Wierciłem się w łóżku, przewracając się z jednego boku na drugi. Zerknąłem na elektroniczny zegarek z zielonym wyświetlaczem, który stoi z prawej strony łóżka. Wskazywał 1:30 w nocy. W moim brzuchu cały czas się coś wylewało, przelewało, nalewało. Nie mogłem już spać. Moj zegar biologiczny nakazywał mi rozpocząć dzień. Nie zlekceważyłem go. Wstałem.
Za oknem panowała całkowita ciemność. Widać było tylko zapalone światła pobliskich domostw. Zerknąłem na niebo i w oddali zobaczyłem majaczące gdzieniegdzie między chmurami gwiazdy. Na szczęście, nie padało, choć było mokro – musiało przestać lać niecałą godzinę temu. Zapaliłem światło i zszedłem na dół stromymi, wyłożonymi jasną wykładziną schodami. Odsłoniłem żaluzje i zerknąłem na podjazd przed domem, gdzie stała zaparkowana niebieściutka CBR 1100 XX. Była przykryta plandeką, a garb z tyłu motocykla, świadczący o obecności dwóch siedemdziesięciolitrowych toreb nałożonych na siebie w miejscu pasażera, wciąż był na swoim miejscu. Byłem lekko podenerwowany. Czułem, że się trzęsę. Starałem się nad tym zapanować, lecz emocje brały górę. Wlałem wodę do czajnika i zagotowałem ją. W tym momencie z góry zeszła moja siostra.
– Co to, już wstałeś? – zapytała.
– Tak, nie mogłem dłużej spać, więc wstałem – odparłem.
– Jak się czujesz? Wyspałeś się?
– Tak, choć lekko się denerwuję.
– Pamiętaj, że nic się nie dzieje. Pogoda powinna dopisać, a oznaczenia na drodze są dobre – uspokajała mnie.
– Tak, wiem, muszę tylko wsiąść i rozpocząć podróż. Wtedy nerwy znajdą upust i wszystko wróci do normy.
Śniadanie ledwie dzióbnąłem, choć wiedziałem, że mój organizm musi być w 100% wypoczęty, naładowany, sprawny. Miałem przed sobą około 1300 km, w tym przeprawę promem, zmianę czasu, a Polska, do której jechałem w okolice Opola, była siódmym krajem w planowanej od roku podróży.
Wyprawę zacząłem w Szkocji w okolicach Glasgow, gdzie po dniu ciężkiej pracy, korzystając z ostrzeżenia mojej siostry przed ulewnmi deszczami, zapakowałem motocykl. O 18:10 wyruszyłem na południe wyspy do stolicy Anglii, Londynu, oddalonego o 700 km. Czekała mnie przeprawa przez dwa pasma górskie (szkockie i angielskie) i długa równina aż do samego Londynu.
W pierwszych górach lało niemiłosiernie. Opad był tak duży, że trzy pasy autostrady zamieniły się w rzekę. Na szczęście, byłem dobrze ubrany, więc pochyliłem się mocno i, nie myśląc o deszczu, utrzymywałem prędkość 100 mil/h. W tych warunkach w lekkim złożeniu czułem jak motocykl jedzie jak po poduszce. Wiedziałem, że jest ślisko, lecz to nie powstrzymało prawego nadgarstka przed odkręcaniem. Kiedy minąłem drugie pasmo gór, niebo otworzyło przede mną to, co najpiękniejsze. Otóż moim oczom ukazało się przejrzyste niebo, pełne gwiazd, z pełnią księżyca. Temperatura otoczenia zmieniła się na wyższą, a sama jazda coraz lepiej smakowała. Czułem się bardzo dodrze, a świadomość, że właśnie jadę na motocyklu do Polski przyprawiała mnie o gęsią skórkę.
Do Londynu dotarłem o 00:30. Na podjeździe przed domem wyszła na powitanie moja siostra, Ewa. Ubrana była w szlafrok i kapcie, a jej długie, ciemne włosy spięte były jak do snu. Uściskałem ją i jej partnera, Wojtka. Zaparkowałem Hondę, zdjąłem top case plus nową przednią oponę, która była na nim, tankbak, a resztę przykryłem plandeką i wszedłem do środka.
W kuchni na meblach w bladym oświetleniu przyciemnianych potencjometrem żarówkach stały Warki Strong (jak się później okazało, nie tylko jedna z nich czekała na mnie). Było ciepło i przytulnie. Miałem 24 godziny do następnego etapu wyprawy, więc pozwoliłem sobie na odrobinę relaksu przy „bronku”.
LEWA W GÓRĘ !!!!
Lewa w górę :D