Polska–Hiszpania. Wyruszyliśmy w niedzielę, 20 lutego, w samo południe. Było nas pięciu – ekipa endurovoyagra plus Mariusz vel. "Świeżak", który dołączył do nas w ostatnim momencie. Nasz karawan składał się z busa i przyczepy. Prowadziliśmy na zmianę przez ponad 50 godzin non stop. Atmosfera w samochodzie była świetna. Zmęczenie mieszało się z entuzjazmem; naprawdę surrealistyczny klimat. W końcu dotarliśmy do Hiszpanii. Wypakowaliśmy motocykle i cały szpej. Warkot silników powodował ekscytację.
Welcom Maroco
Na odprawie okazało się, że byliśmy jedynymi turystami, którzy przypłynęli promem. Na dodatek celnicy od razu skierowali nas na posterunek policji. Odprawa zajęła nam dwie godziny, po czym szczęśliwi wjechaliśmy na marokańską ziemię. Było już ciemno, więc zaczęliśmy rozglądać się za jakimś noclegiem. Znaleźliśmy idealne miejsce – Bazę Wojskową Armii Marokańskiej. Oficer przywitał na słowami: "Welcom Maroco!". Pomyśleliśmy, że przynajmniej będzie bezpiecznie!
Kolory Maroka
Maroko to kraina skrajności geograficznych. Północna Afryka nas zaskakuje; krajobraz zdominowany jest przez soczystą zieleń. Wzgórza pokrywają dęby korkowe, sosny, a nawet plantacje marihuany! Góry Rif to zagłębie haszyszu. Wydawało się nam, że wszyscy tam tym handlują – od starszych dziadków po małe dzieciaki. Kierując się dalej na południe, pejzaż zaczął się zmieniać. Wjechaliśmy na teren gór Atlas. Roślinność zanikła, odsłaniając nagie ostre skały. Barwy głazów przechodzą od beżów i brązów aż do czerwieni, natomiast same szczyty Atlasu Wysokiego pozostają ośnieżone, białe. Jednym z naszych głównych celów w Afryce było dotarcie do Sahary. Mało kto wie, że pustynny piasek jest pomarańczowy. Zresztą większość Sahary to tak zwana hamada, czyli szara pustynia kamienista. Obszar ten pokryty jest kamieniami różnej wielkości; od piłki tenisowej aż do skał wielkości domów, gdzieniegdzie trafiają się pola sypkiego jak mąka fesz feszu. Ostatnim kolorem Maroka jest błękit. Niebo nad nami niemalże przez całą podróż było bezchmurne. Niesamowite wrażenie robi też biała plaża, miejsce, gdzie bezkres pustyni spotyka się z przestrzenią oceanu.
Ludzie
Mieszkańcy zachowują dystans do obcych – niechętnie dają się fotografować i dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, że to przeważnie bardzo życzliwi i gościnni ludzie. Za każdym razem, kiedy stawaliśmy na poboczu, żeby zrobić zdjęcie, pierwszy przejeżdżający samochód zatrzymywał się, a kierowca pytał czy mamy jakiś problem. Istnieje jednak druga strona medalu. Trudności pojawiają się w szczególności w miejscach typowo turystycznych – sprzedawcy nie widzą nic złego w naciąganiu przyjezdnych. W jednym ze sklepików obsługiwał nas młody chłopak. Kilka podstawowych produktów wycenił na prawie 100 dirhamów! Gdy weszła jego matka, chłopak dostał kuksańca i usłyszał kilka ostrych słów, a my zapłaciliśmy jedną trzecią początkowej sumy. Był to jednak raczej wyjątek potwierdzający regułę. Charakter rdzennych mieszkańców przez tysiące lat kształtowała tutejsza przyroda, surowy i nieprzyjazny klimat; musieli nauczyć się tutaj przetrwać.
Drogi
W Maroku są chyba same fantastyczne drogi, a w dodatku ruch samochodowy jest minimalny. Najczęstszym znakiem przy drogach jest znak "strefa serpntyn" – pokonaliśmy ich setki kilometrów. Drogi asfaltowe zazwyczaj były w dobrym stanie. Nawet boczne drogi w górach Rif w większości miały asfalt gładki jak stół, tylko co jakiś czas pojawiały się wyłomy wielkości samochodu. Woda potrafi tam wypłukać pół drogi, więc trzeba bardzo uważać, żeby nie spaść w przepaść. Na południu, przy granicy z Saharą Zachodnią, drogi zamieniają się w ciąg wielokilometrowych prostych.
Przejazd przez marokańskie miasta to jednak osobny temat. Może być on przyjemnością tylko dla... masochistów. Ruch miejski to prawdziwy arabski chaos, prawdziwa masakra. W każdym większym mieście było podobnie; czyhały na nas ciężarówki, osobówki, skutery, rowery, piesi, wielbłądy, konie, muły, osły, barany i owce – wszystko naraz i z osobna. Jazda po asfalcie przeplatała się z szutrówkami w górach i na hamadzie. Prawdziwa bajka zaczyna się jednak w terenie.
Jazda!
Największy fun dawała nam jazda po piaszczystej Saharze. Zmęczenie, pot i piach we włosach to jest to! Zdobycie najwyższej wydmy daje dużo satysfakcji. Trafiliśmy też na rajdowe odcinki specjalne. Szybkie szutrówki mieszały się z technicznymi podjazdami i jazdą po kamieniach. Mieliśmy też drobne problemy z nawigacją i jechaliśmy totalnym offem. To jest dopiero wolność! Jednak na prawdziwe ekstremum trafiliśmy na górskiej drodze MH5 – serpentyny po luźnych wielkich kamieniach, droga przypominała odcinek trialowy, a iskry szły spod osłony silnika. Podobną radość daje jazda po plaży. Wpadliśmy wręcz w euforię – jazda nad oceanem to sama przyjemność. Piach jest fajny, przy małych prędkościach lekko wciąga, ale przy "stówie" na liczniku jest już ok.
Motocykle
Nasze motocykle to dwa KTM LC4 Adventure, dwie mocno zmodyfikowane Yamahy Tenere i Suzuki DR 650 "Świeżaka". Przez cały wyjazd maszyny spisywały się doskonale. Naszym prawdziwym utrapieniem były gumy; podczas wyprawy złapaliśmy ich piętnaście. Miejscowi wulkanizatorzy potrafią sobie zapewnić pracę – ich robota wytrzymywała średnio jeden dzień. Na odcinki offroadowe przydałyby się musy, ale "Pirelki" na szczęście dawały radę. Mieliśmy też kilka innych drobnych awarii, np. wymiana klamki sprzęgła i przewodu paliwowego. Zawiodła też nieco nasza logistyka, bo zostawiliśmy w samochodzie czyścik i olej do filtrów powietrza. Filtry czyściliśmy więc starą harcerską metodą, czyli ropą i mydłem. Czynność, która normalnie zajęłaby nam 15 minut, trwała ponad trzy godziny. Nasze motocykle dowiodły, że zasługują na nazwę uniwersalnych. Były jednak momenty, że marzyliśmy albo o lekkim enduro, albo turystyku, a niektóre drogi idealne były dla jakiegoś sporta.
Wyprawa trwała 22 dni z czego w Maroku spędziliśmy siedemnaście. Na motocyklach przejechaliśmy prawie 4000 km. Jeździliśmy po piachu na Saharze, wjechaliśmy na ponad 3000 m n.p.m. w Atlasie Wysokim, a kilka dni później byliśmy nad brzegiem oceanu. Maroko zimą to naprawdę wspaniałe miejsce dla motocyklistów.
Kilka informacji praktycznych
Pieniądze.
Lokalna waluta to Dirhamy. Oficjalny kurs to: 1 euro = 10,5 Dirahmów. Pieniądze można też wymienić w hotelach i na stacjach benzynowych po przeliczniku 1 euro = 10 Dirahmów.
Jak i gdzie tankować?
Cena paliwa wynosi 11 Dirahmów za 1 litr. Najlepiej tankować jak najczęściej, szczególnie na dalekim południu. Raz zdarzyła się nam sytuacja, że na stacji nie było paliwa i musieliśmy jechać na samych oparach.
Gdzie spać?
Polecamy oczywiście namiot, ale prawie wszędzie można znaleźć tanie campingi (od 2 euro) i hotele (ceny od 10 euro wzwyż).
Co jeść?
Na prowincji sklepy są zawsze wyposażone w kilka podstawowych produktów, np. chlebki, serki topione, puszki rybne i pyszne pomarańcze. W barach jest zawsze tajin, a na śniadanie można zamówić naleśniki lub jajecznicę. Wodę piliśmy tylko z zakupionych butelek.
Jak się ubrać?
Trzeba być przygotowanym na każde warunki pogodowe. W lutym w górach czekały na nas temperatury oscylujące wokół 0°C, a na wydmach Erg Chebi spotkały nas upały powyżej 35°C.
Ekipa Endurovoyager pragnie podziękować firmom, które udzieliły wsparcia naszej wyprawie. Firmie Agip za oleje, smary i inne materiały eksploatacyjne. Firmie Pirelli – ich opony MT 21 sprawdziły się doskonale zarówno na pustyni, jak i górach. Firmie Canon za wypożyczenie sprzętu foto-video. Olek Motocykle dostarczył nam części zapasowe i szpej. Firmie Autokompleks za dostarczenie dętek. Wszystkim serdecznie dziękujemy za sympatię i zaufanie!
Maroko Okiem Świeżaka – relacja całkiem subiektywna
Dzień 1
Dzisiaj mój 7 dzień na motocyklu, do tej pory jeździłem tylko przy ujemnych temperaturach, nie do końca wiem jak się w tej Afryce ubrać. Na szczęście rano jest zimno, więc jestem przygotowany. Jedziemy w góry, moje pierwsze serpentyny, kilka zakrętów było trochę ostrzejszych niż myślałem, zaliczałem pobocze i kilka razy spojrzałem w przepaść z naprawdę niewielkiej odległości (przepaść była wielka), na szczęście Kowal uspokaja mnie i chociaż trochę mi się trzęsą ręce mogę jechać dalej. Zaliczam też pierwszą glebę. Całe szczęście, że chłopaki co pół godziny zatrzymują się na papierosa, mam chwilę żeby nieco odpocząć. W końcu rozbijamy obóz. To był najgorszy dzień w moim życiu, ale zdobyłem przynajmniej trochę doświadczenia, jutro musi być lepiej.
Dzień 2
Tak, teraz już wiem na pewno jestem szczęściarzem, dzisiaj przejeżdżaliśmy przez kilka marokańskich miast. Serpentyny i przepaście to pikuś, ruch w mieście to jest prawdziwy sajgon. Prawie potrąciłem i prawie zostałem potrącony setki razy. Czyhały na mnie: ciężarówki, osobówki, skutery, rowery, piesi, wielbłądy, konie, muły, osły, barany i owce, wszystko na raz i z osobna. Chłopaki mają żelazną zasadę, że nie jeżdżą w nocy, niestety śpieszy im się na pustynie, więc mają to gdzieś. Jedziemy w całkowitych ciemnościach, tylko czasem niemalże spod k...ół uciekają ludzie i chyba jakieś drobne zwierzęta. Dzisiaj śpimy w hotelu. To był najgorszy dzień w moim życiu. Piszę jeszcze sms do syna i idę spać.
Dzień 3
Sahara = piekło.
To był najgorszy dzień w moim życiu, a gdyby nie Kowal też ostatni! Bez komentarza.
Piszę sms do syna „ Bardzo tęsknie”
Dzień 4
Dzisiaj mamy jeździć po hamadzie, czyli kamienistej pustyni. Szybko tuninguje swój motocykl, trafiam na wielki kamień, gubię migaczę, a przedni reflektor zamieniam w pył. Chłopaki mówią żebym się nie przejmował, że to standard i każdy przechodzi ten etap. Sprawdzam też sztywność butów enduro, test zdały pozytywnie, mimo że moja noga całkowicie zawinęła się między tłumik a koło, nie mam nic złamanego ! Zapoznaję się też z apteczką, chłopaki mają tam wiele fajnych pigułek, od razu mi lepiej. Nie muszę dodawać jaki to był dzień, wieczorem pisze jeszcze sms do syna „ kocham Cię”
Dzień 5
Dzisiaj chłopaki mają jechać jakąś arcytrudną drogą, więc ja mam mieć luźniejszy asfaltowy dzień. I wszystko h...j, zaraz po tym jak się rozdzielamy, zaliczam konkretną glebę. Motocykl na szczęście może jakoś jechać dalej, ale wygląda jak ruina. Dobrze że miałem odzież motocyklową i kilka warstw innych ciuchów. Wieczorem spotykam chłopaków, jest zimno temperatura prawie jak w Polsce. Jurek wyjmuje plaster i moja DR jest znowu jak nowa, jutro wyprostuje się felgę i dalej w drogę. Tak, to był najgorszy dzień w moim życiu, nie wytrzymuje i dzwonie do syna.
Dzień 6 i 7
Nie pamiętam wszystkiego zbyt dobrze, ale chyba jeździliśmy w góre i dół. Starałem się cały czas koncentrować na 5 metrowym odcinku drogi przed motocyklem, mimo to glebie często, ale ciągle jestem żywy (przepaście też były, ale wypieram te widoki z pamięci). Znowu mam szczęście, tylny amor w DR wyrzygał olej i mogę jechać tylko bardzo powoli, a jak każdy wie z fizyki, mniej prędkości = mniej bólu. Było też zimno i spadł śnieg. To chyba były góry. Ale UWAGA to NIE BYŁ najgorszy dzień w moim życiu. Wieczorem piszę sms do syna „ Tato nieźle sobie radzi”
Dzień 8 i 9
To lajtowy przejazd asfaltami na plaże, jadę szybciej od Jurka który postanowił sprawdzać minimalne spalanie w swojej Teresce. Szczęście się jednak kończy. Chłopaki na obiad wybierają małą dolinkę pełną fesz – feszu. Łamię w motocyklu klamkę sprzęgła i kończę zapas żelu na stłuczenia. Od dzisiaj śpię tylko na prawej stronię, a upadam na lewą. Mizer chce znowu jechać nocą, prawie się zgadzam, ale na moje szczęście Kowal mówi coś o ciężarówkach widmo i pomysł nie przechodzi. Zatrzymujemy się i ze zmęczenia przewracam się na lewą stronę :) Wszystko mnie boli, ale już chyba przywykłem, wysyłam synowi mms zachodzącego słońca.
Dzień 10 i 11
Plażę witam siarczystą glębą, piaseczek miękki i obywa się bez strat. KTM pojechały w pizdu. Tym razem to ja patrzę jak chłopaki na Teresach walczą. Kowal dostaje furii, a Jurek jest na przemian raz czerwony, raz blady jak ściana. Ha ha, trzeba było się odchudzać. Moja DR daję rade. Myślę sobie no cóż, w końcu jest się tym superbohaterem, zatrzymuję się i pomagam biednym chłopakom wyciągnąć ich motocykle. Widzę jak odjeżdżają, jestem sam. Tymczasem mój motocykl też się zakopał ! W końcu pojawia się Tomasz, później Mizer i we trzech wykopujemy DR. Wieczorem syn dostaje mms z DR.
Dzień 12 i 13
Chyba zaczynam się już całkowicie wdrażać, chłopaki poza uzależnieniem od petów (poza Kowalem), coli i kawy, znaleźli sobie nowe hobby. Codziennie łapią gumę lub dwie, dzięki temu mam chwilę żeby podziwiać widoki. Dzisiaj skończyły się im dętki i Jurek pół dnia jeździł bez powietrza. Gleb już nie liczę, bo w zasadzie już na mnie nie robią większego wrażenia (chyba że na lewą stronę). Chłopaki orientują się, że za dwa dni powinniśmy być w porcie, a że jest to mało możliwe, szybko znajdują rozwiązanie. Sms do syna „Tata wróci kilka dni później”
Dzień 14
Marakesz, hihiihi, odlot :), sms nieznanej treści
Dzień 15 i 16
Jedziemy do domu, próbuje nas wszystkich zabić jakiś kierowca, nie wywracam się, jest pięknie!
Dzień 17
Na 50 km przed portem dopada nas huraganowa pogoda, wieje i pada. Tym razem serpentyny pokonujemy w chmurach, widoczność jak w Smoleńsku. Moje modlitwy zostały wysłuchane, nikt nie ginie. Huraaa port. Pamiętam jeszcze jak Kowal coś mówi o końcu świata.
W samochodzie chłopaki marudzą, że zrobili mało i w dodatku kiepskie zdjęcia. Biorę laptopa i faktycznie (zrobili tylko 3 tys. zdjęć!) ze dwa jak napieprzam są OK. Maroko też ładnie wygląda, będę tu musiał przyjechać z synem żeby to wszystko zobaczył na własne oczy.