załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

TURYSTYKA

Mull Of Kintyre

yrfuno80
04-10-2011, 16:24
OCEŃ ARTYKUŁ Mull Of Kintyre kliknij i przesuń wskaźnik
przedpołudnie
przedpołudnie
południe
południe
popołudnie
popołudnie

Gdzie tak naprawdę wszystko się zaczyna? Gdzie jest początek? Czy króciutki moment, który nazywamy początkiem, jest nim rzeczywiście? Prawdę mówiąc, ta chwila nie musi być wcale krótka. Może być rozciągnięta w czasie i rozwleczona jak stary sweter.

 

Wpatrywałem się w mapę wisząca na ścianie i zastanawiałem się nad tym wszystkim. Wśród całej masy szczegółów dostrzegłem jeden, który wydawał się być wyraźniejszy. Przyglądałem mu się uważnie i czułem jak coraz bardziej mnie inspiruje; zaczyna „przemawiać”. Mull of Kintyre. Tak, to musi być to. Wiele słyszałem o tym miejscu od mieszkańców największego w Szkocji miasta Glasgow. Nie dlatego, że mają oni największą wiedzę o tym miejscu; po prostu mieszkam tam, więc rozmawiam przeważnie z nimi.

 

Decyzja zapadła. Postanowiłem jechać następnego dnia, czyli w sobotę. Cała reszta piątku minęła mi w wyśmienitym samopoczuciu. Czas sączył się powolutku, a ja załatwiałem jakieś tam sprawy – było błogo; nigdzie się nie spieszyłem, byłem odprężony.

 

Kintyre mieści się na jednym z półwyspów w zachodniej części Szkocji i jest najbardziej wysuniętym punktem w kierunku północnej Irlandji – tak przynajmniej wskazywał pomiar wykonany moją domową linijką. Rano, około 9.00, zjadłem lekkie śniadanko, zrobiłem kanapki i wziąłem pomarańcze na drogę do tankbaga. O 9.30 siedziałem już w siodle zatankowanej do pełna „Hondziury”. Jazda solo, bez innych motocyklistów, ma swoje zalety. Człowiek czuje jeszcze więcej swobody, nie zastanawia się nad mało istotnymi sprawami, jak ustąpienie miejsca kumplowi przed autami stojącymi w rzędach przed sygnalizacją świetlną, czy prędkość nie za wysoka, kierunkowskaz włączony w porę, droga odpowiednia... O tym wszystkim myśleć nie trzeba, kiedy jedzie się samemu.

 

Ciało po nocy wypoczęte, a umysł świeżutki. Czułem, że będę mógł pozwolić sobie na więcej. Jak zwykle w mieście jechałem troszeczkę szybciej, niż można, natomiast poza terenem zabudowanym, w zależności od samopoczucia, zdecydowanie szybciej. Na autostradzie trzymałem 100 mil/h, choć czasami podganiałem do 150 mil/h. Jechałem żwawo. Autostrada skończyła się szybko i rozpoczęły się cholernie kręte, lecz utrzymane w bardzo dobrym stanie, drogi. Jechałem płynnie i rzadko kiedy używałem hamulców. Przed zakrętem redukowałem nieco biegi i głęboko się składałem. Na wyjściu przyspieszałem i w zależności od tego, jak daleko znajdował się kolejny zakręt, wrzucałem wyższy bieg lub pozostawałem na tym samym. Znaków informacyjnych o seryjnych ostrych zakrętach było tyle, że zamiast ich wszystkich, można by postawić jeden z dodatkową informacja na jak długim odcinku będą się one pojawiały (w tym przypadku było to 100 mil).

 

Dobrze kiedy człowiek wie gdzie jedzie. Kiedy miejsce, do którego zmierza, jest wyraźne, bez zakłóceń. Wtedy nie ma wątpliwości, czy skręcić w tę, czy inną drogę, a może w ogóle pojechać w zupełnie innym kierunku. Kiedy wiemy, gdzie zmierzamy, możemy jeszcze bardziej się odprężyć i zrelaksować, a myśli ograniczyć do prowadzenia motocykla i kontemplacji otoczenia. Wtedy naprawdę można odetchnąć pełną piersią. Tak właśnie było wtedy. Jechałem sam dla siebie, przed siebie, po kolejna przygodę, kolejne przeżycia i doświadczenia. Czas upływał powolutku, droga przemijała, a ciepłe, wilgotne, oceaniczne powietrze na Bierzach filtrowało mój umysł.

 

Minąłem dwie grupki motocyklistów, którzy jechali w przeciwnym kierunku. Maszynki, których dosiedli jeźdźcy, to duże, najnowsze enduro i supermoto z rożnych stajni. Sprawiały wrażenie testowych bikerów. Nie zdziwiłby mnie fakt, gdyby jakiś magazyn zdecydował się na przeprowadzenie testów na północno-zachodnich drogach Szkocji – są to najwspanialsze drogi, jakimi było mi dane jeździć w moim życiu. Niesamowicie kręte, o idealnej szerokości, z namalowanymi starannie liniami. Do tego sceneria średniej wysokości gór, gdzieniegdzie skalistych, porośniętch na przemian paprociami, wrzosami i iglastymi lasami. Co jakiś czas pojawia się mały wodospad transportujący wodę do pobliskiego jeziora lub rzeki. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat północno-zachodniej Szkocji. Gdyby zechcieć zatrzymać się na noc, kupić butelkę whisky z lokalnej destylarni i wypić ją przy cieple nocnego ogniska, oświetlającego swym pulsującym żółto-czerwonym światłem motocykl i namiot, mogłoby się okazać, że nasze serce chciałoby pęknąć z żalu, że ta chwila nie może trwać wiecznie (tak, to prawda, destylat najlepiej smakuje w miejscu swojego pochodzenia).

 

Po przejechaniu kilkuset zakrętów dotarłem do Cambeltown, a stamtąd pokierowałem się na Mull of Kintyre. Droga do najbardziej wysuniętego miejsca w kierunku Irlandii, z latarnią morską na końcu, jest wąziutka na tylko jedno auto i niezwykle kręta. Ten teren należy już tylko do owiec. Jechałem powolutku, co jakiś czas zwalniając do minimum, aby przecisnąć się przez grupki wyluzowanych do granic możliwości owiec. Miały one wszystko w głębokim poważaniu i w ogóle nie chciały usunąć się z drogi. Podpierałem się nogami i ocierałem się o nie, co jakiś czas potrącając je przodem motocykla, żeby jakoś zareagowały na moja obecność. W ten sposób dotarłem do końca drogi i zaparkowałem na małym parkingu. Teraz czekała mnie już piesza wędrówka. Kask, rękawice i tankbag zostawiłem przy „Hondziawce”; zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy – aparat, wodę i kanapki. Droga stromo prowadziła w dół, odsłaniając ogrom oceanu. Krajobraz, jaki ujrzałem przed sobą, był bezkresny, nieograniczony. Widoczność sięgała kilkunastu kilometrów, a nad wodą w oddali unosiła się mgiełka, łącząc błękitny Atlantyk z niebem. Ląd, na którym stałem, w skali całego obrazu w ogóle się nie liczył. To powodowało dziwne uczucie obawy, strachu i podniecenia, choć mimo wszystko czułem się bezpiecznie. Wiatr był bardzo silny. Na linii horyzontu tworzyły się białe fale płynące do skalistego brzegu. Siedziałem tam przez dłuższy czas nasycając się spokojem.

 

Drogę powrotną zaplanowałem troszeczkę inaczej. Prowadziła ona drugą stroną półwyspu aż do przystani promowej, skąd miałem przeprawić się na wyspę Arran, z niej na drugą stronę zatoki, a stamtąd było już niedaleko do mojego domu. Kiedy dotarłem do przystani, okazało się, że muszę czekać aż 50 min na prom. Był to dobry moment na odpoczynek, gdyż droga była tak strasznie kręta, z mnóstwem wzniesień i zjazdów, że po prostu mnie zemdliło. Leżałem na ławce i dochodziłem do siebie. Kiedy prom o długości może 25 m zacumował do brzegu, postanowiłem, że jednak na niego nie wsiądę. Stwierdziłem, że pieniądze, jakie mam na niego wydać, wolę przeznaczyć na paliwo i wrócić motocyklem – wychodziło taniej, szybciej i przyjemniej. Ta sama droga, te same zakręty i widoki. „Hondziura” prowadziła się wyśmienicie. Układ wydechowy z dwiema wolnoprzelotowymi, sportowymi puszkami marki Delkevic dostarczał odpowiednią ilość niskich dźwięków. Do tego świst z airboxa, zmieszany z warkotem zasysanego powietrza, plus szelest dobrze nasmarowanego łańcucha napędowego. Utwory, jakie gra ten piec, są jednymi z najlepszych, jakich było mi dane słuchać w motocyklowym świecie. Kiedy silnik Black Birda pracował na biegu jałowym, można dostrzec w jego pracy pewne podobieństwa „huczenia”; huczenia pieca od centralnego ogrzewania w domkach jednorodzinnych o kominach należytej wysokości i doskonałym ciągu. Taki właśnie dźwięk wydaje z siebie najstarsza z sióstr „cebeerek”.

 

Przejechałem wtedy 580 km i czułem się usatysfakcjonowany. Myślałem, że ten wypad zaspokoi na jakiś czas moją chęć jazdy na moto. Byłem jednak w błędzie. Następnego dnia przejechałem 350 km, a kolejnego jeszcze 170 km.

 

Pewne jest to, że niektórych sytuacji nie planujemy. Pojawiają się i kształtują historię naszego dnia. Pewne jest też to, że z niektórymi ciężko jest zerwać kontakt... Uzależniają nas od siebie i trwają tak długo, jak im na to pozwalamy...

ZOBACZ, PISALIŚMY TEŻ O:

Tournée de Sablier już za 3 tygodnie

przedwczoraj
W sobotę, 16 czerwca, wystartuje podróż Klepsydry czyli Tournée de Sablier – wyprawa dwójki motocyklistów z Wrocławia.
 
 
 
 
 

ARTYKUŁY POWIĄZANE

Ducati Breaks the Borders – Liban 2012 wersja hard

dzisiaj
Wprawa do Libanu jakiej jeszcze nie było! Trzech kolegów, trzy motocykle Ducati, zabytki, inna kultura, a w tle zamieszki i konflikty, przez które miejmy nadzieję w nienaruszonym stanie przejadą nasi podróżnicy.
 
 
Maroko jest spoko
13-02-2012
 
 
 
Mull Of Kintyre
04-10-2011
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms