OCEŃ ARTYKUŁ
Spacerek w niedzielę, wyjazd trzeci: dwa zamki i jeden skansen (żywiecczyzna)kliknij i przesuń wskaźnik
Pasją moją są – jak to kiedyś określił jeden ze znajomych – kupy kamieni w krajobrazie. Czyli rzecz ujmując bardziej precyzyjną polszczyzną zamki oraz ich ruiny, których na ziemiach polskich nie brakuje, jako pozostałości rozlicznych rodów szlacheckich oraz konfliktów zbrojnych przetaczających się przez kraj.
Siłą rzeczy przynajmniej w niektórych felietonach zamki się pojawią; dziś na deser w menu znajdzie się również dodatek zabudowań drewnianych. Zapraszam na wycieczkę.
Część przejazdów do miejsc docelowych jest po prostu nudna: niestety drogi budowane są dla ruchu kołowego, ale bynajmniej nie dwukołowego. Brak im więc odpowiedniej krętości, tej satysfakcjonującej każdego motocyklistę głębokości łuków, gładko rozłożonych na równym jak stół asfalcie… Ach, rozmarzyłem się. W obliczu powyższych pragnień tym cenniejsze są owe nieliczne odcinki, których oznakowanie wzbudza uśmiech na twarzach: uwaga ostre zakręty, najlepiej z możliwie dużą liczbą na tabliczce zamieszczonej poniżej. Od takiego odcinka zaczynamy dzisiaj: przełęcz kocierska; droga 781 z Andrychowa na południe, do Żywca. Część nawierzchni nowiutka, całość w niemal doskonałym stanie – zdecydowanie powyżej typowego standardu polskich dróg. Zasadniczy odcinek poprzedzony jest przejazdem przez wioski, ale podejrzewam, że oznakowanie blisko 10 km permanentnych winkli będzie wystarczającym zadośćuczynieniem za ową niedogodność. Tak też się tym odcinkiem jedzie, więc już ani słowa o tym: niech każdy zainteresowany sprawdzi sam.
Dalej jest wszystkim znane miasto Żywiec, sławne na całym świecie z pewnego płynnego, złocistego w kolorze produktu. Panujący obecnie kapitalizm umożliwia zakupy w dowolnym miejscu w kraju i poza jego granicami, tak więc nie ma potrzeby nastawiania się na robienie na miejscu zapasów. Z historycznego punktu widzenia warto wspomnieć, iż znaczny rozwój miasta – w tym założenie browaru – miał miejsce w okresie kiedy zarząd nad nim sprawowali austriaccy Habsburgowie. Pozostał po nich między innymi zamek, a ściślej rzecz biorąc przebudowany tzw. stary zamek o jeszcze polskiej, średniowiecznej proweniencji oraz nowożytny pałac postawiony w miejscu dawnych oficyn zamku Wielopolskich. Ten ostatni ostał się bez zmian, podczas gdy stary zamek był – zgodnie z typową historią takowych budowli – wielokrotnie przebudowywany, od typowego zamku warownego po renesansową rezydencję szlachecką. Zorganizowane w owych budowlach jest muzeum regionalne, które można zwiedzić w ramach wycieczki. Interesujące są zwłaszcza wystawy poświęcone charakterystycznym dla regionu elementom, w tym strojom oraz zwyczajom ludowym. Warto zajrzeć, choćby ze względu na późniejsze zwiedzanie wiejskiego skansenu, gdzie porównać można styl i jakość życia dwu skrajnych majątkowo grup dawnego społeczeństwa, tj. możnowładztwa i chłopstwa. Dla odwiedzających udostępniono także pałacowy park, gdzie w przyjemnym cieniu potężnych drzew odpocząć można przed kolejnym odcinkiem drogi spędzonym na motocyklu. Alternatywą dla mniej zainteresowanych historią jest wizyta nad Jeziorem Żywieckim, pod warunkiem iż pogoda jest odpowiednia do wylegiwania się na słońcu. Ponadto jezioro jest również wystarczająco duże, by zapewnić rozrywkę pod żaglami… Ostatecznie gdyby komuś jeszcze mało było czasu spędzonego w siodle – jako opcjonalna dostępna jest krótka wycieczka na słynną górę Żar, gdzie wytrwali mogą się pokusić o znalezienie anomalii grawitacyjnej ciągle jeszcze zadziwiającej turystów, mimo iż wielokrotnie podejmowano próbę wyjaśnienia ich genezy. Jak widać atrakcji w okolicy nie brakuje; a jeśli dodać do tego przyciągającą narciarzy i wszelkiej maści crossowców (silnikowych i bezsilnikowych) okolicę bliskiego Szczyrku – wynika, że można tu spędzić nawet satysfakcjonujący urlop. Tym bardziej, że okoliczne drogi – choć w sezonie niestety zatłoczone – oferują wystarczający poziom motocyklowej krętości.
Tymczasem jednak po zakończeniu zwiedzania bądź odpoczynku czas w dalszą drogę, która w swym przebiegu prowadzi do kolejnego zamku – Suchej Beskidzkiej. Jak na okolicę przystało droga oferuje wystarczająco wiele winkli, choć już nie tak ciekawych jak te przez wcześniejszą przełęcz. Natomiast ładny czarny dywanik oraz umiarkowana ilość terenu zabudowanego w mojej opinii w wystarczającym stopniu zapewnia pozytywne wrażenia z przejazdu. Krótki, bo raptem 35-cio kilometrowy przejazd dzieli oba punkty wycieczki; chciałoby się, aby takich dróg było więcej. Tymczasem jednak docieramy do Suchej, gdzie podążając za oznakowaniem już w mieście zmierzamy przez tory kolejowe w lewo, w stronę zamku. Regionalna dominacja dawnej stolicy kraju jest widoczna również w tym miejscu: zamek nazywano bowiem „małym Wawelem”, między innymi z uwagi na przepiękny, otoczony arkadami dziedziniec. W odróżnieniu od wizytowanego uprzednio, ta siedziba szlachecka przetrwała w rękach polskich aż do wybuchu II wojny światowej, kiedy to zajęta została przez Niemców. Uprzednio kilkakrotnie przebudowywana, w części swej nowożytnej historii znajdowała się w rękach tych samych właścicieli, co zamek żywiecki. Budowla poza tym oszczędzi uwagi osób przedkładających jazdę ponad spacery, nietypowo bowiem nie została „wyposażona” w żadne muzeum. Spacer po najbliższej okolicy zakończyć natomiast można – a nawet zdecydowanie warto – w restauracji „Kasper Suski”,
...Regionalna dominacja dawnej stolicy kraju jest widoczna również w tym miejscu: zamek nazywano bowiem „małym Wawelem”, między innymi z uwagi na przepiękny, otoczony arkadami dziedziniec...
nazwanej od imienia budowniczego pierwszego murowanego dworu obronnego w tym miejscu, a zlokalizowanej w zamku; polecamy z całego serca – jak często bowiem w zalewie hamburgerowych pseudopotraw skosztować można dań takich jak "Koniec plotek"- ozorek cielęcy z nadzieniem sardelowym w sakiewce z indyka na groszkowym posłaniu w towarzystwie koniakowej gruszki? Otwarcie karty dań owocuje w tym miejscu istną orgią smaku, pozycjami nagradzanymi na konkursach i zaprawdę godnymi cesarsko-królewskiego podniebienia! Miejsce w czasie jednej z wycieczek znaleźliśmy zupełnie przypadkowo, w planie było bowiem jedynie uwiecznienie zamku na fotografiach; jak widać hasło z pierwszego felietonu, że „wystarczy zjechać z głównej drogi” sprawdza się w odniesieniu do wielu sytuacji.
Jeszcze w Suchej znajduje się punkt, który wyznacza drogę do kolejnego miejsca na trasie opisanej wycieczki: karczma „Rzym”, zabytek architektury drewnianej znajdujący się na małopolskim szlaku tejże. Z góry informuję, że jakkolwiek bywaliśmy w Suchej kilkakrotnie, tak ze względu na jakość potraw z zamkowej kuchni – nie skusiliśmy się na skorzystanie z oferty karczmy. Być może zdecydował szyld lokalnej PSS „Społem” witając przybyszów… Budynek ponadto może być o tyle interesujący (poza walorami architektonicznymi), że jego wiek pozwala przypuszczać iż był pierwowzorem miejsca oszustwa, jakiego dopuścił się Mefistofeles na mickiewiczowskim Twardowskim. Poniżej pod odpowiednim odnośnikiem w zestawieniu linków zamieszone są pełniejsze informacje, dla osób zainteresowanych zobaczeniem większej ilości tego typu obiektów. W trakcie swoich wyjazdów wielokrotnie przecinam trasy tego szlaku, jednakowoż czasami tylko zwiedzając znajdujące się na nich obiekty; tym niemniej w najbliższej przyszłości plany wycieczkowe obejmują poświęcenie większej uwagi tym zabytkom.
Z Suchej kierujemy się do znajdującego się tuż za tablicą końcową tego miasta Makowa Podhalańskiego, gdzie odbijamy na skrzyżowaniu w drogę numer 957, prowadzącą między innymi przez Zawoję w stronę przełęczy Krowiarki. Ta ostatnia przecina Babiogórski Park Narodowy, oferując w wyniesionych wysoko punktach widokowych panoramę okolicy. Z punktu widzenia motocyklowego turysty jest to jednakowoż trasa niejednoznaczna w ocenie: raczej zatłoczona, prowadząca praktycznie na całej długości przez wioski stanowiące teren zabudowany, co gorsza na większej części swojego przebiegu posiadająca kiepską nawierzchnię. Wprawdzie obywa się bez odcinków szutrowych, przejazd motocyklem szosowym jest więc jak najbardziej możliwy, tym niemniej radosne złożenia na winklach podobne tym z Kocierzy są zdecydowanie nierealne. Cóż, nie zawsze można mieć wszystko, czyż nie?
Kilka kilometrów owej drogi prowadzi do ostatniego na dziś punktu wycieczki, skansenu wsi orawskiej w Zubrzycy Górnej. Dla odmiany po zwiedzeniu dwóch zamków – nieco obiecanych budowli drewnianych, specyficznych dla tego regionu. Przewodnik obrazowo i ciekawie opowiada o prezentowanych obiektach; nasze zdziwienie wzbudziły przede wszystkim prymitywne – na nasze obecne pojęcie – urządzenia mechaniczne, którymi posługiwali się mieszkańcy ubogich orawskich wiosek. Nieliczne bogactwa płodzone przez tą górską ziemię musiały wystarczać mieszkającym tu wieśniakom, stąd na przykład wysoko postawiona sztuka budowania z samego tylko drewna, bez potrzeby korzystania z metalowych elementów łącznikowych w konstrukcji. Równie pożyteczne jest uświadomienie sobie stopnia zaangażowania przeciętnego mieszkańca tej okolicy w samo tylko utrzymanie się przy życiu: wyżywienie siebie i rodziny oraz zabezpieczenie podstawowych potrzeb zajmowało nieomal cały pozostający do dyspozycji czas. Dobrze, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym te elementy życia uległy zmianie: gdzież bowiem byłoby zmieścić w takim bytowaniu choćby przyjemność użytkowania motocykla? Opowieści o technologii produkcji oleju z nasion lnu czy poniekąd zapomnianego filcu z pewnością wzbogacą wiedzę każdego. Ja na przykład dowiedziałem się, dlaczego w nie tak w końcu zamierzchłej przeszłości stosowano owe wyjątkowo krótkie łóżka; zainteresowanych zapraszam w imieniu pracowników skansenu do zasięgnięcia tej wiedzy.
I to już właściwie wszystko, co tym razem chciałem opisać. Powrót z Zubrzycy możliwy jest – po dotarciu do znanej wszystkim zakopianki – bądź to w stronę Krakowa (tu zjechać w prawo można nieco wcześniej, bowiem w Jabłonce przekraczamy drogę na Chyżne), bądź Zakopanego. Ze względu na bliskość tego ostatniego opisana powyżej trasa może stanowić ciekawy pomysł na dojazd do zimowej stolicy polski, będąc wplecioną w trasę dojazdową. W takim przypadku jednakowoż w planie należy uwzględnić odpowiedni czas potrzebny na zwiedzanie.
Po raz kolejny dziękuję za towarzystwo i fotografie –Sihaji.
Ania Jackowska, która 10 lutego rozpoczęła podróż „MotocykLove Tango Argentyńskie”, nadal przemierza Patagonię, przejechała samotnie ponad 4500 km. Zdradliwe i niebezpieczne okazało się dla niej spotkanie z Ruta 40.
Wprawa do Libanu jakiej jeszcze nie było! Trzech kolegów, trzy motocykle Ducati, zabytki, inna kultura, a w tle zamieszki i konflikty, przez które miejmy nadzieję w nienaruszonym stanie przejadą nasi podróżnicy.