To Apartament Artura
Poprzednio zapomniałem dodać, że nasza ekipa już pierwszego dnia w Chorwacji podzieliła się na dwie grupy. Oczywiście, nie chodzi tu o jakiś wewnętrzny rozłam między nami. Po prostu Artur z żoną chcieli spędzić ten czas ze sobą i w bardziej luksusowych warunkach, więc wynajęli apartament kilkaset metrów od naszego kampu.
– Panowie! Musicie to zobaczyć. Czarne marmury, stal nierdzewna, klima. Wszystko czyściutkie, plazma na ścianie – mówił podekscytowany, gdy po pierwszym noclegu zjawił się u nas. Co ciekawe, nie szukał zbyt długo tego lokum.
– Ile cię to szarpnęło? – zapytaliśmy z ciekawości.
– 50 euro za dobę.
– Sporo trochę.
– Jak sporo? Przeliczcie to na ilość osób. Ja z Urszulką, a za tydzień jeszcze córka przyjedzie.
– To rzeczywiście bardziej się opłaca, niż w naszym przypadku. Może w przyszłym roku zwyczajnie przyjedziemy „na waleta” i na miejscu się coś znajdzie.
– A może lepiej zaplanujmy najpierw co w tym roku będziemy tutaj robić?
– Jutro na plażę!
– Cały dzień nie będziemy leżeć, bo się spieczemy już na mecie.
– Potem się śmignie gdzieś tu na miejscu. Może Pulę zwiedzimy na początek?
– Trzeba by najpierw żelaza umyć, bo po podróży nie wyglądają zbyt reprezentacyjnie.
– Koniecznie! No jak tu do Puli wjechać na brudnych sprzętach?! Tylko trzeba gdzieś zorganizować jakieś miejsce na mycie. Może podjedziemy na tę stację paliw, gdzie zatrzymaliśmy się wczoraj? Tam były jakieś stanowiska do mycia.
– Można, ale zanim tam dojedziemy, to wszystko się nagrzeje i godzinę spędzisz na miejscu, by silnik wystygł w tym upale.
– U nas możecie umyć – wtrącił się Artur.
– „U nas… w apartamencie…” Jak to dumnie brzmi – droczyliśmy się z przekąsem, ale bez zazdrości. Artur rzeczywiście dogadał się z właścicielem i mogliśmy bez problemu podjechać, by umyć motocykle.
Kwatera przyjaciół rzeczywiście prezentowała się ciekawie. Kolega mógł zaparkować H-D za bramą, przez co spał spokojniej. Harley’e podobno wszędzie narażone są na kradzież. Dla mnie to kolejny argument za pozostaniem przy japońskim motocyklu.
Na podjeździe przed apartamentem Artura mieliśmy do dyspozycji szlauch, miski, płyny – wszystko, co potrzebne do umycia motocykli. Wprawdzie użyliśmy płynów do naczyń, a następnie do mycia szyb, ale efekt był zadowalający. Upał wymuszał szybkie uwijanie się. Nie dość, że słońce nas piekło, to jeszcze woda momentalnie parowała, zostawiając smugi. Na szczęście, mogliśmy przy okazji schładzać się natryskami. Potem był szybki prysznic i w drogę.
Szpan w sandałach
Zwiedzanie Puli było ciekawym przeżyciem. Nigdy, ale to nigdy nie ulegaj pokusie ulżenia swoim stopom w wysokich temperaturach, gdy nie znasz dokładnie podłoża. Ja wiem, że na cruiserach śmiesznie się wygląda w sandałach, nawet tych najbardziej sportowych. Skoro jednak plany były mało ambitne i chcieliśmy jedynie pokręcić się po okolicy, to po kiego czorta prażyć się w pełnym obuwiu? Lekki zefirek między palcami stóp – sama przyjemność. Ale gdy przyszło do manewrowania między ciasnymi uliczkami miasta, gdy trzeba było zawracać, przeciskać się między samochodami i często podpierać… Nie pytaj, jak się czuliśmy. Temperatura ciała wzrastała momentalnie. To sobie ulżyliśmy! Asfalt w centrum był tak śliski, że podczas hamowania o pisku opon nie było mowy. Przy ostrzejszym ruszaniu boksowanie to norma, a podparcie na postoju wymagało wcześniejszego ustawienia nogi prostopadle do podłoża i wywarcia mega nacisku paluszkami. Kilka stopni odchyłu nogi od pionu bądź oparcie się pełną stopą, natychmiast wywoływało napięcie zwieraczy, by utrzymać kolosa. Na szczęście, przez cały czas nasze maszyny stykały się z podłożem jedynie oponami, a nie gmolem.
Kilka informacji o Puli
Pula jest położona na siedmiu wzgórzach w południowej części Istrii tuż nad Morzem Adriatyckim. Znajduje się w głębokiej zatoce, otoczona przez małe wyspy.
W 177 roku p.n.e obszar ten zajęli Rzymianie. Od 43 roku Pula stała się kolonią rzymską (nazwaną przez nich „Pietas Julia”), przez co została ważnym ośrodkiem administracyjnym i handlowym. W tym czasie miasto przeżywało okres świetności, czego dowodem są zachowane liczne budowle z tego okresu (amfiteatr, łuk triumfalny, świątynia Augusta). Gdy Cesarstwo Rzymskie upadło, Pula przeszła pod wpływy Bizancjum. W 1145 roku, podobnie jak inne miasta półwyspu, Pula została zmuszona do złożenia przysięgi Wenecji, lecz pięć lat później (w 1150 roku) miasto zbuntowało się i w efekcie zostało splądrowane. W 1334 roku zajęła je Republika Wenecka, a wkrótce, w wyniku licznych epidemii dżumy i malarii, liczba mieszkańców spadła do 300.
Miasto ponownie odzyskało świetność w XIX wieku. Zbudowano stocznie i fortyfikacje, a arystokracja zaczęła przyjeżdżać tu w celach rekreacyjnych. Po I wojnie światowej całą Istrię wraz z Pulą zajęli Włosi. Po II wojnie światowej zniszczone miasto przypadło Jugosławii, a po jej rozpadzie Chorwacji.
Bardzo okazale prezentuje się wspomniany już amfiteatr. Został zbudowany najprawdopodobniej przez cesarza rzymskiego Wespazjana. Obiekt mógł pomieścić 23 tys. ludzi, a na jego terenie organizowane były walki gladiatorów oraz dzikich zwierząt. Obecnie jest jednym z trzech najlepiej zachowanych amfiteatrów Starożytnego Rzymu. Remek wspominał, że w amfiteatrze organizowane są obecnie różne imprezy kulturalne, zwłaszcza koncerty. W ubiegłym roku w Puli szalał m.in. Rammstein. Musiało to być niesamowite widowisko, gdy przy „Feuer frei” buchały ogniste słupy.
Bob Marley i lans
Nie chcę rozwodzić się nad urokami miasta. Moją uwagę zwróciły jednak studzienki i różnego rodzaju włazy w jezdni. Miałem wrażenie, że wszystkie są umiejscowione w jednej linii. By ich nie zaliczać, wystarczyło obrać odpowiedni tor jazdy i po sprawie. Żadnego slalomu. Ot, taka drobnostka, a jak cieszy.
W pewnym momencie usłyszałem za sobą znajomą muzykę. Szybko zlokalizowałem źródło dźwięku. Artur, uśmiechnięty tak, że kąciki ust kończyły mu się koło uszu, zaczął demonstrować możliwości nagłośnienia w Elektrze i puścił Boba Marleya. Tego nam trzeba było. Napięte dotąd mięśnie, natychmiast się poluzowały. „Redemption Song” balsamował dusze. Korki na skrzyżowaniach stały się sprzymierzeńcami, bo można przecież spokojnie się toczyć i uśmiechać do ludzi. Nagle dostrzegłem, że na skwerach rosną palmy. Wcześniej tego nie zauważyłem.
„No Woman, no Cry…” – nuciłem wraz z Bobem, gdy nagle moje spojrzenie zatrzymało się na niej…
– Chłopaki, na prawo patrz! – krzyknąłem. Chodnikiem wzdłuż ulicy szła zjawiskowo piękna kobieta. Wysoka, w krótkiej, zwiewnej sukience. Błękit wspaniale kontrastował z brązem jej opalonych, długich nóg. Na stopach miała sandałki z rzemykami do połowy łydek. Stąpała lekko, a burza kręconych włosów unosiła się i opadała, falując hipnotycznie. Rzuciła spojrzenie w naszą stronę. Staliśmy na czerwonym. Musiał się jej spodobać widok kilku motocykli miarowo pulsujących w rytmie muzyki, bo uśmiechnęła się tak czarująco, że nie zauważyłem zielonego światła. A zawsze startuję niczym na ¼ mili. Bob Marley sprawił, że zacząłem zwracać uwagę na osoby i rzeczy, które dotąd mi umykały. Świat wokół stał się jeszcze piękniejszy. Czułem się, jakbym grał w filmie. Po lewej port i kołyszące się łodzie. Popołudniowe słońce wydobywało cały urok z lakieru i chromu cruiserów. A my kręciliśmy się pośród czarujących kobiet, wzbudzając zainteresowanie.
Kryptoreklama? Raczej anty-reklama
– Panowie – Artur polubił ten zwrot – trzeba wstąpić do Lidla na jakieś zakupy, bo sklep na kampingu ma ceny z kosmosu.
– A widział ktoś jakąś reklamę Lidla?
– Przed chwilą była przy drodze. Musimy chyba jechać prosto.
Pojechaliśmy zatem prosto, ale Lidla nie było. Zawróciliśmy. „Lidl 400 m”. Udaliśmy się zgodnie ze znakiem i nic. „Lidl 500 m” – informacja ze strzałką nawrotu. I tak szukaliśmy sobie marketu, kręcąc się tam i z powrotem dobre pół godziny.
– Niezłe oznakowanie – powiedziałem podczas postoju na czerwonym.
– Chyba konkurencja im je zrobiła, żeby zniechęcić potencjalnych klientów.
Nagle usłyszałem tylko głuchy ślizg i puknięcie. Na skrzyżowaniu Audi A4 spotkało się z Oplem Astrą. Wytrysk z klimatyzacji i chłodnicy, kierowcy wymachujący rękami. Zwyczajny efekt jazdy na pomarańczowym.
– Trzeba uważać. Jakoś coraz mniej pewnie się czuję na tym asfalcie. W Grecji było gładko, ale tutaj mamy niezłe lodowisko.
– Ciekawe, jak ci na skuterkach tutaj śmigają? Przecież w zakręty ostro wchodzą.
Rzeczywiście – skutery różnej maści pomykały na miejscu bez ograniczeń. Jak z daleka dostrzegałem ukośne lampy, jaskrawą czerwień i potężne owiewki, to początkowo cieszyłem się, że zobaczę poważnego motocyklistę. Ale tylko kilka razy dałem się nabrać. Groźne i wysoko umieszczone światła otoczone agresywnymi barwami wydawały z siebie najczęściej charakterystyczne bzzzzzz. Motocyklistów, oczywiście, też spotykaliśmy. I to sporo. Pozdrowienie lewą ręką funkcjonuje w Chorwacji jak u nas. Machaliśmy zatem często. Na trasie były odcinki, że prowadziłem tylko prawą ręką – lewa była cały czas opuszczona.
Gdy wreszcie stanęliśmy pod Lidlem, okazało się, że prościej do niego się już nie da dojechać tylko oznakowanie jest zagmatwane. Odtąd popołudniami i wieczorami staliśmy się stałymi klientami. Wyżywienie we własnym zakresie jest najlepszym rozwiązaniem – jesz co chcesz i kiedy chcesz. Tyle, że przy takich kucharzach jak Artur, a potem Marianciu trzeba uważać, by w drastycznym tempie nie przybrać na masie.
W sumie nie dojechałem tylko do Dubrovnika... trzeba się kiedyś ogarnąć i zobaczyc :)
A tak po drodze do Cro polecam zobaczyc Triest - zapiera dech... przynajmniej jak dla mnie ( uwielbiam styl habsburski )
i ja też byłem :-P
w tym samym terminie...
w Kraljevicy...
ale niestety 4kółkami
;-D
hotel pod mostem na KRK...
:-D
okolica piękna...
Jeziora Plitvickie Piękne...
KRK piękne...
na końcu wyspy KRK jest miejscowość...
STARA BASKA...
plaża niezapomniana...
góry/skały po lewej... po prawej... i z przodu w morzu (bo wyspa kolejna kawałek dalej i wygląda jakby ograniczała z tamtej str.)
na serpentynie/moście wiszącym w powietrzu 15 km od mostu na KRK stałem w korku :-P widoki wspaniałe :-D
mnie korci dół Chorwacji... zobaczy się jak będzie...
bylem w cro juz kilka razy i zasze chcem tam wracac :) bylem na krk-u odwiedzajac wszystkie tamtejsze miejscowosci piekne :D
co do noclegow najlepiej wlasnie wychodza apartamenty i najlepiej jechac w ciemno i na miejscu szukac noclegu zawsze sie cos wytarguje :P
opowiesci piekne tylko szkoda ze nie jechalismcie cala magistrala adriatycka od puli do dubrovnika, zakrety serpentyny pod gore na dol 2metry od morza cos pieknego :) tylko ten asfalt :P
czekam na dalsza czesc powiadan !!
Ach te Chorwackie klimaty, rozmarzyłem się :).
Widoczki, żarełko, morze - warto nawet do Grecji jechać adriatycka drogą.
Co do kwater to faktycznie opłaca się wziąć apartament na 2-3 osoby co daje od 10 - 20 Euro na dobę (zależnie od standardu) niż opłacać zwłaszcza singlowi camping gdzie płaci sie za namiot i motocykl i rzadko schodzi poniżej 12 Euro.
Swoją drogą Chorwacja jest ewenementem będąc tam w 2004 kończyli plan wybudowania/zapewnienia 6 mln. miejsc noclegowych, a Chorwacja liczy 4,5 mln. mieszkańców !!!
Dla tego jakąś kwaterę zawsze się znajdzie, a i standard jest z roku na rok lepszy, niestety ceny też nieco wrosły :(.
No i rozwój dróg i autostrad, które budują z dokładnością chronometru!
Dla odmiany klimatu polecam też przejazd północną i wschodnią częścią Chorwacji, znacznie rzadziej odwiedzaną przez turystów, gdzie w wysokich górach trafia się na bajecznie błękitne rzeczki i jeziora zupełnie jak na Plitvickich. Tyle, że nie ma tam praktycznie ludzi i nikt nie będzie robił wstrętów podczas kąpieli. Wadą tych odludzi jest brak sklepów, a nawet stacji benzynowych o czym trzeba pomyśleć wcześniej, za to widoki i klimat zrekompensują te niedogodności.
Staliśmy kiedyś w samo południe przy małym sklepiku na popasie, obok zniszczonych w czasie Wojny Jugosłowiańskiej chałup, cykady grały niemiłosiernie, zioła pachniały, a przed nami widok jak z westernu droga na wprost przez praktycznie step, tylko jakieś niskie krzaczory, kończąca się potężnym masywem gór - zupełnie jak w Kolorado :). Tak żeśmy sobie wtedy gadali, że w razie jakichś kłopotów to nie dobrze by było być tam samemu, nawet nie było by gdzie się schować przed palącym słońcem, a ruch na tej drodze... no nie był za gęsty :)
Na szczęście nasze skutery, które nas tam zawiozły, nie zawiodły i obyło się bez kłopotów :).
Dla tego też, o czym wspomniałeś, cenię jazdę w grupie, która trzyma się w kupie na dobre i złe niezależnie od tego czy ktoś w niej lubi dłużej pospać, czy też mocniej odkręcić !
Pozrawiam
RobB.