WIZA
Grzesiek Sosna mówi, że jedzie. Mówi też, żebym jechał z nim – jeśli mam ochotę. Na Białoruś. Ochotę mam, więc się deklaruję. Dogadujemy termin na wypad do Białegostoku w celu wyrobie-nia wizy. Grzesiek był tam nie raz, wizę niejednokrotnie wyrabiał, więc służy mi za przewodnika.
Najpierw Towarzystwo Ubezpieczeniowe. Wchodzimy do pomieszczenia, gdzie stoją dwa biurka. Za jednym z nich pani w średnim wieku.
– Proszę paszport – zwraca się bezpośrednio do mnie.
– To widać?
– Oczywiście.
Podaję paszport i wcześniej przygotowany w domu wniosek. Pani bardzo sprawnie wypełnia kwitki, wprowadza dane do komputera, drukuje zaświadczenie i inkasuje 75 złotych.
– Miłego pobytu – życzy na odchodne, po czym zasuwamy z Grześkiem do konsulatu Białorusi. Najpierw dzwonek do furtki, która się nie otwiera, dopóki nie znajdziemy się w polu widzenia ka-mery. Po wkroczeniu na teren konsulatu idziemy, zgodnie ze wskazaniami strzałek, do pomiesz-czeń znajdujących się w piwnicach budynku. Cztery okienka – jak w banku lub na poczcie – z czego tylko dwa czynne – też jak w banku lub na poczcie. Na szczęście obsługa idzie dość spraw-nie i po kilku minutach staję przed panią bez makijażu. Podaję paszport, wniosek i polisę ubezpieczeniową. W zamian otrzymuję karteczkę z wypisaną kwotą 35 Euro, numerem konta i adresem banku, w którym mam dokonać wpłaty. Bank znajduje się kilka ulic od konsulatu. Lecimy więc z Grześkiem pod bank. W banku kolejka – jak w banku. Pytam, czy mogę płacić przelewem lub kartą. Nie. Tylko gotówką. Za to mam wybór: złotówkami lub Euro. Szukam bankomatu, biorę przybliżoną równowartość 35 Euro i wracam do banku. Stoję i się wkurzam, bo na sześć okienek tylko dwa czynne. Procentowo wynik słabszy niż w białoruskim konsulacie. Wreszcie wpłacam gotówkę (do tego prowizja) i otrzymuję imienne potwierdzenie. Wracam do konsulatu. Znowu kolejka. Ale tym razem na dobre mi wyszła, bo stojąc w niej, przypominam sobie, że nie podpisa-łem złożonego wniosku. W końcu podaję potwierdzenie wpłaty i podpisuję wniosek. Pani ładnie dziękuje i mówi, że po odbiór paszportu mogę zgłosić się w czwartek, czyli za sześć dni. Wycho-dzimy z konsulatu.
– No, to za tydzień będę mieć wizę.
– Za tydzień to ty będziesz mieć paszport, może z wizą – studzi moje zapały Grzesiek.
– Jak to? Przecież wzięli pieniądze.
– No. Za przyjęcie wniosku, ale nie za wydanie wizy. Wizy są za darmo…
– A jak nie dadzą, to forsę zwrócą?
– Jasne. Dogonią i jeszcze dorzucą – śmieje się Grzesiek.
Tydzień później wizę odebrałem osobiście, bez żadnych komplikacji.
WYJAZD
W dzień podróży dzwoni Grzesiek:
– Opóźni nam się, mam trochę zaległej roboty.
– To o której ruszamy?
– Zależy o której Panorama wróci z Białegostoku.
– To Panorama przyjechał?
– No, i będzie z nami wracać na Białoruś.
– To zadzwoń jak będziesz coś wiedzieć.
– Dobra.
Olega, zwanego Panoramą, poznałem rok wcześniej u Grześka, kiedy ten organizował kame-ralne zakończenie sezonu motocyklowego. Panorama przyjechał wtedy z Grodna własnoręcznie odrestaurowanym „Uralem”. Jak zapewniał Grzesiek, zarówno motocykl, jak i jeźdźca, znała cała zmotoryzowana Białoruś. Teraz odwiedził Polskę na wpół skonstruowaną przez siebie trajką, czyli trycyklem.
Powoli kończę pakowanie jedynego tobołka, który umieszczam na bagażniku motocykla. Jesz-cze raz sprawdzam dokumenty: paszport z wizą, zielona karta, ubezpieczenie zdrowotne, pienią-dze. Biorę 50 dolarów – podobno na jeden dzień to aż zanadto – bo tylko na jeden dzień zaplano-waliśmy z Sosną ten wyjazd. No i czekam. W końcu Grzesiek dzwoni z informacją, że za pół godzi-ny ruszamy na granicę. Odpalam motocykl i po dziesięciu minutach stawiam się pod garażem So-sny. Kilka minut później przyjeżdża Panorama. Przepakowujemy tobołki, bo Grzesiek jedzie na „Samie”, czyli składanym Harleyu, zwanym „Dziką Świnią”, i nie ma tam nic, na czym można by zamontować bagaż.
W pięć minut stawiamy się na granicy. Panorama zostaje skierowany na osobny pas, ponieważ jego trajka traktowana jest przez Białorusinów jako samochód. Dość szybko tracimy go z oczu, ponieważ los nam sprzyja. Celnicy, wopiści, a nawet pani z kantoru z zainteresowaniem przygląda-ją się motocyklowi Grześka. Padają w takiej sytuacji standardowe pytania o pojemność, moc silnika i maksymalną prędkość. Na moją maszynę prawie nikt nie zwraca uwagi – dzięki temu unikamy zaglądania w bagaże. Mimo tak korzystnego obrotu sprawy, musimy odwiedzić JEDENAŚCIE okienek wypełniając formularze, dokonując opłat i zbierając pieczątki. W końcu, po czterdziestu minutach, jesteśmy na Białorusi.
– Ekspresem poszło – mówi Sosna na pierwszym postoju, jakieś trzy kilometry za granicą. Dzwoni do Panoramy. Ten nie odbiera. Dzwoni do Igora. Ten odbiera i po chwili się zbieramy.
– A Panorama? – pytam Grześka.
– Przyjedzie do Igora.
No i lecimy. Szosa szeroka, łagodny, długi podjazd – szczyt góry łączy się bezpośrednio z nie-bem. Coś na wzór amerykańskich pocztówek z samotnym jeźdźcem. Do tego zachodzące słońce. Istny kicz. Ale w realu.
Wjeżdżamy na posesję Igora, znajdującą się na odległych obrzeżach Grodna. Niektóre budynki jeszcze w budowie, ale garaż okazały i wykończony. Wylewne i szczere powitanie. Chyba jeszcze ze czterech motocyklistów, syn Igora, jego kolega i koleżanka. Zostawiamy bagaże i motocyklami jedziemy do miasta po zakupy i wymianę walut. Prowadzi Igor na Walkirii, potem Grzesiek, ja i Kola z Dimonem na Drag Starze. Igor zasuwa przez Grodno chwilami około stu kilometrów na godzinę. My nie odstajemy ani na chwilę. Jadąc po bruku, mijamy jakiegoś motocyklistę na rusku z koszem. Macham mu na powitanie ręką, on odmachuje – koszem. W końcu wymieniamy pieniądze i robimy zakupy na jakąś astronomiczna kwotę. Dolar tego dnia stoi pięć tysięcy białoruskich rubli. Chleb kosztuje dwa tysiące osiemset. Nasze zakupy alkoholowo-żywieniowe na kilku motocyklistów poszły za kilkaset tysięcy…
W zawrotnym tempie, bo na horyzoncie burza, wracamy do Igora. Okazuje się, że na zapleczu Igor ma gospodarstwo agroturystyczne, którego nie może oficjalnie zarejestrować, bo ma mel-dunek w Grodnie. Wchodzimy do bani, czyli parowej łaźni. Po chwili siedzimy w drewnianym wnę-trzu. Igor przekręca na ścianie klepsydrę. Piętnaście minut parówki. Nie jest lekko, ale wytrzymuję. Potem prysznic. I na dwór. Na dworze burza, więc wśród piorunów i strug ulewy włazimy do fura-kie, czyli drewnianej balii wypełnionej wodą o temperaturze około 40°C. Siedzimy w kółeczku na podwodnych ławkach – obrzeża balii okupują butelki z trunkami i co smaczniejsze przekąski. Nie-zapomniane wrażenie – zimna burza z piorunami nad nami, a my w gorącej wodzie kąpani…
Potem znowu prysznic. Burza ustępuje. Zasiadamy za drewnianym stołem. Chleb, kwas, kur-czaki, ser, ogórki, kiełbasa, smalec. Nawet stara gitara. Wszystko gra. Gadki, śpiewy, oglądanie zdjęć, wspominki i plany. O północy pojawiają się dziewczyny balujących z nami chłopaków. Naj-pierw wskakują do furakie. Potem dołączają do biesiady. Około godziny trzeciej idę spać. Dostaję pokój z szerokim łożem tylko dla siebie. Grzesiek dostaje podobny, obok. Ale o tym dowiaduję się o piątej nad ranem, obudzony jego chrapaniem…
Szkoda tylko że redaktorzy portalu przekleili tekst nie zwracając uwagi na przenoszenie wyrazów...