O czyszczeniu i czekaniu
Sobota. Pierwszy tydzień korzystania z chorwackiego słońca dobiegał końca. Motocykle znowu umyte lśniły w cieniu drzew. Nie wiem czemu, ale źle się czuję dosiadając brudnego sprzętu. A ilekroć pozbędę się kurzu, insektów, ewentualnie błota i wszystkiego, co bryzga spod kół, mam wrażenie, że maszyna jeździ znacznie lepiej. Dziwna to filozofia. Jest w niej coś z dobrego samopoczucia po kąpieli. A może nawet odrobina z wiejskiego tuningu, który polega na zwiększaniu mocy różnego rodzaju naklejkami. Ozdabia się tylną klapę emblematami „V6”, „16V”, „TDI”, „Turbo” i od razu 50 KM więcej. Zabawne, ale tak właśnie podchodzę do poruszania się na czyściutkim moto – jest mocniejszy, szybszy, żwawszy i koniec. No i lepiej się prezentuje.
Od rana oczekiwaliśmy przyjazdu całej reszty naszej ekipy. Remek wyczekiwał obozu karateków i jak zwykle martwił się, czy dojadą bez przykrych przygód, czy długo będą stać na granicy, czy spodobają się im warunki. My natomiast wyczekiwaliśmy pozostałych „bajkerów”. Siedzieliśmy bezczynnie, zerkając co chwilę na telefony.
– Remek, skoro oni już w Czechach pomylili drogę… – nie dokończyłem, bo kumpel z irytacją zaczął kolejny raz wspominać rozmowę z kierowcą.
– Tłumaczyłem mu, żeby jechał na Trzebinię, a ten przytakując poleciał na Głuchołazy i musieli już na początku zawracać, a to z dwie godziny w plecy.
– Dobrze, że nie podjechali przez pomyłkę pod Kriżowy Vrch, bo tam nie ma jak zawrócić – zażartowałem. – Kriżowy Vrch to – tłumaczyłem niewtajemniczonym – szczyt górki leśnej w Czechach, na której znajduje się świetna restauracja w klimatach leśniczówki. Droga na szczyt jest bardzo stroma i wąska, kończy się pod lokalem i dużym autokarem raczej trudno tam zwrócić. Ot, taka „droga bez powrotu”.
– Panowie, dzwonił Marianciu – zakomunikował Artur, który akurat się zjawił „z buta”, a raczej „z sandała”.
– I co? O której będą?
– Mówił, że po 12 powinni być, ale to też trudno przewidzieć, bo mają postoje. A wczoraj ich burza złapała pod Wiedniem. Jakiś Polak pozwolił im schować się na pace tira. Marianciu mówi, że zupełnie przemokli. Jak już byli w hotelu, to rękawice suszyli na lampkach nocnych.
– Ciekawe, czy hotelu nie zjarali przy okazji – ktoś zażartował.
– Waldek z Marzenką mieli od razu chrzest bojowy na nowym sprzęcie.
– Oj, to będą ubarwiali opowieści, jak przyjadą. Ja już widzę Piotrka na swoim „rydwanie”…
Rydwan „Dyrektora”
„Dyrektor” – Piotrek – wiceprezydent WRM charter Prudnik to barwna postać. Facet, który czerpie z życia pełnymi garściami, a każdy motocykl – oczywiście żaden „traktor”, tylko sport – musi poprzerabiać. Byłby chory dosiadając serii. Śmigał już czymś zbudowanym na silniku VTR-y z toru. Nadwozie nie przypominało Hondy, a wszystkie elementy z aluminium zostały wypolerowane. O osiągach tego motocykla krążyły legendy. Szybko się go jednak pozbył, gdy okazało się, że Edek na Varadero może mu skroić tyłek. Potem „Dyrektor” przytargał z toru jakieś zwłoki Kawasaki ZXR750 i tylko w jego głowie wyglądało to jak sprawne moto, którym zawojuje na drodze. Edka mechanik, Krzysiu, też powoli miał wizje. Obaj z Piotrkiem realizowali je krok po kroku aż maszyna nabrała kształtu i ożyła. Krzysiek, który do wszystkiego (nawet do skuterów) chciałby turbinę zakładać, planował „kawę” zaturbić, ale ostatecznie obyło się bez tego eksperymentu. „Rydwan Dyrektora” był nawet prezentowany na łamach ŚM.