„Eljot”
Andrzej sięgnął drżącą dłonią po telefon komórkowy. Żona właśnie brała prysznic. Z łazienki dobiegał charakterystyczny szum wody i głuchy stukot kropel, uderzających o kabinę i brodzik. Momentami strumień wody musiał padać na jej ciało, bo robiło się cicho. Po chwili dał się słyszeć metaliczny odgłos „słuchawki” wkładanej w uchwyt. Woda została zakręcona. „Teraz albo nigdy” – pomyślał, odblokowując Nokię, należącą do żony. Serce wyraźnie biło mu mocniej, jakby już wiedział, co znajdzie w skrzynce „WIADOMOŚCI SMS”. Kilka minut wcześniej sam dostał wiadomość od koleżanki z firmy swojej „połówki”. „Cześć! Glupia sprawa, ale pilnuj lepiej żony. Magda. P.S. pogadamy przy okazji. Pa.”
Kciukiem potwierdził „OTWÓRZ”. Pięć ostatnich wiadomości należało do „Eljot”. Domyślił się, że to najzwyczajniej chodzi o inicjały L.J., czyli Leszek Jamrozik. To imię i nazwisko już od jakiegoś czasu wzbudzało w nim negatywne uczucia. Podejrzewał coś, ale ciągle brakowało mu dowodów. Gdy Asia – żona – wróciła z ostatniego szkolenia jakaś odmieniona, postanowił coś z tym zrobić. Miał już dosyć trwającej od dwóch miesięcy obojętności. Zachowywała się irracjonalnie, nie miała ochoty na seks, błądziła gdzieś myślami, dom i wszystko, co z nim związane drażniło ją. Gdy przytulał się do niej albo mówił jakieś zalotne komplementy, to zbywała go; chyba nawet udawała, że nie słyszy. Czas więc na chwilę prawdy…
„Asiu nie moge zapomniec o ostatniej kolacji:) caluje. Dobranoc.” Andrzeja aż ścisnęło w brzuchu, a serce mu zakołatało. Błyskawicznie przeszedł do następnej wiadomości…
„Przy Tobie czuje sie fantast. Twoja kobiecosc doprowadza mnie do szalu. Juz marze o kolejnym spotkaniu:-*”
Dalej już nie chciał czytać. Wyszedł z wiadomości i odłożył telefon. Więcej dowodów nie potrzebował. W głowie mu zawirowało. Pośpiesznie zdjął kurtkę z wieszaka. Założył buty i wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Droga po schodach do garażu zajęła mu kilka sekund. Odruchowo nacisnął w ciemności kontakt. Świetlówki zaklikały specyficznie. Andrzej jak zaprogramowany wykonywał wszystkie czynności – uruchomienie motocykla, uchylenie bramy, nerkowiec, zapinanie kurtki, kask, rękawiczki. Patrząc z boku można by odnieść wrażenie, że żadna sekunda nie była zmarnowana, a jeden ruch przechodził płynnie w następny. Nawet kask zakładał wsiadając jednocześnie na motocykl. Chwycił za kierownicę, stawiając do pionu masywny i dudniący kawał stali. Jeszcze tylko zapięcie kasku, wrzucenie jedynki… Srebrno-czarny ‘Fat Boy’ prawie wyskoczył z garażu, jakby maszyna przez empatię wczuła się w nastrój właściciela. Wydawała się być równie wściekła, jak on, a wbijając się na główną, zostawiła sporą czarną krechę za sobą.
Andrzej mknął przed siebie. Wprawdzie nie katował Harleya, nie wyprzedzał wszystkiego, co się rusza, ale na twarzy miał wypisaną bezwzględność. W głowie mu kotłowało. Z jednej strony wściekłość, z drugiej głęboki żal. Osmoza myśli. Miał ochotę dorwać gościa i sponiewierać, jak ścierwo. Jednocześnie kłócił się w myślach z żoną. Po chwili ściskało go w gardle i przełykał ślinę, gdy pomyślał, że wszystko się może skończyć – rodzina, którą tworzyli, wspólne lata, wzajemne zaufanie, czułości po cichych dniach. Z jednej strony nie chciał tego tracić, z drugiej czuł odrazę do kobiety, którą pokochał. Czarny scenariusz w głowie układał się niczym puzzle. W retrospekcji zaczynał pojmować poszczególne fochy żony. Sama myśl o tym, że jakiś obcy facet mógł nawet trzymać ją za dłoń w restauracji i przy świecy ściemniać coś, patrząc mętnym wzrokiem w oczy… ta myśl wzbudzała w nim taki gniew, że odczuwał kłucie w jamie brzusznej. Myślał nawet, by zabawić się z jakąś panną. Po co? By nie czuć, że cierpi bez winy…
Rozmowa z kumplem
Podjechał pod sklep motocyklowy kumpla. Z Edkiem znali się od lat i wiedzieli o sobie praktycznie wszystko. I jeden drugiego nigdy nie wsypał. Zdjął kask, rękawice i wszedł do środka, rozpinając w drodze kurtkę.
- Cześć!
- Cześć! Masz dziś wolne? Dawno nie zaglądałeś do firmy. Co cię sprowadza?
- Masz chwilę na rozmowę? – Andrzej tak bezwiednie zadał to pytanie, że kumpel błyskawicznie odczytał z jego zrezygnowanej twarzy, iż stało się coś poważnego i z pewnością nie chodzi tu o Harleya.
- Łukasz! – Zawołał w stronę warsztatu.
- Tak?
- Łukasz, zastąp mnie na sklepie. Muszę zniknąć na jakiś czas. Będę na zapleczu, ale tylko do tragedii mnie wzywaj. A tak, to „szefa nie ma”.
- Jasne. Nie ma problemu. Już idę. – W drzwiach ukazał się młody chłopak. Wysoki i bardzo podobny do szefa. Był jego synem. Przywitał się z Andrzejem.
- Łukasz, tutaj masz kilka zamówień na biurku. Zadzwoń zaraz w sprawie opony do srebrnej VFR-ki. „Dunlopka” miała być już wczoraj i nie ma. Acha i dowiedz się, kiedy będzie do odbioru cylinder po szlifie do skuterka z reklamacji.
- Spoko – Łukasz rozsiadł się za biurkiem i złapał za słuchawkę telefonu, wystukując numer.
- Dawaj na zaplecze – kumpel objął Andrzeja i razem wyszli ze sklepu.
- Zobacz, jaka jesteś ładna.
Mała kobietka kręciła główką, zerkając z uwagą na swoje odbicie.
- Moja modelka. – Ojciec podrzucił Ewelinę i trzymając na prawym ramieniu poszedł po schodach do mieszkania."
Mój ulubiony fragment tego opowiadania. Świetnie ksiądz zna psychikę małych (i nie tylko) dziewczynek. Nawiasem mówiąc, oby więcej takich ojców jak Andrzej na świecie...
A tak poza tym, ma ksiądz fajny, własny styl. Opowiadania czyta się lekko, z przyjemnością. I co z tego, że są czasami przewidywalne (zresztą tylko trochę:), ważne jest przecież przesłanie.
Pozdrawiam.
Odnośnie ciekawostek kulturalnych - nie kwestionuję ich wartości. Jak najbardziej.
Ale zalecałbym ostrożność - żeby z różnorodności nie zrobić synkretyzmu. To zawsze koślawo wychodzi. Jak dieta wegetariańska w Polsce o klimacie północnym czy owoce morza w Zakopanem - świeże na pewno być nie mogą i sobie można biedy żołądkowej narobić. Wiem co mówię... he, he.
Podobnie myślę jest z tą "różnorodnością".
Przyznam, że uderzyło mnie to. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się ok – taka błogość, spokój, równowaga, harmonia... To kultura Dalekiego Wschodu. A z drugiej strony pośpiech, agresja, nerwówka, wariactwo... - to niby my, Zachód.
Dwa elementy zderzające się – można powiedzieć kultura atlantycko-europejska i kultura Wschodu. Naprzeciw siebie cywilizacja zbudowana na korzeniach chrześcijańskich i druga zbudowana na modelu społeczeństwa opierającego się na konfucjanizmie, religii zen czy samego buddyzmu... Spokojnie uśmiechnięty Budda naprzeciw Chrystusa przemierzającego w pocie czoła Galileę i okolice Jerozolimy, "zderzający się" z ludzką biedą, chorobami, opętaniem, opozycją...
Budda i jego uczniowie rozpływający się w nicości i Chrystus z 12 Apostołami, z którymi są „problemy”, zdrady, kłótnie...
Budda, który rozpływa się w nicości i słuch o nim zaginął... i Chrystus, który umiera w cierpieniu na krzyżu i zmartwychwstaje robiąc tyle "rumoru", niepokoju, napięcia... Ukazuje się, zsyła Ducha Świętego...
A teraz popatrzmy na ulice naszych miast – pośpiech, korki, zatłoczone ulice i chodniki. Daleko nam do snu jaki realizuje się w buddyzmie...
Ale popatrzmy też na Tygrysa Dalekiego Wschodu – na niewolniczą pracę, całkowite oddanie się firmie, pracodawcy. Mobbing, absolutne posłuszeństwo, zgniecenie jednostkowości – zamienienie ludzi w masę, która pracuje na osiągnięcie określonych zysków, efektywności.
Popatrzcie państwo na Nowy Jork, Londyn, Warszawę.... ale nie przestawajcie patrzeć też na Szanghai, Pekin, Hong-Kong...
Gdzie lepiej?
Gdzie więcej spokoju?
Gdzie rozwijanie wnętrza, osobowości, a mniej niewolnictwa, zdeptania jednostki i czynienia z pojedynczego człowieka trybiku maszyny nakierowanej na zysk?
Gdzie nie ma mowy o urlopach, o rodzinie, o potrzebach czystko ludzkich takich jak: miłość, przyjaźń...
Stawiam tezę – może problem Joanny i jej małżeństwa spowodowany był nie zabieganiem, ale chęcią „zamknięcia” się w swoim światku. Zamknięcia się w tym co jest dla mnie wygodne, przyjemne... Jak, przeglądając kiedyś ankiety nastolatków zauważyłem, ze wielu z ankietowanych chciałby być na wyspie (najlepiej bezludnej, ale z komputerem albo z dziewczyną lub chłopakiem) albo jak miś koala siedzieć na drzewie i wcinać eukaliptus i na wpół upici PRZEżYWAć życie... w znieczuleniu - nawet nie miejscowym ale ogólnym...
I to co Andrzej robi jest czymś najbardziej chrześcijańskim – RYZYKOWANIE, przełamywanie barier do drugiego człowieka. Dzień wolny to z pozoru odpoczynek. Nie! To wyjście do Joanny. Wymiana myśli, obecność, odkurzenie właśnie niepowtarzalności drugiego człowieka. Odkrycie drugiej osoby!
Jakże to sprzeczne z filozofią Wschodu, która nigdy nie doszła do „odkrycia” jakim jest OSOBA- w sensie filozoficznym , a tym samym ontologicznym, bytowym. Tam nie ma pojęcia osoby!
Nie chcę za głęboko wchodzić w problematykę, ale to chrześcijaństwo, które tak mocno stawia na rozwój osobisty, odkrywanie osobowości, przy całym „zgiełku” jaki towarzyszy temu odkrywaniu, bądź błądzeniu – to tu w Europie powstają pierwsze SZPITALE, gdzie podmiotem jest chory człowiek. Cierpiący. OSOBA, która bez względu na przynależność rodzinną, klasową jest moim bliźnim.
Może zanim BEZKRYTYCZNIE zaczniemy zachwycać się buddyzmem, religiami Wschodu, może warto byłoby odkurzyć Pismo Święte, 10 Przykazań Bożych, Ewangelię. I zamiast powtarzania bezmyślnego mantry wyciągnąć różaniec i rozważać życie Chrystusa... Może życie - pomimo swego niesamowicie ciekawego skomplikowania - byłoby prostsze i piękniejsze. Ciekawe, ze "smaczkiem" niż wygłuszane jak w buddyzmie.
Tyle. Takla refleksja na temat „spokoju” i „harmonii” buddyzmu – nota bene upadającego w Japonii i w tamtym regionie.
pozdrawiam, Marek
Po za tym zazdroszcze talentu... Zawsze chcialem sprobowac pisac ale jak przychodzi co do czego to stwierdzam ze jestem za cienki i zostawie to lepszym... Wychodzi wiec na wierzch plotka ze krytycy to sflustrowani, nieudani artysci ;P
p.s.
Jeszcze zastanawiam sie jak by sie Twoje teksty czytalo nie wiedzac ze jestes ksiedzem. Moze maly test?
p.s.2
Moj ulubiony odcinek "zmyslonych"to czesc pierwsza. Bardzo mi sie podoba
Mam taka sugestie, wymyslone opowiadania sa troche tendencyjne i przewidywalne. Oczywiscie sa w "klimacie", jednak czasem czuje sie w nich kazanie. Nie mowie ze to zle tylko osobiscie staral bym sie "nauke" troche badziej ukryc, bo momentami jest zbyt... na wiezchu. Dobra historia z moralem nie musi przeciez byc oczywista. Nie wiem czy umiem dobrze wyrazic to co mysle, cala seria bardzo mi sie podoba. Uwazam ze ksia... ojci... Janu.. (sam juz nie wiem jak sie zwracac, niby swoj, a jednak mundurowy i szacunek sie nalezy ;D ) odwala kawal dobrej roboty. Zycze dobrej zabawy z nastepnymi tekstami i dopinguje do zakrecania intryg.
pozdrawiam, Marek
Pozdrawiam.
operowania retrospekcją czasową ( przemyślenia Andrzeja). Widać, że Autor przeczytał w życiu sporo książek:)
A w ogóle to stwierdzam, że Autor tych Historii ma spora wiedzę...:) z dziedziny kultury, psychologii, no i świata motocykli...
Oj! Ale nasłodziłam... Chyba niedobrze...No to mały " prztyczek"... Myślę, nie wszystkie czterdziestki potrzebują się sprawdzać "w oczach młodszych facetów":), ale pewnie jest to Miłe...
Także, nie wiem jak inni, ale ja czekam na następne takie historie... A swoja droga, oby jak najwięcej par dochodziło do takich wniosków jak ta, tutaj opisana... I- Stara Prawda- dzewczyny: " UWAGA na " przyjaciółki <lol>
Pozdrawiam. Olivia
P.S. Kawalkadę motocykli widziałam w jakimś filmie... Serce się wyrywa;) Ksiądz może wie, o jakim filmie mówie(?)
p.s. następne opowiadanie będzie o więziach ojca z synem, męża z żoną. Ciepłe i motocyklowe.