Nie oglądam hinduskiego kina. Już sama idea musicalu jakoś mnie odrzuca –pląsających wśród otoczenia banalnej treści. Parafraza tytułu faktycznie oddaje moje odczucia z Bieszczad: są banalne.
Wielki kawał prawie pustej przestrzeni, mocno co prawda zalesionej, ale zamieszkałej w niewielkim stopniu. Jakby tego było mało, jest to przestrzeń nad wyraz uboga. Dwie drogi, na dokładkę w jakiejś trzeciej części mające wspólny odcinek. Banał. I prawdziwe, nieskalane pośpiechem dzisiejszego zglobalizowanego świata piękno lokalnego krajobrazu – tym piękniejszego, że nie do końca polskiego i nie całkowicie zrozumiałego. Zdecydowanie warto tam pojechać. Ja jeszcze wrócę.
Podobnie do innych wycieczek, ta również planowana przez dłuższy czas – nie chciała jakoś się poskładać w udaną całość. W końcu jednak raz, w następnym sezonie drugi, dwa kolejne wyjazdy doszły do skutku. W obu pozostawiając po sobie niedosyt i pragnienie powrotu. Jeszcze raz zaliczyć każdy z bieszczadzkich winkli, i jeszcze jeden, znów składając maszynę. Takie są te niewysokie góry, tak właśnie czuje się człowiek wyjeżdżając spomiędzy ich płaskich szczytów i wracając w zmakdonaldyzowane otoczenie miast.
Na początek kilka uwag natury ogólnej, w tym przede wszystkim to, co motocyklowych podróżników – nie licząc bractwa spod znaku opony na kostkach – interesuje najbardziej czyli drogi. Jakby to ująć delikatnie, a nie skłamać… drogi w Bieszczadach zasadniczo mamy dwie: małą i dużą obwodnicę bieszczadzką. Ta druga to około 150km (słownie: sto pięćdziesiąt kilometrów), więc jazdy jakby nie ma za wiele. Małej z kolei, wierząc oficjalnym danym, niewiele braknie do 100 km. W mojej prywatnej opinii najciekawszym jest przejazd południowymi częściami obu obwodnic (no, prawie): północna, wspólna dla obu część, jest bowiem w znaczącej części swojego przebiegu płaska, nieciekawa, na dodatek prowadzi przez część regionu znacznie mocniej usianą wioskami i – co tu dużo mówić – zabetonowaną. Nawet cerkwie potrafią tam być murowane. Miłośnik Bieszczad w ich najpiękniejszej, naturalnej formie nie ma tam więc czego szukać. Dokładny przebieg proponowanej trasy to: z Leska poczynając prosto do Cisnej, przez Hoczew i Baligród, później przez Wetlinę do Ustrzyk Dolnych, następnie w górę mapy do Czarnej – dotychczas po dużej pętli. W Czarnej skręcając w lewo wskakujemy na małą pętlę i zmierzamy w stronę Polańczyka, gdzie objeżdżając od południa i zachodu zalew soliński przez Hoczew bądź Uherce Mineralne wracamy do Leska. Dzięki synergetycznemu połączeniu zygzaków obu tras tak zaplanowana wycieczka dłuższa jest od samej pętli o jakieś 10km, ale motocyklowo zdecydowanie ciekawsza – zapewniam! Dojeżdżając do, lub opuszczając region można jeszcze zahaczyć o Komańczę, która znajduje się nieco na zachód od proponowanej trasy.
Drogi jednakowoż, nawet najpiękniejsze, prowadzą do miejsc: tych, które warto zwiedzić, zobaczyć. Nie przez przypadek zwróciłem na wstępie uwagę na fakt, że w Bieszczadach nie pokonuje się wielkich dystansów. Jednakże przestrzeń ta, choć zdać się może pusta (a mówiąc wprost - niezabudowana) – wypełniona jest na swój kolorowy, lokalny sposób. I tak na początek na uwagę zasługują cerkwie. W większości drewniane, czasami tylko użytkowane jeszcze zgodnie ze swoim przeznaczeniem, czasami zamknięte, a czasami po prostu zniszczone… Stanowią świadectwo odrębności tych ziem, ich przynależności do odmiennego niż nasz kręgu kulturowego. Warto pamiętać, że dopiero powojenna, stalinowska „akcja Wisła” opróżniła ten region z jego wcześniejszych, prawosławnych mieszkańców – zwłaszcza Łemków i Bojków, o których bywa iż słyszymy czasami w mediach. Te góry nie są „nasze” tak, jak Tatry, ba – wydają się być mniej „naszymi” niż słowackie pogranicze z jego spiskimi zamkami budowanymi nierzadko przez polskie rody magnackie. Tutaj mamy owe drewniane świątyńki, w większości zaniedbane i obecnie puste…
I chociaż wrażenia zupełnie inne niż te jakich doświadcza się obcując z nimi z plecakiem w butach trekingowych, to jestem przekonany, że bedę tam wracał tak samo chętnie w jednej jak i w drugiej formie :-)
A sam artykuł bardzo fajny i warto go przeczytać przed pierwszym wyjazdem (lub juz po powrocie:-)), bo jest w nim sama prawda :-)
Dodam tylko, że warto zatrzymać się na soczek w kultowych knajpkach w Cisnej i Ustrzykach a jadąc 'pętlą' nie raz podniesiecie lewą w górę, bo motocyklistów jest tam sporo :-)