Plan wyjazdu pojawił się pod koniec zeszłego sezonu. Z jednej strony chcieliśmy mieć konkretną trasę rozpisaną na dni, z drugiej jednak co spontan, to spontan.
W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień. No to ruszamy. Była 4:40. Ruszyłem z Piaseczna i pojechałem po Bartka na Mokotów. Pogoda jak drut, czego nie zapowiadał poprzedni wieczór; lało do późnego wieczora.
Pojechalismy do Zambrowa i tam zrobiliśmy pierwszy, krótki postój. Potem szybko przemieściliśmy się do Łomży i zatankowaliśmy.
Po drodze zatrzymano nas na szybką kontrolę drogową; rutynową, bo w okolicy był zlot motocyklowy i policja dostała prikaz zatrzymywania wszystkich motocyklistów.
Trzecie moto – Olafa – mieliśmy umówione w Augustowie na 10:00, jednak na miejsce dotarliśmy już ok. 9:00
Kolega zabalował poprzedniego wieczoru, więc nie czekalismy na niego, tylko polecieliśmy do Ogrodnik i tam zrobiliśmy przerwę w przydrożnym barze. Uraczono nas parówkami typu "pies zmielony z budą i papierem" za 15 PLN. Poznaliśmy przy okazji trzech rowerowych turystów z Bydgoszczy, jadących na trzytygodniowy objazd Litwy – to się nazywa hobby.
Po trzech godzinach snu (poprzedniego wieczoru wróciłem z Kalabrii) dopadł mnie kryzys i czas reakcji miałem na poziomie tankowca robiącego zwrot. Próbowałem się zdrzemnąć, ale było zbyt ciepło i nie udało mi się znaleźć odpowiedniego miejsca.
Kolega Olaf dotarł o 10:15. Szybkie smarowanie łańcuchów (u tych, którzy mieli – Olaf śmiga na GS-ie), rzut oka na mapę i ruszyliśmy w kierunku Litwy. Toczyłem krótką, ale wyczerpującą walkę (było niezwykle gorąco, a byłem już kompletnie ubrany, więc wypacałem średnio litr płynów na 10 sekund) ze stacyjką mojego FZS-a (kluczyk mam tylko jeden), więc modliłem się do wszystkich bogów, żeby się nie złamał już na początku wyprawy. Minęliśmy granicę.
Naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy o nadgorliwości litewskich przedstawicieli prawa – szczególnie względem Polskich kierowców – więc początkowo toczyliśmy się zgodnie z przepisami, jednak z czasem troszkę wyluzowaliśmy, choć staraliśmy się nie płynąć szybciej niż rodowici kierowcy.
200 km na moto bez przerwy (przy prędkości 100 km/h) bezcenne – nadgarstki to boleśnie odczuły i cztery litery także. Nie wiedziałem, że można takie ewolucje robić na moto. Jednak kiedy poczujemy potrzebę, należy choć trochę zmienić pozycję – żaden z nas Pastraną nie jest.
Zatrzymaliśmy się na szybki obiadek przy granicy z Łotwą. Zostało nam ostatnie 80 km do Rygi. Fun już mieliśmy tylko na serpentynach, gdzie próbowaliśmy składać się jak Valentino, tak by przytrzeć sakwy ;).
Do Rygi dotarliśmy ok. 17:00 naszego czasu. Miasto piękne, ale początkowo miałem wrażenie jakbym znalazł sie na planie Demolition Man – policja co i rusz czai się w radiowozach, więc uważnie obserwowaliśmy częste kontrole.
Pole namiotowe, po zakupieniu mapy na stacji benzynowej, udało nam się znaleźć w tempie ekspresowym. Gdy już dotarliśmy na miejsce, zastosowaliśmy standardową procedurę każdego szanującego się turysty: piwo, piwo, namiot, piwo.
Lokalizacja kempingu była rewelacyjna – w samym centrum miasta, na wyspie, cisza i spokój. Na starówkę szło się zaledwie jakieś 15 minut.
Wzięliśmy zatem prysznic i zaatakowaliśmy Stare Miasto (ceny jak w koszmarze, ale co? My nie ogarniemy?!). Następnego dnia za to uruchamiliśmy ambitny plan pod nazwą low-cost, który obowiązywał nas już do końca wyprawy. Raz wychodził, raz nie. Lwią część wydatków pochłonęły napoje czy to dla nas (te wyskokowe też), czy dla moto.
Co poniektórzy zakończyli dzień bez możliwości artykułowania myśli.
Poniedziałek – dzień zwiedzania Rygi. Starówka, mosty, rzeka, różne ciekawe zaułki oraz boczne uliczki. Na jednym z podwórek stała stara Wołga GAZ-21, nawet dobrze utrzymana. Obejrzeliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i tu nasunęła nam się pewna myśl – skoro Włosi są mistrzami designu, to albo gość, który projektował zegary w tym aucie był z Italii, albo uczył się od Włochów tego trudnego fachu. Zegary są przezroczyste. Nie chciało się wierzyć, że w latach, kiedy powstało to auto, ktoś wpadł na taki pomysł i dał radę wykonać to z technologicznego punktu widzenia.
W parkach młode pary mają zwyczaj przypinania kłódki z wygrawerowanymi swoimi imionami do barierek na mostkach i wyrzucania kluczy do wody. Po powrocie dowiedziałem się z TV, że i u nas gdzieś pojawił się takowy zwyczaj. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy kiedy postanawiają się rozstać, to wracają do parku z diaksem...?
Wtorek rano – mieliśmy lekko rozchwianą pobudkę, śniadanie zjedliśmy pod supermarketem (otwarty dopiero od 9:00) i, po małych problemach ze znalezieniem drogi, śmignęliśmy dalej. Około 12:15 lokalnego czasu przekraczyliśmy granicę z Estonią.