację? A może pół godziny minęło i "Jastrząb" trzymał w dłoniach kasę. Szkliste oczy mówiły wszystko. Natomiast wiosną tego roku dowiedziałem się, że operacja się udała i dzieciak zaczyna słyszeć! Tacy są motocykliści - ludzie skrajności, żyjący na krawędzi, którym do czynienia dobra nie potrzeba zaświadczeń, odpisów od podatku, medialnego szumu.
Wyrwać się i jechać!
Zbliżał się mój samotny wypad. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, rozpisałem trasę i w drogę. Uwielbiam to - być zdanym na samego siebie, jechać jak najdalej od tzw. domu. Stać się kimś zupełnie anonimowym, kto nie musi wciąż spełniać czyichś oczekiwań 24h na dobę. Być postrzeganym jak zwyczajny obywatel tego kraju, a nie osoba publiczna, która musi żyć według utartych schematów "żywicieli". Jeśli nie rozumiesz, o czym piszę, to przypomnij sobie swoją reakcję na słowa rodziców:
- Póki my cię utrzymujemy, żywimy, dopóki mieszkasz pod naszym dachem na naszej łasce, to robisz tak, jak my chcemy.
I co? Już pojmujesz? Trudno być sobą, gdy ludzie mają zakodowany w głowie scenariusz Twojego życia, czasem archaiczny i nieprzystający do rzeczywistości. Ksiądz nie pije kawy, nie słodzi, nie wie, co to słodycze, tylko się modli, a prywatne życie spędza w pokoju. To nie żarty przewrażliwionego faceta, lecz zabarwione lekką groteską poglądy na temat mojego fachu. Wyrwać się z tego podczas wakacji, to dla mnie wydobyć głowę spod wody i nabrać powietrza.
Jazda składa się z chwil. Bywa, że chwila kilkusekundowa rozciąga się w zwolnionym tempie, a wyostrzone zmysły postrzegają wszystkie składowe rzeczywistości. Im więcej takich momentów, tym bardziej karmimy się nawijaniem kilometrów. Składałem się do ostrego zakrętu w jakiejś wiosce. Zwolniłem, bo drogowcy "wspaniałomyślnie" łatali dziury sypkim asfaltem. Za rogiem, na progu domu stała dwójka dzieciaków - na oko mieli po 13 lat. Jeden z nich z wyraźnym entuzjazmem na twarzy wyprostował kciuka do góry. Posturę miał słuszną, a z wykrzywionymi ustami w kształcie "yeeaah" wyglądał, jak młody "harleyowiec" - pulchny i z dzikim spojrzeniem. Ryknąłem z wydechów, spłacając dług wdzięczności - kiedyś ja tak stałem. "Ciekawe młody, czy pójdziesz za głosem swej natury? Zew wiatru masz we krwi. Obyś się nie dał wtłoczyć w nudne życie." Myśl niewypowiedziana była błogosławieństwem. Zaklęciem "dobrożyczącym". Sekundy, a tak zapadają w pamięci.